sobota, 31 października 2015

Mercy i Nora Carlsson



Wyszliśmy z budynku szkoły i zobaczyliśmy jak Rose rozmawia z jakąś kobietą. Kiedy przyjrzałam się jej bliżej, zauważyłam, że to moja ciocia. Tylko co ona tu robi?! Miała na sobie długi, beżowy płaszcz i ciemne szpilki o szpiczastych czubach. Oznaczało to, że była na jakimś spotkaniu typu "Chcemy kupić od Pani lokal" albo "Mamy dla Pani propozycje wybudowania sieci Pani kawiarni"... Odkąd jej kawiarnia stała się tak popularna wszyscy chcą na niej jakoś zarobić. Na ich nieszczęście Judy jest uparta i już nie raz mówiła, że nie sprzeda nikomu kawiarni.

Kiedy podeszłam do nich razem z Willem przerwały rozmowę.

- Hej ciociu, co tu robisz? - spytałam.

- Wracałam, ze spotkania i akurat miałam po drodze i przyjechałam odebrać cię ze szkoły. Chłodno jest, a wiem, jak zimno działa na ciebie, więc przyjechałam. - odpowiedziała. - Jedziecie z nami? - zwróciła się do Rose i Willa.

- Nie. - odezwała się szybko brunetka. - A przynajmniej ja nie. Później na pewno wpadnę, ale chcę się przebrać, żeby nie chodzić cały czas w mundurku. - położyła palec na brodzie jakby się nad czymś zastanawiała, a potem dodała - Może go jeszcze upiorę... No nic to ja się na razie żegnam. Do zobaczenia! Pa Mercy! - wyminęła nas w bramie, pomachała w naszą stronę i ruszyła drogą do akademika, wesoło podskakując. Patrzyliśmy na nią lekko osłupieni, ale po chwili odezwał się Will:

- Ja ją może lepiej przypilnuje, bo coś z nią dziś nie tak. Jeszcze sobie zrobi krzywdę...

A ja jak zawsze, wychwyciłam podtekst w wypowiedzi chłopaka…

- Wow! Will! Nie wiedziałam, że jesteś taki szybki! Będziesz ją pilnował jak będzie się przebierać? No ładnie, ładnie. - powiedziałam z przekąsem, kręcąc głową i cmokając. Blondyn zrobił się cały czerwony.

- Nie łap mnie za słowa! – powiedział lekko piskliwym głosem, na co ja się zaśmiałam.

- Bardzo śmieszne. – pokręcił głową i nas wyminął, rzucając na odchodne:

- Na razie Mercy! Do widzenia pani! - i pobiegł za brunetką.

- Co z Rose jest dziś nie tak? - spytała ciocia, kiedy ruszyłyśmy w stronę jej samochodu.

- Właśnie się zastanawiam... Nie dość, że podobno na w-fie była ruchliwa, to jeszcze przeprosiła dziś Willa i jeszcze się ekscytowała wycieczką!

- To do niej nie podobne. Kiedy mnie zobaczyła koło furtki uśmiechnęła się ciepło i podbiegła do mnie w podskokach. Była taka rezolutna, że ledwie ją poznałam, jak do mnie biegła. Czy ona się zakochała znowu? To byłby już chyba trzeci z okresu licealnego….

Pokręciłam przecząco głową, choć na pierwszą myśl do głowy wpadł mi Will... Ale to pewnie przez dzisiejszą sytuacje ze szczypaniem policzków.

- Rose przecież zerwała ostatnio z Benem, więc wątpię... W dodatku ona się zachowuje wtedy zachowuje.

Kobieta wzruszyła ramionami i skierowała się w stronę chodnika, gdzie zaparkowała samochód... Oczywiście nie było to miejsce wyznaczone do parkowania. Nawet był znak zakazu! Ale co tam! Ciocia Judy wjechała chamsko na kawałek chodnika i zaparkowała samochód! Można? Można.

- Kiedyś ci naprawdę wlepią mandat za parkowanie... - powiedziałam, wrzucając torbę na tylnie siedzenie, i zajmując swoje miejsce koło kierowcy, na przedzie.

- Jeszcze nigdy nie dostałam mandatu! - odpowiedziała mi ciocia, siadając na swoim miejscu. Zdjęła szpilki i położyła je z tyłu, koło mojej torby. Zawsze tak robiła, twierdząc, że nie umie prowadzić w szpilkach...Włożyła kluczyki do stacyjki i gładko wjechała na ulicę.

- Czemu nie obudziłaś mnie rano? Przecież miała przyjść ta babka z opieki społecznej.

- Miała, ale nie przyszła. Dziś rano do mnie zadzwoniła, że jej nie będzie i, że chce się umówić na inny dzień. A jeżeli chodzi o budzenie, to cię budziłam. Nawet trzy razy, ale ty tylko przekręcałaś się na bok i mówiłaś, że jeszcze pięć minut.

To było do mnie nie podobne. Zazwyczaj to jak słyszę budzik, albo ktoś mnie obudzi to wstaję z łóżka bez problemu. Najwyraźniej moje ciało potrzebowało zregenerować energię. Tylko po czym...? Od ćwiczenia zaklęć runicznych na pewno nie... Może od klonowania? Tak, nadal robię Drugą Mnie, ale nie dla zabawy. Kiedy ja jestem w akademiku to Mercy nr.2 pomaga cioci w kawiarni. Oczywiście Judy o tym nie wie, bo bym miała niezłą "lekcję wychowawczą". Ale mogę się pochwalić, gdyż nauczyłam się połączenia na odległość. Mogę stać się znowu jedną Mercy nawet jakby druga ja była na drugim końcu miasta. Nie... Skądże, nie próbowałam. Ja i taki głupi pomysł? Nie... No dobra. Próbowałam trzy razy i za każdym działało! Znalazłam pewną sztuczkę przez przypadek jak studiowałam jedną ze starych ksiąg. Polega to na tym, że uwalnia się części swojej energii magicznej w otoczenie. Trzeba ją tylko skierować w odpowiednie miejsce, a do tego potrzebne jest zaklęcie nawigujące i mapa. Dzięki temu możemy kazać naszej magii przedostać się do wybranego punku, a ze względu, że magia z natury chce wracać do swojego właściciela to szuka do niego jak najszybszej drogi... A najszybszą drogą jest skrót przez mojego kolona. Wtedy dochodzi do połączenia. Proste? Proste. Przeczytałam, że było to kiedyś wykorzystywane do przemytu magii, ale nie mam zielonego pojęcia czemu niby ktoś miałby przemycać magię...

