niedziela, 27 marca 2016

Rozdział 26: "Mercy coś ci się pali..."

Weszłam po schodkach do budynku, który kiedyś miał być stodołą. Zaraz za mną był David. Stokrotka właśnie schodził po schodach, które były po mojej lewej.

– Wchodźcie na górę i zajmijcie sobie łóżka – powiedział i minął nas, kierując się do dużego pomieszczenia na parterze. To chyba była stołówka. Weszłam po schodach i trafiłam do takiego małego kącika zabaw? Chyba tak to można było nazwać. Dwie małe kanapy, jeden fotel, stolik pośrodku, z boku stała malutka szafka z jakimiś książkami. Zaraz obok tego kącika znajdowały się duże drewniane drzwi, zza których słychać było naszą klasę. Za drzwiami znajdowało się duże pomieszczenie. Po lewej i po prawej stronie przy oknach znajdowały się, postawione w  równych odległościach, łóżka piętrowe. Pomieszczenie było całe wykonane z drewna, a przynajmniej tak się wydawało. Ściany z drewnianym obiciem, drewniana podłoga, drewniane kolumny, łóżka z ramą drewnianą, drewniane kufry, które stały przy każdym łóżku... Widać było wyraźny podział. Po lewej łóżka miały dziewczyny, a po prawej chłopcy. Automatycznie odszukałam wzrokiem Rose, która przeszukiwała swoją torbę, przy jednym z ostatnich łóżek po stronie dziewczyn. Od razu ruszyłam w jej stronę.

– I co, lepiej już się czujesz? – spytała, kiedy do niej podeszłam.

– Dlaczego wyczuwam nutkę złośliwości w twoim tonie? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.

– Akurat nie było tu ani ociupinki złośliwości, ale okej.

O nie! Kiedy Rose kończy zdanie słowami „ale okej” oznacza to, że jest czymś bardzo poirytowana. A jeszcze jeśli wzruszy ramionami, tak jak to przed chwilą zrobiła, to jest naprawdę źle... Pierwsza myśl - Co znowu ja, albo Will, zrobiliśmy?

– Jesteś na mnie zła? – spytałam ostrożnie.

– Akurat nie. Po prostu irytuje mnie fakt, że dostaliśmy godzinę na rozpakowanie się i odpoczęcie.

Widzicie, mówiłam...Chwila! Czy ona właśnie powiedziała, że irytuje ją to, że ma godzinę czasu na leniuchowanie?!
Brunetka wyjęła z torby jakieś szeleszczące opakowanie i usiadła na łóżku.

– Rose, czy ty przed chwilą narzekałaś na to, że masz godzinę odpoczynku? – dopytałam na wszelki wypadek.

– Tak – odpowiedziała, jakby było to u niej normalne, następnie otworzyła opakowanie i zaczęła wżerać żelki.

– Gdybyś – zaczęła po chwili – łączyła fakty, to wiedziałabyś, czego tak nie mogę się doczekać.

No i znowu coś gada o łączeniu faktów! Nie mam zielonego pojęcia o co jej z tym chodzi!
Rose, widząc moją zakłopotaną minę, westchnęła ciężko.

– Ty śpisz na górze – powiedziała, znowu westchnęła i zaczęła napychać się żelkami, nie częstując mnie ani jednym.

Zaczęłam wypakowywać moje rzeczy do tego drewnianego kufra, który stał przed łóżkiem. Nie było ich dużo, bo przyjechaliśmy tylko na trzy dni, więc nie miałam problemu ze zmieszczeniem wszystkiego. Rose bez sukcesu próbowała złapać zasięg, więc szybko się poddała.

– Hej, dziewczyny! – Za moimi plecami usłyszałam głos Willa.
Zanim zdążyłam się odwrócić, moja przyjaciółka już go przywitała:

– Mercy zabierz go, bo nie ręczę za siebie.

Miłe powitanie, no nie powiem, że nie.

– Zachowujesz się jak dziecko, wiesz Rose? – zaczął Will i po chwili się uśmiechnął. – A może jesteś po prostu zazdrosna, co?
Rose spojrzała na niego krzywo i wybuchła śmiechem.

– Gdyby było jeszcze o co.

Uuu... Zajechało mi czystym kłamstwem... Dziewcz

– I z naszej trójki na pewno zachowuję się najmniej dziecinnie – dodała.

– Bo obrażanie się o byle co jest taaaakieee dorosłe – zauważył Will.

– Na pewno doroślejsze od... – zaczęła brunetka, ale jej przerwałam:

– Wasza dwójka! Spokój, ale to już!

– Ale... – jęknął chłopak.

– Nie ma żadnego "ale"! Teraz proszę podać sobie rączki na zgodę jak w przedszkolu i zacząć się zachowywać normalnie – powiedziałam stanowczo. – Nadal źle się czuję po tej całej podróży bez magii i te wasze "przekomarzanki" – nakreśliłam w powietrzu znak cudzysłowu – przyprawiają mnie o ból głowy!

Rose spojrzała na mnie. Will wyciągnął w jej stronę niechętnie dłoń i czekał aż ona mu ją uściśnie.

– Rose... – zaczęłam.

– Dobra! – Podała chłopakowi dłoń.

Czułam się dziwnie, uspokajając ich. Zazwyczaj to ja jestem tą, którą trzeba uspokajać, a tu proszę: zamiana ról! Dokończyłam rozpakowywanie i usiadłam na kufrze, rozglądając się po pomieszczeniu. Dopiero wtedy zauważyłam, że nad wejściem do tego pomieszczenia znajdowało się coś w rodzaju poddasza. Po prawej stronie od drzwi znajdowała się drewniana drabina, po której właśnie schodziła Theresa. Na górze była pani Mably, która również przyjechała z nami jako opiekunka. Thunder pomachała nauczycielce, wzięła swoją torbę z rzeczami, która leżała na podłodze i ruszyła w naszą stronę.

– Już ci lepiej? – spytała mnie od razu, kiedy do nas podeszła.
Wrzuciła swoją torbę na łóżko, które było obok naszego.

– Ta, już lepiej – odpowiedziałam. – Ale nie wiem na jak długo, bo przy tej dwójce nie da się wytrzymać – dodałam po chwili.

– Gołąbeczki znowu się podziobały? – powiedziała złośliwie.
Rose w odpowiedzi wywróciła oczami. Willowi nazwanie ich "gołąbeczkami" jakoś nie przeszkadzało.
Zauważyłam, że od blondynki wyraźnie czuć było radość. Zwykle jest strasznie poważna.

– A ty co taka zadowolona? – spytałam.
Theresa rzuciła się na łóżko i wzięła głęboki oddech.

– Czujesz to, Mercy? To jest wolność. Wreszcie jestem poza zasięgiem ojca. Mogę mówić i robić, co żywnie mi się podoba.  W dodatku dowiedziałam się od pani Mably, że nie musimy pisać stąd żadnych raportów! – Wyciągnęła się na łóżku.

No tak... Przecież ona ciągle żyje pod presją ojca. Nie dziwie się jej, że jest taka zadowolona. Też bym była na jej miejscu.

– Może uda mi się załatwić, że w ogóle nie będziesz musiała już pisać raportów ze mną, ale o tym powiem ci trochę później. – Mrugnęła do mnie.

Dobra, byłam w szoku. Jeszcze nie znałam takiej Theresy. Była taka wyluzowana. Normalnie jak nie ona. Wdrapałam się na moje łóżko. Chciałam odpocząć, bo nadal nie czułam się za dobrze. Na pewno było lepiej niż w autokarze czy w momencie, kiedy zemdlałam. Will poszedł do chłopaków, a Theresa zaczęła rozpakowywać swoje rzeczy. Rose stwierdziła, że nie ma zamiaru się denerwować i szybciej czas minie, kiedy zrobi sobie małą drzemkę. Chciałabym czasami jak ona, umieć zasypiać, kiedy tylko chce, ale nie potrafię spać w dzień chyba, że naprawdę źle się czuje. Teraz też nie mogłam zasnąć, bo ciągle nie mogłam wymyślić o co chodzi mojej przyjaciółce.