***

Weszłyśmy do mieszkania. Zdziwiło mnie, że ciotka nie zamknęła drzwi na klucz. Po prostu od tak, jakby nigdy nic nacisnęła klamkę, a drzwi się otworzyły. Pierwsze co usłyszałam to wiadomości, które zapewne leciały w telewizji.

"...rozbito wielką grupę przestępczą, która dotychczas była tak nieuchwytna. Podczas strzelaniny postrzelono trzech pracowników MAS. Dwójki z nich stan jest stabilny i nie zagraża ich życiu. Jeden funkcjonariusz jest w stanie ciężkim."

Postrzelono aż trzech pracowników Międzyrządowej Agencji Specjalnej?! Na terenie stolicy jest kilka grup przestępczych, ale ostatnio zrobiło się

- I tak nie uciekniesz od tematu, Judy. - usłyszałam znajomy, zachrypnięty głos z dużego pokoju.

- Cicho tam! Nie przyszłaś ze mną pogadać, tylko z Mercy! - odpowiedziała Judy zdejmując buty. W przedpokoju pojawiła się dobrze znana mi postać. Długie, rude, falowane włosy, zaczesane na bok, okulary z czerwonymi oprawkami, przez które patrzyły brązowe oczy, usta pomalowane krwisto czerwoną szminką. Nora Carlsson - przyjaciółka Judy i jednocześnie moja psycholog. Tak, mam prywatnego psychologa, a to wszystko przez to co działo się w gimnazjum między innymi: śmierć mamy, porzucenie przez ojca, tymczasowy pobyt w ośrodku opieki społecznej. Tak, gimnazjum nie było moim ulubionym okresem w życiu, a szczególnie pierwsza klasa.

Nora była ubrana w luźną, białą koszulę z bufiastymi rękawami, luźne 3/4, zielone spodnie i kremowe szpilki. Z wyglądu i stylu różnią się bardzo z ciocią, ale jak potrafię jeszcze wyobrazić sobie Judy w jej ubraniach, tak nie mogę sobie jej wyobrazić w ostrym makijażu Nory. Do rudowłosej on pasuje jak ulał. Nie wygląda w nim źle, albo prowokująco, po prostu ostre barwy są jej kolorami. Carlsson nie jest typowym psychologiem... Właściwe jeżeli o to chodzi o charakter, to jest bliska Rose. Ona nie jest spokojna i "byle jaka" jak większość psychologów. Z resztą sami się przekonacie jak ją lepiej poznacie...

- Cześć Mercy. - powiedziała z uśmiechem na twarzy.

- Dobry dzień. - odpowiedziałam, zdejmując komin, który był szczelnie owinięty wokół mojej szyi. Oczywiście włosy mi się w nim lekko zaplątały, bo jakże mogło być inaczej. Kiedy zdążyłam się wreszcie wyswobodzić, ciocia już dawno się rozebrała i rozmawiała o czymś po cichu z Norą. Nie chciało mi się ich podsłuchiwać, co normalnie bym zrobiła, bo miałam kilka innych zmartwień na głowie niż "tajemnice" Judy. Zdjęłam kurtkę i sweter. Ogarnęłam trochę włosy i weszłam do dużego pokoju. Obie przyjaciółki siedziały na kanapie i równocześnie spojrzały się w moją stronę.

- Mercy chcesz herbatę? - spytała Judy, wstając.

- Mhm. – mruknęłam. - Tylko pójdę się przebrać z mundurka. - oparłam i ruszyłam w stronę schodów, poprawiając torbę na ramieniu. Weszłam do mojego pokoju i rzuciłam ją na podłogę. Skierowałam się do szafy, żeby wyciągnąć jakieś ciuchy. Padło na szarą, długą bluzę z kapturem i legginsy. Związałam włosy w wysoki kucyk i spięłam moją pseudo grzywkę spinkami. Przybierając się, przeszłam się w lustrze. Zobaczyłam, jak zawsze wysportowaną nastolatkę ale teraz moje mięśnie stały się mocniej zarysowane, szczególnie na brzuchu i łydkach. Bicki też mi urosły. Na nogach miałam kilka otarć i siniaków po ćwiczeniach na w-fie z plusem. Dotknęłam pierścionka, który wisiał na rzemyku na mojej szyi. Zawsze przypomina mi moje dawne życie. Uśmiechnęłam się pod nosem przez napływające wspomnienia.

- Dobra, koniec przeglądania! - powiedziałam do siebie i ubrałam się do końca. Zerknęłam na tablicę korkową, która wisiała nad moim biurkiem. Była przygotowana na odwiedziny pracownicy z opieki społecznej. Przypięłam nawet zdjęcia jeszcze za czasów podstawówki jak byłam rudzielcem. Właściwie to nadal nie wiem jak moje włosy ściemniały do obecnego kasztanowego koloru...

Zaczęły mi ciemnieć w okresie kiedy odkryłam w sobie talent magiczny. To chyba tydzień przed wypadkiem mamy. Spaliłam wtedy kuchenkę... Dobrze, że nie wyrzuciło w powietrze całego bloku, bo kuchenka była na gaz! Mama poprosiła mnie żebym wstawiła wodę na herbatę (akurat czajnik elektryczny nam się popsuł). Mała Mercy poszła do kuchni i włączyła gaz. Niespodziewanie widok ognia mnie przyciągnął... Nie, nie byłam piromanką...Chociaż chyba jednak byłam. Od małego ciągnęło mnie do zapalniczek. Ale wracając, patrzyłam się na ten płomień i patrzyłam, i tak się na niego zapatrzyłam, że nawet nie zauważyłam kiedy zapaliły się pozostałe palniki, a potem cała kuchenka. Z "niebezpieczeństwa" wyrwał mnie ojciec. Wbiegł do kuchni i mnie odciągnął. Wtedy się ocknęłam. On dzwonił po straż, a ja popatrzyłam na tą kuchenkę, wyciągnęłam rękę i pomyślałam, że chce żeby ten ogień znikł. No i płomienie zaczęły lecieć w stronę mojej dłoni i kilka centymetrów przed nią znikały... Następnego dnia rodzice zabrali mnie do specjalnej placówki, gdzie robi się testy na zdolności magiczne. Ale nie, nie było ze mną tak łatwo. Pani mnie namawiała, żebym zrobiła to, a może tamto, a ja za każdym razem pytałam "Ale po co"", "Ale ja nie chcę", "Ale to jest nudne". Nie, wcale nie byłam tak jak Rose, wcale (ale ten tekst wieje ironią). Koniec końców pierwszego dnia nie udało się przeprowadzić testów. Drugiego też nie. Ale kiedy Rose mi powiedziała, że będę musiała tam codziennie przychodzić żeby zrobić te testy, to wreszcie przestałam się upierać i słuchałam grzecznie poleceń pani. Po testach dostałam świstek papieru, który utwardzał, że jestem uzdolniona magicznie i opiekuna, który przychodził do mnie trzy razy w tygodniu.

Rose też nie była lepsza... Zalała prawie całe mieszkanie! Dobrze, że mieszkała na parterze, bo sąsiedzi nie byliby zadowoleni.

Na tablicy wisiały jeszcze karteczki ze wszystkimi sposobami "odblokowania" Insidiony. Wielką krechą skreśliłam "próbę krwi" (to było wtedy, kiedy miałam zranioną dłoń i rozwaliłam stolik cioci). Patrząc na inne skreślone punkty, których szkoda byłoby wymieniać wpadłam na pomysł żeby przywołać moją broń. Wyprostowałam rękę do boku i uformowałam automatycznie moją magię w odpowiednie kręgi magiczne (robiłam to tyle razy, że nawet nie musze o tym za bardzo myśleć). Kiedy magia się uformuje zawsze wydziela jakieś światło. W zależności od zaklęcia i natury magicznej światło ma inny kolor. Akurat kiedy ja przywołuje Insidionę za każdym razem krąg błyszczy na inny kolor. Tym razem wpadał w błękit. Kiedy poczułam, że w mojej dłoni materializuje się skórzana rękojeść, zacisnęłam ją mocno. Krąg magiczny rozbłysnął i zamienił się drobne iskierki, które po chwili znikły. Schowałam moją broń w kieszeń w bluzie i ruszyłam do salonu najkrótszą drogą, czyli przeskoczeniem balustrady. Wylądowałam miękko w kuckach. Uwielbiałam tak robić. Podeszłam do kanapy i wzięłam ze stolika moją herbatę. Dmuchnęłam, żeby pozbyć się pary i wzięłam łyk gorącego, ziołowego napoju. Opadłam na mój ulubiony fotel.

- To odpowiadaj Mercy, co tam u ciebie? - odezwała się Nora.

- A dobrze. - odparłam i wzięłam kolejny łyk herbaty. - Troszkę nudno, ale nie jest źle.

- Jakie nudno!? - usłyszałam zza pleców głos cioci. - Wreszcie jest spokojnie. Tyle ile sobie z tobą naprułam nerwów... Ech, szkoda gadać. - machnęła ręką i usiadła koło rudowłosej na kanapie.

Moją uwagę przyciągnęły wiadomości w telewizji.

"Ulice wokół Placu Centralnego zamknięte z powodu wcześniejszej strzelaniny. Zakładnicy nie ucierpieli. Jednym z nich była sławna młoda artystka o rozpoznawalnych różowych włosach. Wciąż nie wiadomo co miała wspólnego z tak niebezpieczną grupą przestępczą"

- To dlatego jechałyśmy jakoś inaczej! - zauważyłam. Najkrótszą drogą od naszego mieszkania do szkoły jest właśnie droga przez Plac Centralny, a dziś jak ciocia mnie odebrała, to jechałyśmy na około.

- Przynajmniej będzie już spokojnie w mieście. - westchnęła Nora i zerknęła na ciocię.

- Mam nadzieje. - odpowiedziała szatynka

- Mercy! Czy ty wiesz co ta twoja ciotka dzisiaj narobiła? - zwróciła się do mnie rudowłosa. Spojrzałam na nią pytająco. Jej kąciki ust powędrowały do góry. Kobieta odwróciła się całym ciałem w moją stronę, założyła nogę na nogę i zaczęła mówić:

- Otóż Judy skontaktowała się dzisiaj z siedzibą głównej opieki społecznej i powiedziała, uwaga cytuję... - odkaszlnęła. - "Mam gdzieś taką szanowaną instytucje, skoro nawet nie wywiązują się z umowy". No może nie powiedziała tego tak grzecznie jak ja...

Spojrzałam na ciocię wielkimi oczami, która popijała sobie niewinnie kawę. Szatynka zerknęła w moją stronę i wzruszyła ramionami:

- No co? Ale udało mi się załatwić, że tylko Nora będzie do ciebie przychodzić.

- No właśnie, co do tego... - Wtrąciła się rudowłosa. - To tradycyjnie mam do ciebie kilka pytań. - sięgnęła do torby, która leżała koło niej i wyjęła notes i długopis. - Ja wiem, że tego nie lubisz, ale zostało to ustawione z góry, a nie przeze mnie, bo gdyby to ode mnie zależało to bym zmieniła wszystko, ale to absolutnie wszystko jeżeli chodzi o takie sprawy. - machnęła ręką. - No, ale nie zależy, więc nie mamy o czym gadać.

Nora zadała mi na szczęście tylko kilka pytań, ale dzięki nim mogła napisać odpowiednio raport. Widziałam jaki to wrzód na dupie, jeżeli chodzi o raport, więc grzecznie odpowiadałam na pytania. Tylko z tego, czym się rudowłosa przechwalała wynikało, że wcale nie potrzebowała tylu pytań... Chwaliła się, że potrafi powiedzieć wszytko o rozmówcy, kiedy odpowie jej na pytanie "Co tam u ciebie?", które już mi z resztą zadała na samym początku rozmowy. Potrafi czytać z ludzi jak z książki, co dla większości jest straszne. Dzięki temu, że mam Rose przy sobie (też uwielbia czytać z ludzi) jestem uodporniona na ten dyskomfort.

Chciałam poradzić się Nory w jednej sprawie, ale nie chciałam tego poruszać przy cioci, żeby nie zawracać jej tym głowy. Akurat Judy szła do kawiarenki, więc nadarzyła się idealna okazja. Oglądałam wtedy nadal wiadomości. Ciągle trąbili o tej akcji na Placu Centralnym. Byłam pewna, że widziałam tam dwójkę uczniów w trzeciej klasy, z mojej szkoły. Tego byłam pewna. Kojarzyłam tę dwójkę; chłopak -szatyn, z wygolonym bokiem i tatuażem na ramieniu i dziewczyna - długo włosa blondynka, o wyraziście zielonych oczach, że kiedy tylko kamera skierowała się na nią, to jej oczy dosłownie świeciły. Chyba w tym roku z nią nawet rozmawiałam. W otwartej furgonetce siedziała jeszcze jedna osoba, ale miała czarną bluzę i kaptur zarzucony na głowę, więc nie mogłam jej rozpoznać. Po posturze ciała domyśliłam się tylko, że to dziewczyna. Zerknęłam na rudowłosą. Wzięłam oddech i kiedy chciałam zadać pytanie Norze, ona mnie wyprzedziła, pytając:

- To o co chcesz zapytać?