***

Nareszcie. Po godzinie, która ciągnęła się tak niemiłosiernie, do sali wszedł Stokrotka razem z panią Mably.

– Dobra, dzieciaki. – Zatarł dłonie. – Zbieramy się na dół, ale to wszyscy, bez marudzenia. Musimy się przywitać z pracownikami!

Zeszłam w łóżka i obudziłam Rose. Nie ociągała się. Jak tylko zorientowała się, że już minęła ta godzina odpoczynku, od razu się rozbudziła i już była gotowa do wyjścia. To definitywnie nie mogła być moja przyjaciółka. Zawsze powinna marudzić i ociągać się z wyjściem z wyrka, a tu proszę. Nie mogłam się doczekać, żeby dowiedzieć się co ją tak bardzo podekscytowało.

Z pokoju wyszliśmy całą klasą. Zeszliśmy na dół po schodach i weszliśmy do głównego pomieszczenia, gdzie znajdowała się stołówka. Jego wnętrze również było wykonane z drewna; stoliki ustawione po lewej stronie, ławki, kolumny, ściany i podłoga. Wszystko było z drewna, co dawało taki swojski charakter temu miejscu. Po lewej stronie, prawie przy samym wejściu, wisiał worek treningowy, który od razu skupił na sobie uwagę chłopaków, którzy zaczęli go kopać, bić, a nawet się na nim bujać. Też chciałam spróbować, ale w tym momencie Stokrotka nas upomniał. Rose zniknęła mi gdzieś z pola widzenia. Stałam koło Marcusa i Willa, opierając się o ścianę. Byliśmy z boku, ale mimo to wszystko widzieliśmy. Na środku stał mężczyzna w średnim wieku o czarnych, ale jednak gdzieniegdzie siwych włosach związanych w koczka z tylu głowy, z siwo-czarną brodą. Miał przyjemny wyraz twarzy. Uśmiechnął się i czekał aż sie uspokoimy. Pani Mably i Stokrotka jeszcze raz nas ucieszyli.
  
  – Chciałbym Was powitać na integracyjnym wyjeździe w Sowim Bagnie! – zaczął mężczyzna – Nazywam się Emanuel Geness. Stworzyłem to miejsce z zamysłem integracji młodych magów i pokazania im, jak może wyglądać codzienne życie bez magii, która jest waszym towarzyszem od dziecięcych dni. Wszyscy dobrze wiemy, że używacie magii wtedy, kiedy nie jest to potrzebne, dlatego będziecie musieli sobie poradzić z codziennymi czynnościami bez jej użycia. W skrócie to tyle, moi drodzy. Może niektórzy was mnie kojarzą, ale na pewno większość z was kojarzy mojego syna...

Drzwi, przez które wchodziliśmy wcześniej, uchyliły się, a z wyszedł z nich ktoś, kogo najmniej się spodziewałam. Wysoki, dobrze zbudowany chłopak, o krótko obciętych blond włosach postawionych do góry. Już chciałam krzyknąć, ale ktoś mnie uprzedził;

    – Luke! – wrzasnęła Rose i wybiegła z tłumu, rzucając mu się na szyje. Chłopak objął ją w talii i postawił na ziemi.

Pamiętacie list, który jakiś czas temu dostałyśmy razem z Rose? Chłopak, do którego właśnie lepiła się moja przyjaciółka, był jego autorem. Prawie wszyscy znali blondyna, więc cała grupa ruszyła się z nim przywitać. Luke chodził do naszej klasy przez całe gimnazjum, więc tak naprawdę nie znali go tylko Will i David. Obie z Rose byłyśmy z nim bardzo zaprzyjaźnione, więc nie mogłam być gorsza od brunetki. Wybiegłam z tłumu i jako pierwsza dotarłam do blondyna. Przywitałam go z małym utrudnieniem, jakim była Rose, która cały czas obejmowała go w talii i raczej nie miła zamiaru puścić. Kiedy ja oderwałam się od chłopaka, wokół nas już był wianuszek zrobiony z całej klasy. Każdy po kolei witał się z chłopakiem. Gdzieś pod koniec podszedł Will i wyciągnął do Luka dłoń:
   
– My się jeszcze nie znamy, jestem Will!
Widziałam jak jego wzrok ląduje na Rose i wyraz jego twarzy momentalnie się zmienił.

    – No nie znamy, Luke. – Mój stary przyjaciel uścisnął Willowi dłoń . Zauważyłam, że Whitlock uścisnął Luke'owi jeszcze mocniej rękę, bo mogłam zobaczyć jak jego mięśnie się napinają.

    – Mocny uścisk masz – odpowiedział mój stary przyjaciel i również ścisnął mocniej. Z daleka można było wyczuć napięcie między tą dwójką. Dałabym sobie rękę uciąć, że za chwilę zaczną sobie ciskać piorunami z oczu. Dzięki Bogu, na horyzoncie pojawił się Thomas, który przepchnął Willa na bok, żeby przywitać się ze swoim dawnym kumplem.

***

Mieliśmy godzinę czasu do ogniska, więc wszyscy poszliśmy na górę. Chłopcy, jak to chłopcy. Ich testosteron buzuje, więc postanowili urządzić sobie wielką bitwę na poduszki. Stokrotka im na to pozwolił pod warunkiem, że po zabawie posprzątają wszystko. Ja też bym z chęcią do nich dołącza, ale musiałam razem z Rose nadrobić jakoś te stracone trzy lata z Luke’iem. Chłopak opowiadał, jak przez dwa lata podróżował z ojcem po całym kraju. Był nawet na granicy z Republiką, ale określił to tylko jednym słowem – tragedia. Kiedy skończył mówić, spytał co się działo u nas, więc z racji tego, że moja przyjaciółka nadal była zajęta przytulaniem się do niego, to ja zaczęłam.

– No, doszedł do naszej klasy w tym roku nowy chłopak, ale już go poznałeś.

– Will, tak? – upewnił się. – Chyba mnie nie polubił.

– Nie martw się – odezwała się Rose. – To przeze mnie. Jest zazdrosny po prostu.

– To dlatego się do mnie tak kleisz od samego początku! – zauważył Luke. – Wykorzystujesz mnie i tyle? – udał zawód.

– Oj, chcesz powiedzieć, że nie podoba ci się to, że taka piękna dziewczyna jak ja się do ciebie przytula? – zażartowała brunetka.

Luke poklepał ją po głowie w odpowiedzi i zwrócił się do mnie:

– A ten z czarnymi włosami, co siedzi na łóżku. – Wskazał głową w stronę Harveya. –  Kto to?

– David, wiesz który – odpowiedziałam krótko.

– A! To ten, którego nie lubimy!

– Mercy już sama nie wie, czy go nie lubimy, czy lubimy – odezwała się cicho Rose.

Luke spojrzał na mnie pytającym wzrokiem. Już miałam zaczynać, kiedy ktoś zza blondyna krzyknął: „Uwaga!”

Chłopak momentalnie ukucnął, a we mnie leciała rozpędzona poduszka. Stałam zdezorientowana jak ten kołek i czekałam, aż ten pocisk trafi w moją zaskoczoną twarz. I trafił. Ten, kto rzucił, musiał mieć niezłą parę, bo odrzuciło mnie mocno do tyłu. Oczywiście ustałam na nogach, bo to była tylko poduszka, ale byłam wściekła, bo mi przerwano, kiedy zaczynałam coś mówić. Dodatkowo byłam jeszcze lekko rozdrażniona po tej całej podróży. Złapałam poduszkę i zarzuciłam ją do tyłu.

– Kto rzucił? – spytałam.

Wszyscy nagle odębieli. Patrzyli się na mnie, jakby zobaczyli ducha.

– Mercy coś ci się pali... – Rose wskazała palcem na poduszkę, którą trzymałam w prawej dłoni. Odwróciłam głowę.

Wrzasnęłam przerażona i zaczęłam podrzucać z ręki do ręki, płonącym przedmiotem. Nie parzyło, ale byłam tak spanikowana, że nie wiedziałam co robię i poduszka upadła na drewnianą podłogę. Przed chwilą była cisza jak makiem zasiał, a teraz wszyscy krzyczeli na mnie:

– Zgaś to!

Magia nie powinna działać tutaj, więc czemu...? Nagle poczułam przed sobą powiew zimna. Przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz. Coś się zmieniło. Znowu wszyscy zamilkli, a w nozdrza już nie drażnił zapach spalenizny. Spojrzałam na miejsce, gdzie przed chwilą paliła się poduszka. Już się nie paliła. Została z niej tylko nędzna kupka zamrożonego popiołu... Chwila... zamrożonego?!

– Złamałaś barierę, idiotko – usłyszałam z prawej lodowaty głos Davida. Stał, trzymając jedną rękę w kieszeni, a drugą wyciągniętą w stronę kupki popiołu. Patrzył na mnie krzywo. Złamałam barierę? To w ogóle możliwe? Nagle usłyszałam krzyk naszego wychowawcy, który rozległ się po całym pomieszczeniu;

– Mercedes, do mnie!

Stał przy wejściu do sali i patrzył się prosto na mnie. Super, znowu się wpakowałam w kłopoty. Nadal nie miałam zielonego pojęcia co się właściwie wydarzyło przed chwilą. Stałam jak słup soli i patrzyłam się na kupkę zamrożonego popiołu.

– Ty David też – warknął Stokrotka.

Usłyszałam, jak chłopak ciężko wzdycha.

– Jak wrzód na dupie – mruknął pod nosem, złapał mnie za kaptur i pociągnął za sobą, prowadząc w stronę wychowawcy. Ocuciłam się i wyrwałam się chłopakowi.

– Mogę iść sama – burknęłam. Minęłam mężczyznę, który zgromił mnie wzrokiem i zeszłam od razu po schodach. Zdążyłam jeszcze usłyszeć jak Stokrotka krzyczy;

– A wy, koniec zabawy! Posprzątać mi, ale to już!
Potem usłyszałam tylko jak zatrzasnął drzwi. Co ja znowu narobiłam?

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Od miesiąca nie było rozdziału ;-; Co ta szkoła robi z ludźmi
? xD Na szczęście z ratunkiem przyszła przerwa świąteczna i wzięłam się za ostre pisanie! Nawet mam już prawie do końca napisany rozdział na następny weekend ^^ Miałam dodać mapkę... Dodam ją kiedy ją poprawię ;-; (Ciekawe kiedy to będzie?) Mam nadzieję, że rozdział był w porządku :) Mercy znowu narozrabiała... A właśnie! Chciałam podziękować za ponad 8 tys wyświetleń <3 Przypominam, że jak ktoś czyta bloga, a nie subskrybuje go, to jest taka opcja ^^ Oczywiście dziękujmy Kasi [klik] za to, że znowu wzięła pod korektę mój rozdział <3

niedziela, 21 lutego 2016

Rozdział 25: Autokar pełen 90-latków

Will na serio naskrobał sobie u Rose. Nie zaszczyciła go nawet swoimi złośliwościami.  Na półgodzinnym postoju traktowała go jak powietrze. Na mnie też się troszkę obraziła, bo stanęłam w obronie chłopaka, mówiąc, że ta sytuacja z Marthą miała za zadanie zwrócenie na siebie uwagi. Byłam pewna, że Rose doskonale o tym wiedziała, ale czułam potrzebę obrony Willa. W barze na stacji benzynowej, gdzie mieliśmy postój, nie chciała usiąść ze mną, przy stoliku i dosiadła się do Theresy. Nie przyjęłam się tym zbytnio, bo w klasie jest wiele osób, które bardzo ucieszą się z mojego towarzystwa. Rose niestety nie jest tak popularna jak ja. Dziewczyny jej nie lubią, bo jest naprawdę ładna, pewna siebie oraz bardzo inteligentna. Można powiedzieć, że czują zagrożenie z jej strony. Chłopaki między sobą nazywali ją kiedyś często "zmarnowana piękność". Besztam ich za każdym razem, kiedy słyszę, jak określają ją w ten sposób. Mówią tak dlatego, bo Rose z wyglądu jest wyjątkowa; skóra biała jak porcelana, na jej policzkach, często pojawiające się naturalne czerwone rumieńce, duże błękitne oczy, drobny nos, kształtne usta, ładne rysy twarzy, długie czarne włosy, idealna figura (w tym duży biust), ale kiedy się odezwie cały czar znika.  Charakter Rose zakłóca całokształt. Sama tak nie uważam, ale chłopcy to chłopcy. Choć czasem zdarzają się takie wyjątki jak Will. Ja w dodatku wiem, że moja przyjaciółka robi to z premedytacją. Ta cała jej złośliwość... Odstrasza chłopaków, którzy jej nie interesują. Kiedy jednak ktoś jej się spodoba zachowuje się zupełnie inaczej. Niebieskooka miała dwóch chłopaków. Była w pierwszej klasie liceum, kiedy zaczęła chodzić z Adamem - "inteligentem". Moja przyjaciółka miała nadzieję, że wiążąc się z kimś podobnie inteligentnym jak ona, będzie mogła być sobą. Oj, jak bardzo się myliła. Faceci nie lubią, kiedy dziewczyna jest od nich w czymkolwiek lepsza. A szczególnie, kiedy wychodzi na to, że zawsze ma racje. Rose doświadczyła tego na własnej skórze. Drugi jej "podbój miłosny" chyba wszyscy znamy. Z Casanovą zaczęła chodzić w wakacje po pierwszej klasie. Tym razem przyjęła inną taktykę. Udawała słodką i uroczą, tak jak na pierwszy rzut oka oceniali ją wszyscy, którzy dopiero ją poznali. Efekt tego już poznaliśmy.

Dosiadłam się do stolika, przy którym siedziała stała grupka chłopców; Marcus, Lucas, Nathaniel i Victor. W ich towarzystwie świetnie odnalazł się Will, który również siedział z nimi. Do kompletu brakowało tylko Mike'a, ale on postanowił zająć się Louise, z którą dzięki mnie i Rose znowu się zszedł.  Jego miejsce przy stoliku zapełnił...David! Przystanęłam na chwilę, nie dowierzając własnym oczom. Czułam, że do sprawka Willa. Zrobiło mi się ciepło na serduchu, bo poczułam, że słusznie go broniłam. Przy stoliku nie było już wolnych krzeseł, więc pożyczyłam jedno, ze stolika obok. Dosiadłam się miedzy Victorem i Marcusem na skraju stołu.

- Na ciebie też Rose się obraziła? - spytał Will.

- Przejdzie jej - odpowiedziałam.

Rozmowa kręciła się głównie wokół wycieczki. Wszyscy mieliśmy złe przeczucia co do tego przez poprzednią nasz poprzedni wyjazd. Marcus wpadł na pomysł, że skoro po szkole mamy iść jeszcze na szkolenie do wojska, to może wycieczka ma mieć temat właśnie wojskowy. Will pochwycił pomysł, ale zmienił odrobinę temat.

- Słyszałem, że jak skończy się całe liceum w szkole prywatnej dla magów, to nie trzeba iść do wojska - Blondyn zerknął na Harvey'a - David, ty byłeś w prywatnej. Mówili coś o tym? - spytał.

Gołym okiem było widać, że mag lodu jest zaskoczony tym pytaniem. Podrapał się nerwowo z tyłu głowy.

- Taa, to prawda, ale musisz uczyć się przez całe sześć lat w prywatnej, żeby cię zwolnili z obowiązku.