Spanikowana i zaskoczona, bo nie spodziewałam się, że tak łatwo mnie prześwietli, wyjąkałam tylko:

- C-co? Ja prze-ecierz...

- Mercy... Co chwila zerkałaś na zegar, potem na Judy. A kiedy już wyszła to się trochę rozluźniłaś... To o co chciałaś mnie zapytać?

Jej brązowe oczy wpatrywały się we mnie, jakby chciały same wyczytać ze mnie informacje. Znowu wzięłam głęboki oddech

- No więc, kojarzysz Davida? Odpowiadałam ci o nim, no nie? – zaczęłam.

- Tak, pamiętam. - kiwnęła potakująco głową.

- No to tak... On może się wyprowadzić w najbliższym czasie, ale nadal jest szansa, że tu zostanie, a jeżeli zostanie, to nie wiem co z tym idiotą zrobić. Nie to, że mi na nim zależy czy coś... Po prostu mam swoje korzyści w pomaganiu mu. Ale w tym właśnie ja potrzebuje pomocy. Ten debil nie wyraża żadnej, ale to żadnej, nawet tyciej chęci, żeby zespolić się z grupą, unika wszystkich wspólnych zajęć, a kiedy już na nich jest, to się nie odzywa i wszystko mu jest obojętne! W nauce też mu słabo idzie, co mi akurat na rękę, bo będę miała najlepsze oceny w klasie, ale jednak coś jest nie tak. Ma też jakiś szemranych koleszków i pali te gówniane papierosy!

Nora przeczesała włosy dłońmi i spojrzała na sufit.

- Powiedz mi Mercy, -odezwała się . - Czy coś przydarzyło mu się ostatnio? Na przykład bliska osoba mu zmarła? Z tego co pamiętam to wcześniej zachowywał się inaczej. Rywalizował z tobą jeżeli chodzi o oceny, prawda?

-Mhm. -Kiwnęłam głową. - Rywalizował w pierwszej klasie... A co do tej bliskiej osoby, to w te wakacje stracił rodziców i straszą siostrę...

- To już wszystko rozumiem... Mogłabyś mi opisać jego zachowanie podczas każdych interakcji z tobą?

Spojrzałam na nią zaskoczona. Zmieniła sposób w jaki mówiła o 180 stopni. Zrobiła się strasznie poważna.

- A! Przepraszam Mercy! Chodziło mi oto żebyś mi opowiedziała jak się zachowywał ostatnio jak na przykład rozmawialiście. -zaśmiała się na końcu.

Czy ona właśnie pomyślała, że nie zrozumiałam tego co powiedziała? Czy ja naprawdę wyglądam na taką głupią?

- Zrozumiałam za pierwszym razem.- burknęłam i opowiedziałam jej wszystko. O tej sytuacji jak go uratowałam przed pobiciem w parku, o tym jak się zachowywał w szkole, o tej naszej bójcie w parku i o wizycie na komisariacie. Powiedziałam wszystko co pamiętałam.

- Dobrze. Z tego co powiedziałaś wynika, że można rozwiązać tą sytuację na dwa sposoby. Powinnam, jak każdy "psycholog", - nakreśliła w powietrzu znak cudzysłowu. -doradzić ci, że nie należy robić nic na siłę, że jeżeli będziesz stopniowo do niego podchodzić to po dłuższym czasie powinien już się uspokoić, że tak to określę. Ale, jako, że ja nie jestem jedną z tych oszołomów, którzy śmieją nazywać się mianem psychologów, którzy mówią "nic na siłę, nic na siłę", to powiem ci tak: musisz go zaciągnąć na siłę.

- A tak troszkę jaśniej? –spytałam zaciekawiona.

- On potrzebuje pomocy i dobrze o tym wie, ale nie chce jej od nikogo, bo boi się, że znowu będzie miał kogoś bliskiego kogo może stracić. Kiedyś się przyjaźniliście, więc będzie ci o wiele łatwiej. Musisz być strasznie nachalna. Na przykład kiedy zorganizujecie sobie wycieczkę grupową, a on nie będzie chciał iść to musisz ciągle, przy każdej możliwej okazji naciągnąć go na tą wycieczkę. A on żeby mieć święty spokój pojedzie na nią i się z wami zintegruje, czy tego będzie chciał czy nie.

- Czyli krótko mówiąc mam mu zatruwać życie i go irytować? – podsumowałam zadowolona, że będę miała jakieś przyjemności z siedzeniem z tym debilem.

- Dokładnie. - uśmiechnęła się rudowłosa

No i na to, to ja się piszę. Będę miała niezły ubaw! Tak przynajmniej myślałam na początku... Nigdy bym nie pomyślała, że spawy przybiorą taki obrót…

----------------------------------------------------------------------------------------
No i jest nowy rozdział... Co prawda trochę nudnawy, ale przynajmniej pojawiła się jedna z ciekawszych postaci epizodycznych ^^ Nie martwcie się, następny rozdział będzie ciekawszy, bo pojawi się w nim... Ojciec Theresy! :3 Mam nadzieję, że Was zaciekawiłam i będziecie wyczekiwać nowego rozdziału :D 

piątek, 18 września 2015

Mercy i energiczna Rose


Obudziłam się w dosyć dziwnej pozycji. Kiedy moje nogi leżały tak jak powinny, czyli wylegiwały się spokojnie na łóżku, tak reszta mojego ciała leżała na podłodze. Koszulka podwinęła mi się i zasłaniała całą moją twarz. Kiedy próbowałam wstać, walnęłam się niechcący o krzesło przy biurku. Uderzyłam się w policzki, żeby się jeszcze bardziej rozbudzić. Ze względu na to, że miałam Saharę w mordzie (jak zwykle) chciałam się napić, ale moja butelka, nie wiem w jaki sposób znalazła się pod moim łóżkiem. Wyjęłam telefon, żeby zobaczyć, która godzina...

- Cholera! - syknęłam pod nosem. Wstałam i nie wierząc, spojrzałam jeszcze raz na wyświetlacz telefonu. No nie chce być inaczej!

- Cholera! - powtórzyłam. Było dobrze po dziesiątej. Cholera, cholera, cholera, cholera! Biegałam po pokoju, szukając mojego mundurka, który leżał na jednej z puf.

Wybiegłam z pokoju, zeskoczyłam ze schodów. Dosłownie. Przez barierkę. Po prostu hop i byłam na dole. Zostałam ciocię, która leżała na kanapie z laptopem na brzuchu.

- Co się stało?! Czemu mnie nie obudziłaś? Jest już po dziesiątej! Straciłam trzy lekcje! - wystrzeliłam jak z karabinu. Szatynka zamrugała oczami.

- Mercy przecież dziś przychodzi ta babka... Mówiłam wczoraj, że zostajesz dziś u mnie.

- Ale ja myślałam, że na noc! Boże! Ja muszę raport oddać! - krzyknęłam, przeczesując palcami moje włosy. Nie udało mi się to zbytnio, bo moja dłoń ugrzęzła w połowie długości moich kasztanowych loków. Pobiegłam na górę, nie słuchając zbytnio co mówi ciocia, ale słyszałam, że coś mówiła. Założyłam szybko mundurek, który był mega pognieciony, wrzuciłam wszystkie książki jakie miałam do torby, bo nie miałam czasu przypominać sobie planu lekcji. Związałam włosy w wysoki kucyk za pomocą trzech gumek, bo tylko taka ilość mogła wytrzymać burzę moich loków. Kiedy schodziłam po schodach, przypomniałam sobie o raporcie z wczorajszych przerw, więc wskoczyłam jednym susem na górę, zgarnęłam z biurka raport i zeskoczyłam ze schodów. Na dole czekała na mnie ciocia z kanapką.

- Podwiozę cię. - powiedziała i wręczyła mi w rękę kanapkę.

***

Ciocia trąbiła klaksonem, wychylając co chwila głowę przez okno. Mimo że była prawie jedenasta to trafiłyśmy na korek, bo z naszej ulicy wjeżdża się od razu na główną, na której zawsze jest ruch. Kiedy wzięłam ostatni gryz kanapki, którą wcześniej dostałam od Judy, zawinęłam na szyi beżowy szalik i otworzyłam drzwi.

- Co ty robisz? - spytała brunetka, odwracając się do mnie.

- Prędzej dobiegnę. - rzuciłam i wyskoczyłam z samochodu. Ciocia wyszła za mną i mnie zawołała, ale pomachałam jej tylko ręką. Biegłam między samochodami w stronę chodnika. Wszyscy na mnie trąbili, a ja im tylko pokazywałam język w odpowiedzi. Biegłam na zmianę sprintem i truchtem, dzięki czemu w szkole byłam po 35 minutach.

Zdążyłam idealnie na długą przerwę, ale niestety ominęła mnie moja ulubiona lekcja, czyli w-f. Czekałam w szatni dziewcząt na Rose. Usiadłam sobie na ławce i wyjęłam telefon z nudów. Sześć nie odebranych połączeń i cztery nieprzeczytane sms-y. Wszystkie od Rose.

"Kiedy będziesz?"

"Spóźnisz się na pierwszą lekcje?"

"Cholera Mercy gdzie cię wcięło!?"

"Świetnie! Ja tu chodzę do szkoły, pilnie się uczę, jestem na każdej lekcji, zgłaszam się, a ty sobie olałaś szkołę! Jak tylko cię zobaczę to dam ci taki wykład moralny, że po pamiętasz! Nie pozdrawiam lenia, który teraz pewnie smacznie sobie śpi!"

Czytając ostatni sms mimowolnie się uśmiechnęłam pod nosem. Normalnie słyszałam w głowie jak ona to mówi!

- O i jest moja zguba! - usłyszałam głos mojej przyjaciółki z lewej strony. Zdziwiłam się trochę, bo to ona wchodziła pierwsza do szatni. Zazwyczaj wygląda to tak, że zawsze się ociąga i jest ostatnia. Ale dziś było inaczej. W dodatku jakby emanowała dziwną energią. A Rose nigdy nie jest energiczna. No chyba że jest przecena w jakiejś cukierni... Podeszła do szafki i zaczęła się przebierać.

- Nawet nie wiesz jaki jest dzisiaj porypany dzień! - zaczęła. - Po pierwsze ciebie nie ma na połowie lekcji... W ogóle to dlaczego cię nie było?

- Tak jakby zaspałam, a ciocia nie chciała żebym szła do szkoły, bo ta babka z opieki dziś przychodzi.- wzruszyłam ramionami i oparłam się o szafkę obok. - Coś ty taka dzisiaj energiczna, co? - spytałam, mrużąc oczy.

- A widzisz! To jest kolejna dziwna rzecz... Jestem tak wkurzona na Willa, że rozpiera mnie energia i musiałam się jakoś rozładować... A ze względu na to, że jakoś dziś wszyscy wyjątkowo są zamuleni, to wyżyłam się na w-fie.

Szkoda, że tego nie widziałam…Usłyszałam za moimi plecami trzaśnięcie drzwiami.

- To, że masz zły humor to nie oznacza, że możesz się tak panoszyć! - Krzyknęła mi przez ucho Rose. Zgaduję, że przed chwilą wyszła Theresa.

- I tak ciebie nie usłyszała pewnie... Skoro tak szybko wyszła.

Rose w odpowiedzi wzruszyła ramionami.

- Skoro jesteś zła na Willa to nadal się nie pogodziliście?

- Nie. W ogóle to wiesz co on wczoraj zrobił? Jak rozmawiał z tobą wtedy w kiblu. - Wiedziałam, że podsłuchiwała. - To jak wyszedł wziął mnie do góry po prostu tak za ręce, - Chwyciła się za pachy, demonstrując. - Wyniósł mnie z pokoju i zatrzasnął przed nosem drzwi, zamykając je na klucz!

- Wiesz Rose... Ale on miał całkowite prawo to zrobić.. W końcu molestowałaś go w jego pokoju!

- Jakie molestowałaś, jakie molestowałaś? Chciałam tylko dotrzymać mu towarzystwa...

Rose była już ubrana, więc wyszłyśmy i ruszyłyśmy w stronę stołówki.

***

- Według mnie powinnaś go przeprosić i będzie po sprawie. - Odezwałam się przed stołówką.

- Chyba żartujesz! - prychnęła. - No przecież słyszałam wasza rozmowę, kiedy Will wymknął się do kibla... Chcę go podenerwować jeszcze troszkę, za to, że on udaje że się na mnie obraził - puściła do mnie oczko, a ja strzeliłam mocnego facepalma. Nie zdążyłam jej odpowiedzieć, bo ruszyła w stronę naszego stolika, przy którym siedział Will. Dołączyłam do niej szybkim krokiem i obie po chwili siedziałyśmy już przy stole.

- Hej Will! - odezwałam się wesoło. Will uśmiechnął się do mnie, a kiedy jego wzrok zatrzymał się na brunetkę, wywrócił oczami.

- Mercy! Czemu cię nie było? - spytał.

- Tak jakby zaspałam. - podrapałam się po głowie. Will sięgnął do torby, wyjął z niej kanapkę i zaczął ją jeść. Świetnie. Przy naszym stoliku zapadła irytująca cisza. Przez chwilę siedziałam i bawiłam się moimi włosami, ale ileż tak można?!