- To nie fair - oburzył się Victor - Tylko dlatego, że kogoś nie stać na prywatną szkołe, musi iść do wojska.

- Wiesz, że wszystko kręci się wokół pieniędzy. Zawsze tak było i zawsze tak będzie - odezwałam się.

- Ej, są jeszcze jakieś inne bonusy jak skończysz prywatną szkołę? - spytał Nathaniel.

Skierowałam wzrok na bruneta. Wyczekiwałam odpowiedzi, nie dlatego, że mnie to obchodziło, ale dlatego, że nie mogłam uwierzyć, że widzę Davida, rozmawiającego z własnej, nieprzymuszonej woli.

- Po skończeniu szkoły, dostajesz od razu do ręki pozwolenie na magię.

- Serio?! - poruszałam się. Coś, o co staram się tak bardzo, w szkole prywatnej dostajesz tak naprawdę, za nic innego, jak pieniądze. David zmarszczył brwi, patrząc prosto na mnie.

- Czyli jakieś dwieście uczniów, tak po prostu dostaje zezwolenia, na koniec szkoły? - dopytałam. Chłopak pokręcił przecząco głową.

- Prywatne szkoły, mają mało uczniów, ze względu na to, że są płatne. Największa klasa u mnie miała szesnastu uczniów... A klasy były tylko trzy.

- Czemu w ogóle wróciłeś do normalnej szkoły? Wywalili cię za coś czy co? - spytał Lucas. To pytanie chodziło mi po głowie od początku, kiedy David pojawił się w naszej szkole, ale nigdy nie miałam okazji go zadać. Teraz już jej nie potrzebowałam.

David na chwilę się zaciął. Po krótkiej chwili odpowiedział;

- Rodzice otworzyli tutaj szpital prywatny.

Niby odpowiedział, ale ja już czułam, że jego tryb emo się włączył. Patrzył się przez dłuższy czas w blat stołu. Tak jak myślałam, David wstał od stolika i zaczął się kierować w stronę wyjścia. W drzwiach stał nasz wychowawca.

- Gdzie ty się wybierasz? - podniosłam lekko głos poirytowana, wstając od stołu. On znowu próbował uciec, jak zawsze. Daisy patrzył, a ja nie mogłam pokazać, że sobie nie radzę z tymi humorkami Davida. Ma wahania nastrojów jak kobieta w ciąży. Raz rozmawia normalnie, zachowuje się jak człowiek, a potem nagle zachowuje się, jak dzikus. Jakby był wychowywany poza jakimkolwiek kontaktem z ludźmi.

Chłopak spojrzał na mnie zdziwiony, marszcząc brwi

- Do autokaru...? Głucha jesteś, czy co? Stokrotka kazał już się wszystkim zbierać - Wskazał na nauczyciela kciukiem - W ogóle, co ty jesteś moja matka, żebym ci mówił gdzie idę?

Opadłam na krzesło. Chyba wyszłam na idiotkę. Za bardzo się skupiłam na jego osobie, spodziewając się tego trybu emo, że nawet nie usłyszałam Stokrotki. Wszyscy z naszego stolika dziwnie się na mnie patrzyli. Zgarnęłam wszystkie moje włosy do przodu i uderzyłam głową o blat. Słyszałam szuranie krzeseł o podłogę, co oznaczało, że wszyscy zaczęli się zbierać. Po chwili poczułam czyjąś rękę na ramieniu.

- Idziemy złośnico - powiedział Will.

- Jak on mnie irytuje - westchnęłam ciężko.

- Ale wydaje się całkiem normalny. Może na początku miał problem z kontaktem z ludźmi, ale teraz już nie potrzebuje twojej pomocy...

Nagle mnie oświeciło. Gdybym była bohaterką jakiejś starej kreskówki, to nad moją głową pojawiła by się żółta żarówka. Zerwałam się z krzesła.

- To jest to - Położyłam dłoń na ramionach blondyna. - To jest to! Will jesteś genialny!

- To wiem. Ale o co chodzi? - spytał, kiwając razem ze mną głową.

- Dzięki Will - powiedziałam i przytuliłam go mocno. Podbiegłam do wieszaka przy wyjściu i zaczęłam zakładać wszystkie warstwy mojego wierzchniego ubrania, które chroniło mnie przed tymi lodowatymi pięcioma stopniami na dworze.

Widziałam już, co David próbuje zrobić. Chce na siłę pokazać, że już świetnie dogaduje się ze wszystkimi, żebym już mu odpuściła. Nie ze mną te numery! I tak nie przestanę mu pomagać, dopóki naprawdę nie wyprowadzi mnie z równowagi albo do czasu, kiedy Stokrotka powie mi, że już nie muszę.

***

Jak obiecywał Stokrotka, dokładnie godzinę przed przyjazdem na miejsce aktywował runy. Mogłoby się zdawać, że autokar był wypełniony staruszkami po 90, a nie młodzieżą po 16-17 lat. Każdemu coś się działo. Jeden był cały odrętwiały, drugi cały się trząsł. Rose miała straszną migrenę i odgrodziła się od wszelkiego hałasu i światła swoją bluzą. Ja za to miałam ogromną gorączkę. Dam głowęm że miałam 40 stopni gorączki jak nie więcej. Oczywiście dla normalnej osoby, taka gorączka mogłaby być niebezpieczna, ale przez to, że moją naturą magiczną jest ogień, temperatura mojego ciała zawsze jest wyższa o dwa stopnie, niż u innych ludzi. Czułam jakbym miała się ugotować. Pozbyłam się wszystkich dodatkowych warstw moich ciuchów i zostałam tylko w podkoszulku i legginsach, które miałam pod jeansami. Nie pomogło. Jak nie cierpię zimna i najchętniej w zimę, nie wystawiłabym nosa na zewnątrz, tak wtedy byłam gotowa zedrzeć z siebie wszystkie ubrania i wyskoczyć na dwór, gdzie było tylko kilka stopni na plusie. Marcus zachował się podobnie. Też pozbył się wszystkich niepotrzebnych warstw, które tak jak mnie, chroniły go wcześniej przed zimnem na dworze. Nasze ciuchy oddaliśmy...Davidowi. Chłopak cały się trząsł, nawet zrobił się lekko siny. Siedział cały opatulony na fotelu przy oknie. Brał od wszystkich kurtki, bluzy, które nie były potrzebne i cały się nimi okrywał. Mag lodu, którego zimno nigdy nie ruszało, cały miał drgawki właśnie od zimna, a magowie ognia, którzy znoszą upały jak nikt inny, nagle chcieli się jak najszybciej ochłodzić. Ciekawe zjawisko, nie powiem, że nie. Theresa za to cała się na elektryzowała. Kiedy się jej niechcący dotknęło, kopał cię lekki prąd. Jej włosy lekko się unosiły i kierowały w stronę plastikowego zakończenia okien. Kiedy jedna połowa autokaru cierpiała na bóle mięśni, gorączkę, wyziębienie czy tym podobne, druga połowa poczuła się bardzo znużona i poszła spać. Jednym z tej grupy był Will. Cóż, przynajmniej lekko to zniósł. Na szczęście im dłużej przebywaliśmy w tej "antymagicznej atmosferze", tym czuliśmy się lepiej. Niektórzy odzyskali siły już po półgodzinie. Niestety moje nieprzyjemności utrzymywały się dosyć długo.

***

Czułam się beznadziejnie. Tak jakbym miała za chwilę zemdleć. Nie miałam na nic siły, ale jakoś wygramoliłam się z autokaru. Było i tak już o wiele lepiej niż na początku, kiedy Stokrotka aktywował runy. Rose też narzekała jeszcze trochę na głowę.
Stałam przy bagażach, patrząc na moją torbę z rzeczami. Żałowałam, że nie miałam walizki na kółkach. Zza autokaru wyskoczył Will. Rześki i radosny. Wziął głęboki wdech.