- Rose masz go przeprosić! - szepnęłam do niebieskookiej.

- Przecież ja wiem, że on udaje, że jest na mnie zły... - odszepnęła i od razu odezwał się Will:

- Teraz już naprawdę nie udaje... Wiesz, że to nie ładnie podsłuchiwać jak ktoś rozmawia? - patrzył się na Rose, w ten sposób, że nawet mnie ciarki przeszły, a siedziałam obok.

- Will, przecież wiem, że... - zaczęła Rose, ale bez tej pewności w głosie, z którą zazwyczaj mówiła.

- Nie Rose, nie wiesz! Przepraszam cię Mercy, ale ja z nią nie wytrzymam... Jest zbyt irytująca! - powiedziawszy to, wstał i ruszył w stronę wyjścia ze stołówki. Ja też się zerwałam. Cholera, Mercy myśl! Jakiś melodramat się tu zrobił! Albo Will naprawdę jest na nią tak wściekły, albo jest tak dobrym aktorem, że nawet nabrał Rose, a to jest bardzo trudne.

- Czekaj Will... Możemy jakoś załagodzić sprawę w końcu to tylko... - zaczęłam.

- Przepraszam.

- Co?

- Co?

Oboje z Willem patrzyliśmy na Rose. Czy ona właśnie...

- Jezu, nie każcie mi tego powtarzać! - powiedziała lekko speszona i związała sobie ręce na piersi.

- Ale ja nic nie słyszałem. Wiem, że coś powiedziałaś, ale nie wiem co. Serio mówię. - blondyn podszedł w jej stronę.

- A ja nie wiem, czy mnie słuch nie zmylił. - powiedziałam, a Rose spojrzała na mnie wilkiem. Po chwili jednak westchnęła.

- Przepraszam. - powiedziała wyraźniej. Spojrzeliśmy po sobie; ja i Will.

- Czy ona właśnie... - chłopak wskazał na nią palcem.

- Chyba tak... - odpowiedziałam.

- Ej, no! Nie róbcie z tego wielkiego halo! Jakbym nie umiała...

Nie dokończyła, bo objęłam ją z całej siły i uniosłam do góry. Rose potrafiła przepraszać tylko mnie, ale nie słyszałam, żeby szczerze przeprosiła kogoś innego. Duma po prostu jej na to nie pozwalała, ale teraz przeprosiła Willa!

- I co? To było aż tak trudne?

Puściłam Rose i obie spojrzałyśmy na chłopaka.

- Mercy mi mówiła, że nie umiesz przepraszać, więc chciałem to sprawdzić...

Will! Cholera jasna! Czy tobie życie nie miłe?! Rose zacisnęła pięści i ruszyła w jego stronę. Will spojrzał na nią i kiedy zbliżyła się do niego wystarczająco, położył dłoń na jej głowie, a ona się zatrzymała.

- Oj już daj spokój Rose! Złość piękności szkodzi.- powiedział z uśmiechem. Po prostu ją pocałuj! Czasem mam wrażenie, że on ma więcej szczęścia niż rozumu, ale i tak mu się dostało od Rose. Dziewczyna uderzyła go pięścią w brzuch, ale delikatnie, bo on się nawet nie ruszył. Brunetka zabrała głowę spod jego ręki, poprawiła włosy i oznajmiła:

- Wiecie, ja to bym coś zjadła.

***

Następną lekcją było wychowanie magiczne z naszym wychowawcą. Stokrotka wszedł jako pierwszy do klasy, a my za nim. Zajęłam swoje miejsce jak każdy i wyjęłam mój zeszyt. Do wychowania magicznego nie ma podręczników. Nauka bazuje tylko i wyłącznie na wiedzy nauczyciela. Wychowanie magiczne jest dość specyficznym przedmiotem, bo na nim uczymy się wszystkiego. Nawet jak są oddzielne zajęcia z wiedzy o broniach, to i tak Stokrotka często porusza ten temat, a szczególnie ostatnio... Na tym przedmiocie możemy siedzieć tylko w ławkach i wkuwać teorię, albo wyjść na dwór i zacząć praktykować zdobytą już wiedzę. Wszystko zależy od planu naszego wychowawcy. Czasem potrafi zrobić lekcje wychowawczą, kiedy mamy nadprogramowe godziny.

Stokrotka sprawdził szybko listę. Nie było tylko Davida. Pewnie nadal był u tej dalszej rodziny. Cholera! Właśnie to do mnie dotarło! Kiedy on przestanie się uczyć u nas w szkole, to nasza grupa będzie miała tylko cztery osoby... A może przeniosą nam kogoś z innej klasy? Kurde, mamy mały problem.

- Dobrze, zanim przejdziemy do lekcji, chciałbym wam coś ogłosić. - zrobił pauzę, żeby zbudować napięcie. - Szykuje się kolejna wycieczka! - powiedział z entuzjazmem, ale klasa nie była tak wesoła. Zaczęły się nieprzyjemne szepty, a na twarzy każdego można było wyczytać niechęć. W sumie, to co nam się dziwić? Po ostatniej wycieczce też jakoś nie mam wielkiej ochoty na żaden wyjazd.

- Wiem, że macie nieprzyjemne wspomnienia związane z poprzednią wycieczką...- Mie wiedzieć czemu, spojrzał na mnie. Choć chyba się domyślam. W końcu to ja najprawdopodobniej skończyłam najgorzej i to z winy Davida, bo raczył udać się w głęboką drzemkę.

- Ale ta wycieczka - kontynuował pan Daisy. - nie będzie tak jak poprzednia. Teraz jedzie tylko i wyłącznie nasza klasa. Będzie to wyjazd integracyjny. Will możesz to rozdać? - położył na pierwszej ławce plik kartek. Chłopak posłusznie wstał i zaczął rozdawać kartki, a Stokrotka mówił dalej.

- Przesłałem waszym rodzicom wcześniej formularze i wszyscy wyrazili zgodę, więc nie próbujcie się wykręcać, bo wiem jak to z wami jest. Jedziemy na 5 dni. Wszytko macie na kartkach, które już niektórzy otrzymali.

W tym momencie Will właśnie położył mi na ławce ową kartkę. Posłał mi uśmiech, a przechodząc koło Rose, pstryknął ją w ucho i położył jej broszurkę na blacie. Spojrzałam na kartkę. Zdjęcie jakiejś stodoły, nazwa miejscowości, która nic mi nie mówi, bo to jakaś wieś. Data i godzina wyjazdu... Chwila! Wycieczka już za tydzień? Dobra lecimy dalej. Plan zajęć, lista potrzebnych rzeczy, uwagi... Że co?! Zaczęłam szybko czytać w myślach ponownie ten fragment tekstu. "Ośrodek znajduje się pod specjalną barierą, która uniemożliwia używanie magii. Z tego powodu, goście po przyjeździe nie mają zajęć, tylko czas żeby przyzwyczaić się do panujących tu warunków." Chyba w tym samym momencie większość osób to przeczytała, bo w sali zrobił się hałas. Z ławki wstał Marcus;

- Czemu tam będzie ta bariera? - spytał naszego wychowawcę.