- Ah te świeże, wiejskie powietrze - westchnął.

- A ty już doszedłeś do siebie? - spytałam zdziwiona.

- Tak. W Sul Tower robili nam coś podobnego. Daj, wezmę twoją torbę, bo raczej jej nie doniesiesz - powiedział, schylając się po mój bagaż.

- Nie trzeba! - szybko krzyknęłam - Dam sobie radę sama!

- Jesteś pewna? Nie wyglądasz najlepiej...

- Dam radę! - złapałam za ucho torby. Nie lubię się wysługiwać innymi. Kiedy się nachyliłam, pojawiły mi się mroczki przed oczami. Za szybko się schyliłam pewnie. Nie podniosłam torby. Potrząsnęłam głową, żeby pozbyć się gwiazdek sprzed oczu. Nagle nie wiadomo skąd pojawił się Marcus.

- Will, ty lepiej idź pomóż Rose, bo ona też jest nieswoja. W dodatku może to odkupi te twoje przewinienia – powiedział do blondyna - Ja wezmę rzeczy Mercy.

- Naprawdę nie trzeba! - poderwałam się, żeby udowodnić, że mam siłę, żeby unieść moją torbę. Może i bym ją uniosła, gdybym to zrobiła powoli. Niestety tak nie zrobiłam. Znowu pojawiły się mroczki. Puściłam torbę i poczułam jak lecę do tyłu. Ziemio, już do ciebie lecę!

Nagle uderzyłam w coś plecami. Uniosłam oczy do góry i zobaczyłam twarz Davida. Kolejny wyrósł z ziemi? Tylko to zdążyłam pomyśleć, bo czas nagle zwolnił. Wszytko wyglądało jak w sloł monszyn.

- Uważaj trochę! - warknął, ale kiedy zauważył, że odpływam, złapał mnie szybko za ramię i obrócił się, pewniej mnie chwytając. Widziałam jak przez jakąś brudną szybę. Czułam, że powoli osuwam się w dół. Widziałam zamazaną twarz bruneta. Potem ktoś mi zaczął machać przed oczami i mnie wołać. To był chyba Marcus. Potem w moim zamazanym polu widzenia pojawił się również Will i zaczął mnie klepać w policzki. Nie za mocno, ale wystarczająco, żebym zaczęła wracać do trzeźwości.

Kiedy już wiedziałam, mniej więcej co się wokół mnie dzieje, dopiero odczułam, że leżę na ziemi. Funkcje poduszki pełniły nogi Davida. Przyszedł Stokrotka z pełnym zestawem - ciśnieniomierzem i latareczką, którą świeci się w oczy, żeby sprawdzić czy źrenice poprawnie reagują. Kiedy zaczął mierzyć mi ciśnienie, odgonił całe zbiegowisko. Tak naprawdę nie zauważyłam tej gromadki, dopóki pan Daisy ich nie odgonił.

Po sprawdzeniu, tego co miał sprawdzić, odezwał się David z uśmiechem;

- Następnym razem ostrzegaj, że lecisz do tyłu. Może zdążyłbym się odsunąć.

Spojrzałam na niego zabójczym wzrokiem.

- Może i teraz leżę na twoich kolanach, bo przed chwilą prawie zemdlałam, ale to nie znaczy, że nie mogę cię uderzyć w tę twoją buźkę.

- Widzi pan? - chłopak zwrócił się do naszego wychowawcy - Nie dość, że już mi grozi, to jeszcze potrafi sklecić sensowne zdanie. Chyba wszystko z nią w porządku.

- Chyba masz rację - potwierdził Stokrotka - Pomóż Mercy wstać i przyjdźcie razem do głównego budynku.

Daisy wstał, zabrał swoje rzeczy i znikł za autokarem.

- Gotowa, żeby usiąść? - spytał David.

- Chcę jak najszybciej wstać z tej zimnej ziemi - odpowiedziałam. Brunet wysunął mi pod pachy swoje ręce i zaczął mnie powoli unosić. Pff! Jakbym sama nie potrafiła usiąść.

- Nie kręci ci się w głowie? - spytał.

- Nie. Mogę już wstać? - niecierpliwiłam się.

- Tak, czekaj. Podam ci rękę.

- Mogę sama.

Chłopak wstał, ale ja wolałam wstać sama. Nie lubię jak ktoś skacze tak wokół mnie. Jeszcze gorsze uczucie jest wtedy, kiedy robi to ktoś, kogo nie lubię. Nie wiem wtedy jakie mają intencje. Już się podnosiłam, ale straciłam równowagę. Nie wiem, czy David to przewidział, czy też za wolno się ruszał, ale przed spotkaniem z ziemią uchroniły mnie jego nogi.

- A mówiłem, że ci pomogę?

Kiedy tylko usłyszałam jego ton głosu wyrażający "A nie mówiłem?" od razu się we mnie zagotowało. Odepchnęłam się od jego piszczeli i stanęłam na równe nogi.

- A mówiłam, że mogę sama?

Otrzepałam moją kurtkę i zaczęłam się oglądać na około, szukając mojego bagażu. Jedyne co widziałam to torba Davida.

- Gdzie moje rzeczy? – spytałam szybko.

- Ktoś wziął ze sobą… Chyba Marcus.

Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam szybkim krokiem do budynku, zostawiając bruneta w tyle.

- Tak w ogóle to nie ma za co! - krzyknął za moimi plecami.


Może i powinnam podziękować za pomoc, ale byłam zbyt zdenerwowana tą sytuacją. Nie cierpię, kiedy ktoś traktuje mnie jak jajko, które może się zbić. Prawie zemdlałam i wielkie halo! Przebiegł Stokrotka i zaczął mnie badać jakbym umierała. No kurde! Tylko zemdlałam i to na sekundę dosłownie. Potem jeszcze David się przyczepił, choć właściwie to ja go unieruchomiłam, bo na niego upadłam, ale to tylko szczegół... Gdybym była na jego miejscu to…. No dobra. Zachowałabym się dokładnie tak samo. Chyba jednak Theresa miała racje i jestem hipokrytką.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Coś ostatnio jestem dosyć regularna, jeżeli chodzi o wstawianie postów o.O Aż sama w to nie wierzę xD Nie wiem, czy uda mi się na następny weekend napisać rozdział, więc pewnie moją systematyczność zaburzę :P Po wycieczce zacznę już szybciej główną akcje, która ma być w tej części. Tak ,,Historia Mercy" jest podzielona na cztery części, a każda część kręci się w okół jednego głównego wydarzenia ^^ Część pierwsza jest najbardziej obszerna, bo muszę w niej zapoznać Was z bohaterami :v Chciałabym Wam strasznie podziękować za ponad 7750 wyświetleń! Strasznie Wam dziękuję <3 Wiem, że wiele z Was czyta mojego bloga, ale go nie obserwuje, dlatego przypominam, że jest taka opcja, którą Wam polecam, bo nie przegapicie wtedy żadnego mojego posta. Wystarczy jedno kliknięcie, a bardzo mnie ono uszczęśliwi ^^
No, ton chyba tyle miałam do powiedzenia... Trzymajcie się i do następnego posta!

niedziela, 14 lutego 2016

Speciał Walentynkowy

Razem z Kasią (klik) postanowiłyśmy jakiś czas temu, że napiszemy razem One – shota. Akurat dziś wypadają walentynki, a że one-shot ten jest romansem, to wstawiamy go dziś ^^ Ten rozdział dodatkowy nie ma nic wspólnego z naszymi głównymi opowiadaniami, które są u nas na blogach. Same wymyślałyśmy postacie. Ja – główną bohaterkę, Carol, a Kasia – głównego bohatera, Lucasa. Sama treść rozdziału jest inna u mnie, jak i u Kasi, a to dlatego, że założyłyśmy, że wspólnie wymyślimy postacie, ale pisać będziemy same, żeby nie ograniczać siebie nawzajem ^^ Dlatego zapraszam na bloga Kasi, przeczytać  jej wersje ---> klik Skoro jesteśmy już na temacie Kasi, to jest ona moją stałą korektorką i dzięki niej moje rozdziały wyglądają już lepiej, niż na początku <3
Wypiszę Wam tu cechy (charakteru, jak i wyglądu), którymi kierowałyśmy się pisząc ten rozdział.

Carol:
- towarzyska
- miła
- dobrze wychowana
- pewna siebie
- nigdy nie powiedziała złego słowa o nikim
- wyrozumiała
- ma takt księżniczki (zazwyczaj)
- drobna blondynka, o zielonych oczach
- ma starszego brata i młodszą siostrę

Lucas:
- zabawny
- aspołeczny
- mól książkowy
- nerd
- uwielbia sci-fi
- geniusz z fizyki
- robi się pewny siebie przy Carol
- wysoki brunet, o miodowych oczach
Mam nadzieję, że będzie się Wam miło czytało ^^

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
- Słyszałem plotkę… że umówiłeś się z naszą przewodniczącą. Gratulacje, stary – powiedział Michael, jego najlepszy przyjaciel, klepiąc go w łopatkę. Lucas mimowolnie zerknął na blondynkę, która wypisywała na tablicy punkty dotyczące imprezy Hallowenowej. Jej długie blond włosy spływały falami po ramionach. Miała na sobie szary sweter, spod którego wystawał kołnierzyk białej koszuli i czarną spódnicę, kończącą się nad kolanami. Zastanawiał się, gdzie ją zabierze. Rozmyślenia przerwało mu bliskie spotkanie jego twarzy z blatem ławki. Siedzący przed nim Michael podciął mu rękę, na której brunet opierał głowę.
- Rany stary, ale cię wzięło – powiedział jego przyjaciel wyciągając się na krześle. – Naprawdę ją zaprosiłeś?
- Naprawdę. Dlaczego w ogóle uważasz, że nie zrobiłbym tego? – spytał Lucas, pocierając swoją obolałą brodę.
- Bo jesteś raczej aspołeczny i gadasz głownie tylko ze mną – blondyn wzruszył ramionami, jakby to było oczywiste.
- Dzięki, że we mnie wierzysz, przyjacielu – powiedział urażony Lucas.
- Oj, Lucuś, nie gniewaj się na mnie! – Michael zrobił dziubek i zaczął zbliżać twarz do bruneta. Chłopak położył dłoń na jego czole i go odepchnął.
- Lucas! – zawołała go przewodnicząca, stojąca przy tablicy – Chodź, potrzebuje żebyś mi w czymś pomógł.
Lucas od razu się uśmiechnął. Uwielbiał, kiedy wypowiadała jego imię. Miała taki melodyjny głos. Michael poruszył znacząco brwiami i odprowadził przyjaciela wzrokiem. Szatyn podszedł do Carol i zapomniawszy, że ma czarną bluzę, oparł się o tablicę. Blondynka odwróciła się do niego i zawinęła swój niesforny kosmyk za ucho. Zagapił się na nią.
- Jak myślisz, wystarczy tyle co do tej imprezy? – spytała, patrząc na niego. Lucas otrząsnął się i zerknął na tablice.
- Tak. Odwaliłaś świetną robotę – potwierdził pewny swego, kiwając głową. Tak naprawdę nie przeczytał nawet jednego słowa. Był zbyt rozproszony jej obecnością. Była taka drobniutka. Lucas był wyższy od niej o ponad 15 centymetrów, więc chłopak czuł się przy niej tym bardziej jak wielkolud.
- Dziękuję – powiedziała, uśmiechając się – Mam pytanie… Twoja mama będzie mogła się zając cateringiem?
- Jasne – odpowiedział bez namysłu, ale wiedział, że jego matka się zgodzi. Schował rękę do kieszeni, udając wyluzowanego.
- Super! – klasnęła w dłonie i odwróciła się do tablicy, zapisując szybko jego imię i nazwisko przy jednym punkcie. Chłopak chciał już wrócić do ławki, bo poczuł się już niepotrzebny, ale blondynka go zatrzymała pytaniem:
-  To gdzie jutro idziemy?
Zaskoczyła go tym. Miał nadzieje, że sam do niej napisze jak wróci do domu i coś ogarnie, a tu klops. Że też musiała zadać to pytanie tak wcześnie. Lucas starał się zachować spokój, ale w środku panikował. Rozglądał się po sali szukając jakiegoś pomysłu, ale nic, kompletnie nic nie wpadło mu do głowy. Zerknął na Carol, która nie odwróciła twarzy od tablicy. Kątem oka zauważył rumieniec na jej twarzy. To go, o dziwo, uspokoiło i szybko znalazł odpowiedź.
- Niespodzianka. Dam ci znać dziś wieczorem, gdzie się spotykamy.
Brawo Lucas! Zachowałeś spokój! – pochwalił siebie w myślach i wrócił do swojej ławki. Jego duma nie trwała długo, bo zauważył, że ma prawie całe plecy białe od kredy. Zerknął na blondynkę, która się lekko uśmiechała i pomyślał, że się zbłaźnił. Jego pewność siebie momentalnie zniknęła.
Carol zawsze była odważna i bezpośrednia, ale kiedy Lucas zaprosił ją na randkę zabrakło jej języka w gębie. Musiała szybko się opanować, żeby nie wyjść na idiotkę. Chodziła na randki zazwyczaj z grzeczności, bo chłopcy często ją zapraszali, ale tym razem było inaczej. Lucasa akurat lubiła. Nie wiedziała, czy to w sposób tylko przyjacielski, czy romantyczny, więc randka była idealnym sposobem, żeby się tego dowiedzieć. Niestety, od początku nie wszystko szło po jej myśli. Chłopak nie powiedział, co będą robić, więc kiedy szykowała ubranie na randkę, miała nie lada problem. Zazwyczaj jej adoratorzy od razu mieli wszystko zaplanowane, a tu klops.
- Niespodzianka, co… - mruknęła pod nosem, patrząc na wszystkie ubrania, które leżały na jej łóżku. Nie wiedziała co założyć, a poradzić mamy się nie mogła, ojca tym bardziej, bo byłaby od razu wypytywana. Młodsza siostra to już w ogóle, bo od razu wypaplała by wszystko ojcu. Nie żeby ją trzymał pod kloszem. Po prostu zacząłby wypytywać o wszystko. A jak dowie się w ostatniej chwili, to da jej spokój.
 Blondynka złapała się za włosy, jakby chciała je wyrwać i opadła na kolana. Zamierzała wyglądać idealnie, ale to było niemożliwe. Nie mogła się dostosować do miejsca, bo nie widziała gdzie idą. Gdyby szli do kina, to pokusiłaby się o krótszą sukienkę, a jak na spacer to założyłaby coś cieplejszego. Zastanawiała się, czy Lucas też się tak denerwuje. Nie, to niemożliwe. Przecież jest facetem, a oni się tak tym nie przejmują  – pomyślała. W końcu sam ją zapytał. Nawet nie miała pojęcia jak bardzo się myliła.
Kilka ulic dalej Lucas sprawdzał po raz setny wszystko: pogodę, rozkład wszystkich autobusów, jakby coś poszło nie tak, godzinę seansu w kinie, rezerwacje na stolik. Panikował strasznie, ale o dziwo wszystko szło pomyślnie. Wysłał jej obiecanego SMSa z miejscem spotkania. Miała być pochmurna pogoda, ale nie deszczowa, więc postanowił, że spotkają się najpierw na starówce, w centrum miasta, skąd dojdą do kina. Nie było to kino  z popularnych sieciówek, które są wszędzie. Carol potwierdziła, że będzie o trzynastej na miejscu, więc Lucas mógł spokojnie zasnąć. Tymczasem blondynka jeszcze nie spała. Czekała, aż wszyscy zasną, żeby mogła zakraść się do łazienki po żelazko i deskę do prasowania. Przez to, że przymierzała tyle ubrań, jej strój, który wreszcie wybrała, był cały pognieciony. Dopiero po drugiej poszła spać.
Kiedy u Lucasa wszystko szło jak po maśle, to u Carol nic nie trzymało się planu. Lucas budzi się wypoczęty – ona ma wory pod oczami. Chłopak zakłada przygotowane wcześniej ubranie – młodsza siostra Carol oblewa ją niechcący sokiem pomidorowym. Na szczęście jej rodzice wyjechali z samego rana w sprawach biznesowych, więc miała odrobinę luzu. Przygotowała sobie nowe ubranie, zrobiła makijaż, włosy. Była praktycznie gotowa, ale przy wyjściu zastała starszego brata. Był gorszy od ojca, jeżeli chodzi o nadopiekuńczość. W jej stronę padła seria pytań; a gdzie, a z kim, a po co, a dlaczego itd. Zawsze odpowiadała wymijająco.
- Wypuścisz mnie już czy nie? – spytała poirytowana.
- Jak powiesz, jak nazywa się ten koleś, z którym wychodzisz.
- Dobra! – wywróciła oczami. – To Lucas Jursley…
- Jursley?! Taki z ciemnymi włosami, mniej więcej taki jak ja, jeżeli chodzi o wysokość? – przerwał jej. Zaskoczona dziewczyna pokiwała twierdząco głową. Jej starszy brat się uśmiechnął i powiedział;
- Nie mam więcej pytań, możesz iść.
- C-co? Znasz go?!
Chłopak pokiwał twierdząco głową;
- Taaa. Poznaliśmy się na zlocie fanów sci-fi. Słyszałem, że chodzi z tobą do klasy. Nigdy nie wpadłbym na to, że umówisz się z takim nerdem, jak on…
- Ty też jesteś nerdem, kochany braciszku – powiedziała z udawaną słodkością w głosie.
- Dobra młoda, wypad, bo się jeszcze rozmyślę!
Lekko zszokowana dziewczyna założyła na siebie kremowy płaszcz, wzięła prowizorycznie parasolkę i wyszła. W nocy padało, więc na chodniku jak i ulicy było mnóstwo kałuż. Pech jej nie zostawił. Dosłownie pięć minut drogi od domu i stało się TO! Wielka rozpędzona ciężarówa przejechała tuż obok niej, zalewając brudną wodą z kałuży całą dziewczynę, od czubka głowy, po jej nowe jesienne buty na koturnach. Blondynka stała przez chwilę w miejscu, nie dowierzając co się właśnie stało. Pierwsze co zrobiła, to wyjęła telefon, który na szczęście był w torebce, więc został ochroniony przed tą wielką, brudną falą tsunami. Wybrała numer do Lucasa.
- Halo? – usłyszała jego głos w słuchawce.
- Hej Lucas, powiedz mi jesteś już może na miejscu? – spytała, modląc się, że odpowie „nie”.
- Tak, a coś się stało?
Cholera.
- Wystąpiły małe komplikacje…. Ale będę! Spóźnię się, więc usiądź sobie gdzieś… Na przykład w jakimś barze… Na starówce jest ich pełno!
Po jego stronie, przez chwilę nie było nic słychać.
- Jak chcesz, to możemy to przełożyć…
W jego głosie słychać było zawód. Aż ukuło Carol w serce. Wyobraziła go sobie, jak wraca sam, z miną zbitego psa. O nie! Nie pozwolę na to! – pomyślała.
- Nie! Odrobinę się spóźnię, ale to nic. Dam ci znać, kiedy będę już wychodzić z domu.
- Ale wszystko w porządku? – spytał z troską w głosie.
- Tak, nic się nie stało. Opowiem ci, jak już się spotkamy – powiedziała szybko i się rozłączyła. Zaczęła biec z powrotem do domu.
***