- Będzie to dla was ciekawe doświadczenie. W dodatku się czegoś nauczycie, bo wiem, że używacie magii, nawet jak tego nie potrzebujecie. - skinął głową, żeby chłopak usiadł. Z ławki pod oknem, odezwała się Martha:

- Ale jak to mamy, wziąć jakieś ubrania, które można zniszczyć i pobrudzić? Ja nie mam zamiaru się brudzić.

Nadal nie mogę przeboleć, że z naszej starej, nieśmiałej Marthy zrobiła się taka...No taka panienka.

- Dziękuję za informacje, Martho. Zapamiętam, ale na wszelki wypadek weź też jakieś starsze ubrania. Je na pewno będziesz mogła zniszczyć. - Stokrotka klasną w dłonie. - Dobrze, ktoś ma jeszcze jakieś pytania, albo uwagi?

Było jeszcze kilka mało istotnych pytań, ile będziemy jechać itp.

- Wspaniale, skoro to już wszystko, to możemy przejść do lekcji. Skoro jesteśmy w temacie, to porozmawiamy dziś o barierach. Wiem, że coś wam się obiło o uszy, ale tym razem temu tematowi poświęcimy przynajmniej pięć lekcji. Dobra! To co pamiętacie? Tak, Evo. Patrzę właśnie na ciebie, bo to twoja specjalność.

Whitmore Eva, jest magiem runicznym. To znaczy jak moją naturą jest ogień, to jej są runy. Magia runiczna jest bardzo uniwersalna, gdyż pozwala używać dowolnego żywiołu. Kiedy Eva może na przemian używać zaklęć ognia i lodu, ja nie mam takiej możliwości. Moja magia ma tak jakby zablokowane wyjścia, na inne żywioły. Mogę używać tylko zaklęć uniwersalnych, które tworzą runy. Właśnie dzięki nim mogę przekształcić moją naturalną magię, na jakąś inną np. mogę zostawić pułapkę z elektryczności w jakimś miejscy, ale nie mogę strzelać piorunami jak to robi Theresa. Mag runiczny ma taką możliwość. Zna też od urodzenia wszystkie runy z trzech podstawowych alfabetów. Zanim zacznie się jeszcze nauczyć mówić pierwsze słowa, to ma zakodowane w głowie runy, ale nie przeszkadza to w dorastaniu, bo ta wiedza odblokowuje się kiedy mag ma umiejętności, żeby z niej skorzystać. Czyli tak mniej więcej w wieku gimnazjalnym. Kolejną charakterystyczną cechą jest to, że ich talent magiczny nie przeskakuje przez pokolenia z prababki, czy pradziada. Jeden z rodziców musi być magiem runicznym. Ja podobno otrzymałam talent magiczny po babci, ze strony ojca…

- Bariery, to zaprogramowana energia magiczna. Kiedy bariera jest słabo wywołana wystarczy zmiana jednej, z programujących ją run, a zostanie zdezaktywowana, albo zmieni swoje właściwości. Bariery mogą być niewidzialne i nie wyczuwalne dal zwykłego człowieka, ale dobrze wyszkolony mag może wyczuć wydobywającą się z niej magię. Każda bariera zawiera w sobie linijkę kodu z takimi samymi runami, bez tej linijki bariera nie może powstać…

Brzmi trochę jak kodowanie na informatyce, prawda?

- Świetnie Evo! To dziś będziemy się uczyć właśnie tej obowiązkowej linijki run. Mam nadzieje, że uważaliście na zajęciach z run… - powiedział stokrotka i zaczął rozpisywać na tablicy runy. – Przepiszcie to, a potem zajmiemy się każdą z run osobno.

Wyjęłam zeszyt i szybko przepisałam to, co było na tablicy i sama zaczęłam analizować runy. Kiedy kończyły się wakacje z wiedzą o runach byłam już na tym poziomie, na którym jest obecnie większość naszej klasy (oczywiście nie mówię tu o Evie). Kiedy moja klasa przerabiała pierwsze tematy, to ja wyprzedzałam z tematami. Największym problemem jest to, że nie posiadamy podręczników, jeżeli chodzi o wszystkie przedmioty magiczne (nie liczę tu historii magicznej, bo tam uczymy się tylko teorii), więc musiałam bawić się w chodzenie do biblioteki szkolnej lub miejskiej. Osobiście wolę, tę drugą… Wszyscy pracownicy tam mnie znają. W gimnazjum chodziłam tam prawie codziennie. Mam nawet specjalną kartę do archiwum, gdzie trzymają wiele starych książek. Potrafiłam tam nawet na noc zostać, szukając jakiś starych zaklęć medycznych, ale ta magia jest tak zapomniana, że to się w głowie nie mieści! Na około sto książek jakie przejrzałam do tej pory natrafiłam tylko na cztery zaklęcia lecznicze! Teraz, jak przeczytam kilka stron z jakiejś starej książki to zaczynam sypać tyloma archaizmami w normalnej rozmowie, że sama siebie przerażam!

Doszliśmy do połowy kodu, wspólnie ze Stokrotką, kiedy zadzwonił dzwonek. Wyjęłam mój wczorajszy raport, żeby oddać go Theresie, ale dokładnie w tym momencie kiedy wstałam, ona właśnie wyszła pędem z sali. Wybiegłam za nią na korytarz. Co ona tak pędzi? Wchodziłam za nią po schodach.

- Mercy, nie łaź za mną. Nie widzisz, że jestem nie w humorze? – odezwała się nagle.

- Ale musisz wziąć ode mnie raport za wczoraj!

- Zostaw mi go na ławce, a teraz się ode mnie odczep! – nie zwalniała tępa, ale nie miałam problemu, żeby dotrzymać jej kroków.

- Słuchaj, to, że pokłóciłaś się z ojcem, nie oznacza, że możesz się na wszystkich wyżywać!

- Właśnie dlatego, chce żebyś sobie poszła! Bo nie chce się na nikim wyżywać!

- Dobrze! Ale nie chcę już widzieć takiego wyrazu twarzy u ciebie!

- Że co, ty właśnie powiedziałaś!? – odwróciła się na pięcie i złapała mnie za kołnierz, przyciągając do siebie. Stałyśmy na półpiętrze.