Wpadła jak torpeda, zatrzaskując za sobą drzwi. Zdjęła przemoczony płaszcz i buty, tuż przy wejściu i pobiegła prosto na górę do łazienki. Wyglądała jak upiór. Rozmazany makijaż, włosy, całe poklejone i brudne, ubranie też całe szarobrązowe. Jakby wybrała się popływać w bagnie. Dodatkowo ten nieprzyjemny zapach…
Usłyszała pukanie do drzwi.
- Co się stało? – spytał jej brat.
- Prosta matematyka. Rozpędzona ciężarówka plus kałuże na drodze plus ja, idąca sobie chodnikiem. Jaki jest wynik, Chris?
- To nici z wyjścia, co?
- Nie. Idę, tylko muszę się ogarnąć. Idź lepiej przynieś mi moje ciuchy z pokoju. Leżą złożone na biurku.
Kiedy młodsza siostra zalała jej sukienkę sokiem pomidorowym, Carol przymierzała jeszcze dwa stroje. Ten, który miała na sobie, czyli granatowa spódnica, kończąca się tuż nad kolanami i jasnoniebieska luźna koszulka, wydawał jej się bardziej odpowiedni, ale cóż… ciężarówka uważała inaczej. W jej pokoju została letnia sukienka, która też się nadawała, gdyby nie fakt, że jest jesień. Blondynka jednak miała już plan. Założyłaby do niej dłuższe kozaczki i skórzaną, brązową kurtkę i było by jej w miarę ciepło. Czekała, aż starszy brat przyniesie jej ubranie, a następnie przystąpiła do działania.
Szybki prysznic, który nie był tak do końca szybki, bo ciężko było pozbyć się tego brudu z włosów – zrobione.
Założenie sukienki – zrobione.
Szybki, delikatny makijaż, który pasuje do letniej sukienki – zrobione.
Upięcie włosów – zrobione.
Wysłanie SMSa do Lucasa, że już wychodzi – zrobione.
Trafienie do autobusu bez szwanku, który zawiezie ją prosto na miejsce spotkania – zrobione.
Wszystko szło dobrze… Gdyby nie oberwanie chmury! Na szczęście Carol miała parasolkę, na nieszczęście Lucas jej nie miał! Biedy chłopak, napisał do blondynki, że czeka na nią w kinie. Niestety, film na który zarezerwował bilety, zaczął się już dobre pół godziny temu. Bawił się telefonem na jednej z puf przed salą kinową cały zestresowany, że wszystko idzie nie tak, kiedy ktoś zaskoczył go od tyłu. Odwrócił się, a tam pojawił się obiekt jego wyczekiwania. Drobna blondynka, w krótkiej, brązowej skórzanej kurtce, sukience w słoneczniki i kozaczkach po kostki, złożyła nagle ręce, jakby chciała się modlić i ukłoniła się przed chłopakiem.
- Przepraszam strasznie, od rana jakieś problemy. Bo widzisz najpierw siostra, potem ciężarówka – strzelała, jak z karabinu, ale chłopak jej przerwał;
- Jaka ciężarówka?! – spytał poruszony. Carol się wyprostowała i spojrzała na niego sowimi zielonymi oczyma.
- Jaka ciężarówka…? – powtórzyła pytanie.
- Tak, jaka ciężarówka? Co się stało? – powtórzył zdezorientowany. Słowo ciężarówka kojarzy się z wieloma słowami, ale najbardziej z wypadkiem. Blondynka była tak zdenerwowana, że kiedy zaczęła przepraszać Lucasa, zapomniała, że miała już wymówkę, która nie mówiła nic o ciężarówce. Nie chciała mu o tym mówić, bo  to było po prostu zawstydzające. Zaczęła się rumienić na samą myśl o tym. Ci wszyscy ludzie, którzy później odwracali się za nią kiedy biegła do domu. To było okropne.
- Powiedziałam ciężarówka? Ha ha ha… Miałam na myśli…
Zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Nic nie znalazła, nic nie przyszło jej na myśl. Lucas wbijał w nią wzrok, swoimi miodowymi oczami, przez co jej nogi zrobiły się jak z waty. Nie umiała kłamać, za cholerę. Nie wiedziała kompletnie co ma zrobić. Szatyn wyczekiwał odpowiedzi, a ona stała tam jak kołek. Co się podziało z jej pewnością siebie? Kiedy Carol czuła jej brak, Lucas natomiast, był cały przepełniony pewnością siebie, jak nigdy. Dziewczyna nie wytrzymała presji i wreszcie powiedziała prawdę.
- No bo, już szłam sobie na przystanek i ni stąd ni zowąd, nagle pojawia się rozpędzona do niemożliwej prędkości i przejeżdża koło mnie. No i stałam na tym chodniku cała w brudna i mokra, nie wiedząc czy płakać, czy się śmiać i potem zadzwoniłam szybko do ciebie, bo nie chciałam, żebyśmy odwołali randkę, ale miałam nadzieje, że jednak nie jesteś na miejscu, bo nie chciałam żebyś czekał, ale byłeś i poprosiłam cię żebyś poczekał, ale byłam strasznie zła na siebie, bo…
- Wystarczy – przerwał jej, kładąc dłonie na jej ramionach. Dopiero wtedy zauważyła, jak bardzo się trzęsie.
- Weź głęboki oddech i się uspokój. Nie rozumiem czemu jesteś tak zdenerwowana. Takie rzeczy się dzieją. Zgadnij kto był u wuja na wsi i skończył cały w błocie z nawozem? – starał się ją uspokoić. Nie był dobry w uspokajaniu ludzi, dlatego zrobił to w czym był najlepszy – zaczął żartować z samego siebie. Złapał ją za dłoń i pociągnął za sobą, kierując się do plakatu z dzisiejszym rozkładem filmów. W normalnych okolicznościach nie odważyłby się nawet tknąć jakiejkolwiek dziewczyny, a tym bardziej Carol, która podobała mu się od dawna, ale poczuł, że musi coś zrobić. Uśmiechnął się pod nosem i poczuł kolejny przypływ pewności siebie, kiedy zauważył, że ludzie czasem na nich zerkają. Tak, ta cudowna istota, jest z nikim innym, jak ze mną! – powiedział w duchu, cały czas się uśmiechając.
- Nie wiem – powiedziała po chwili, zdezorientowana.
- Ja! – odwrócił się do niej i wskazał na siebie kciukiem – Musiałem spać na sianie w stodole, przez dwie noce, bo smród był nie do zniesienia! Wysłali mnie tam z kocem, mówiąc: „Będziesz tam spać, dopóki nie przestaniesz śmierdzieć jak placki Milki” – próbował naśladować czyjś głos, co wyszło mu dosyć dziwnie. Carol się zaśmiała. Udało mu się! Gdyby mógł, to zacząłby skakać z radości, ale wolał tego nie robić. Za dużo ludzi…
Poczuł, że dziewczyna już się rozluźniła, więc spytał ją, na jaki chce iść film. Blondynka spojrzała na plakat i nie mogła doczytać literek. Cholera! Z całego pośpiechu zapomniała założyć soczewek. Nachyliła się bliżej rozkładu, żeby lepiej widzieć i dopiero wtedy poczuła, że chłopak trzyma ją za rękę. Poczuła jak się rumieni. To nie było do niej podobne. Nie myślała jednak o tym długo, bo musiała się skupić, żeby przeczytać małe literki. Nagle ją olśniło. Przecież Lucas lubi Science Fiction. Zaczęła szukać filmów ze znaczkiem rakiety. Znalazła! Wyprostowała się i wskazała na punkt na liście;
- Chodźmy na ten! – powiedziała z uśmiechem.
- Jesteś pewna? Nie wiedziałem, że lubisz tego typu filmy…
- Z bratem kilka takich obejrzałam. Są ciekawsze, niż te wszystkie dramy, nie dramy – odpowiedziała szczerze.
Jest idealna – pomyślał Lucas i ruszył do kasy zakupić bilety.
***
Do seansu zostało ponad półgodziny, które ta dwójka spędziła na pufach rozmawiając o wszystkim i o niczym. Carol kilka razy złapała się na wpatrywaniu się w twarz Lucasa. Nie wiedziałam, że jest taki przystojny – myślała za każdym razem, kiedy wyłączała się na jego twarzy. Mówił coś, a ona potrafiła tylko śmiać się i potakiwać.
- Zanudzam? – spytał nagle, co wybiło ją z rytmu.
- Nie – od razu zaprzeczyła.
- To w takim razie co przed chwilą powiedziałem?
Nie wiedziała. Znowu poczuła się zakłopotana i zaczęła się rumienić. No, ale co miała powiedzieć? Przepraszam, ale byłam zbyt pochłonięta gapieniem się na twoją przystojną twarz? No chyba nie.
***
Carol nie spodziewała się, że film będzie podobać jej się tak bardzo. Pomińmy fakt, że nie do końca rozumiała niektóre rzeczy. Na szczęście Lucas wszystko jej tłumaczył. Wychodzili właśnie z sali, rozmawiając o głównych bohaterach. Blondynka wybiegła przed chłopaka, uniosła plastikowy kubek z colą i zaczęła mówić kwestię głównej żeńskiej postaci. Już myślała, że pech jej odpuścił. Niechcący zacisnęła dłoń, w której miała kubek. Fontanna słodkiego napoju spłynęła prosto na jej głowę. Włosy, cała twarz i ramiona – wszystko było w coli! Spojrzała na Lucasa, który wytrzeszczył oczy. Kilka osób się zatrzymało i zaczęli wlepiać swoje ślepia w blondynkę. Zaczęła się trząść i poczuła jak zbiera się jej na łzy.
- Car… - zaczął Lucas, ale nie dokończył, bo dziewczyna zaczęła biec w stronę wyjścia. Przepychała się miedzy ludźmi, a po jej policzkach zaczęły spływać łzy. Co za wstyd, co za wstyd, co za wstyd! – powtarzała bez przerwy w myślach. Wybiegła na zewnątrz, gdzie nadal padał deszcz. Nie lało już tak bardzo, ale z nieba nadal spadały krople wody.
- Carol, gdzie ty lecisz?! – usłyszała za plecami znajomy głos. Tylko nie on – pomyślała i zaczęła biec szybciej. Nie wiedziała dokąd biegnie, ale byle najdalej od Lucasa. Tak się jeszcze nie zbłaźniła przed nikim. Jeszcze będzie go codziennie widywać w szkole. No porażka jakaś.
Niestety, nie pomyślała, że chłopak będzie od niej szybszy. Złapał ją za ramię i pociągnął do tyłu. Zatrzymała się, ale wzrok wbijała w bruk. Nie podniosła głowy.
- Czemu uciekłaś? – spytał.
- Zbłaźniłam się. Pewnie ci się podobało, że jestem zawsze taka poukładana, pewna siebie, taka idealna, a tu proszę. Jedna wielka fajtłapa, której nagle nie umie znaleźć języka w gębie, kiedy się o coś jej zapytasz, która jest cała oblana colą. Bum. Cały czar prysł.
Niespodziewanie chłopak przyciągnął ją do siebie. Odgarnął z jej twarzy niesforne kosmyki i schował je za ucho. Położył swoją dłoń na jej policzku i złożył delikatny pocałunek na jej ustach. Kiedy ich wargi się rozłączyły, chłopak się oblizał
- Posmak coli… Ciekawe dlaczego? – zaśmiał się. Carol zrobiła się czerwona jak burak i zaczęła bić go delikatnie w klatkę piersiową.
- To wcale nie jest śmieszne – powiedziała z przekąsem.
- Jak nie jest, jak jest – Lucas znowu się zaśmiał i przycisnął blondynkę do siebie.