- To, co słyszałaś. – powiedziałam z lekką drwiną w głosie. Jak na razie idzie zgodnie z moim planem…

- Nie wkurzaj, mnie Mercedes, bo jak nie to…

- Bo jak nie to co? – uśmiechnęłam się lekko i też złapałam ją za kołnierz.

- Nie wiesz nic o moim życiu, więc się nie wtrącaj! – wybuchła.

- W takim razie mi powiedz. – powiedziałam spokojnie. Zagryzła dolną wargę i spojrzała na podłogę. Po chwili mnie puściła, ja zrobiłam to samo. Podpatrzyłam tę sztuczkę od Rose. Najpierw trzeba wyprowadzić kogoś z równowagi, a potem trzeba postępować spokojnie i powie nam to co chcemy. Większość dziwnych zachowań mojej przyjaciółki nie są bez celu. Rose po prostu umie manipulować ludźmi… Kurde, to brzmi źle, a ona nie wykorzystuje tego do jakichś niecnych celów! Ale jakoś nie mogę znaleźć innego słowa, żeby nazwać to, co ona robi.

- Nawet jeśli powiem, to to nic nie zmieni. Nie chcę obarczać ludzi moimi problemami… Sama muszę dać sobie z nimi radę.

- Ale jak mi powiesz, to może ci ulży…

- Nie Mercy, ale dzięki. Teraz idę na obchód. – uśmiechnęła się lekko i mijając mnie, klepnęła mnie w ramię. Raaanyyy… Z niej naprawdę trudno jest coś wydusić! Szczerze mówiąc wiem o niej najmniej ze wszystkich osób z naszej klasy. Nawet o Willu wiem o wiele więcej niż o niej, choć znam go niecałe trzy miesiące… Właśnie! Już jest listopad! Muszę się zająć kilkoma sprawami, ale ciągle je odwlekałam!

Wróciłam do sali lekko zamyślona, podeszłam do ławki Theresy, która znajdowała się pod oknem i położyłam tam raport, który lekko się pogniótł. Odwróciłam się w stronę swojej ławki. Rose siedziała w swojej ławce, opierała głowę na dłoni i coś mówiła. Nad nią stała Martha i chyba się bulwersowała, bo co chwila wymachiwała swoimi rękoma. Kiedy zauważył mnie Will, od razu do mnie przyszedł.

- Ty wiesz, o co tym dwóm chodzi? – spytał, pokazując brodą w ich stronę.

- O ciebie. – westchnęłam i oparłam się o ławkę Theresy. Will się nagle zerwał i stanął przede mną.

- C-co! Ale, że o mnie–mnie!? – zająkał się i wskazał palcem na siebie. Widziałam, że lekko się zarumienił.

- Pewnie tak… - W końcu o co ta dwójka mogłaby się tak kłócić? – A teraz się przesuń, bo nic nie widzę! – okułam go lekko łokciem w brzuch, żeby się przesunął, ale było już za późno. Martha właśnie odchodziła od mojej przyjaciółki, cała czerwona, pewnie ze złości. Nie patrząc na blondyna ruszyłam w stronę Rose. Will poszedł za mną.

- O czym tak się kłóciłyście? - spytałam, siadając na swoim miejscu. Will przywlókł sobie krzesło, z którejś ławki i usiadł na nim okrakiem.

- Z mojej strony to nie była kłótnia, bo byłam pewna swojej pozycji… - zerknęła na Willa. – Ale ona nie, więc musiałam uświadomić jej, że nie wszystko może mieć dla siebie. - wzruszyła ramionami i położyła się na ławce. – A ty co tak wybiegłaś za Theresą? – odezwała się po chwili.

- Raport jej musiałam oddać… A po drugie chciałam wypróbować jeden z twoich sposobów, żeby wyciągnąć od niej, czemu dokładnie jest taka wściekła…

Rose się nagle rozbudziła. Odwróciła się w moją stronę:

- Trzeba było mnie pytać! W ogóle to jestem z ciebie dumna. Chciałaś kimś pomanipulować! Brawo, Mercy wreszcie schodzisz na ludzi! – pogłaskała mnie po głowie.

- Że słucham?! Jak to „wreszcie schodzę na ludzi” ? Chyba ci się coś pomyliło kochana… - złapałam ją za policzki jedną dłonią, w ten sposób, że zrobiła dziubek.

- Puuusc mnie Meersyy… - przeciągała samogłoski i mówiła w tak śmieszny sposób, że musiałam się po prostu zaśmiać.

- Ani mi się śni! Do póki mnie nie przeprosisz! – udawałam, że się dąsam i ścisnęłam ją mocniej.

- Will… pomósz miiii...

- Mogę? – spytał chłopak, wskazując na jej twarz.

- Pewnie. – opowiedziałam, domyślając się co ma na myśli. Chłopak pochylił się w jej stronę, a moje serce zabiło szybciej. To nie było to, o czym pomyślałam! To wyglądało tak jakby miał ją pocałować. Ich twarze dzieliły centymetry. Zamierzasz ją pocałować TU?! Przecież w klasie jest Stokrotka! I właśnie patrzy się w naszą stronę. Chłopie! Jak chcesz ją pocałować, to nie teraz, nie tu, kiedy w klasie jest Stokrotka i centralnie się na nas gapi! Nagle Will uszczypał jej policzki, ja puściłam jej buzie, a on zaczął rozciągać jej policzki w różne strony. Odetchnęłam z ulgą.

- Masz takie urocze policzki, aż chce się je uszczypnąć.

Hola! Will, czy ty wiesz co przed chwilą zrobiłeś i co powiedziałeś? Mam nadzieje, że wiesz… Naprawdę to wyglądało tak jakby miał ją pocałować, ale w ostatniej chwili zrezygnował!

Rose wyrwała się i pogłaskała po policzkach. Byłam pewna, że na jej twarzy widziałam rumieniec… A może to było tylko zaczerwienienie od szczypania.

- Rany… Widzę, że mieliście świetną zabawę, szczypiąc mnie po twarzy. - burknęła.

- A żebyś wiedziała! – uśmiechnął się Will.

- Idiota. – Rose uderzyła go lekko w głowę. Chłopak w odpowiedzi pokazał jej język i wyprostował się na krześle.

- A wracając do twojego pytania... - zaczęła, jeszcze gładząc swoje poliki. - To po tym wczoraj, ojciec zrobił jej mega awanturę i teraz ma zakaz na wszystko. Dosłownie wszystko. Jej ojciec wynajął takiego typa, który wszędzie chodzi za nią... Pilnuje wyjścia ze szkoły. Thunder powiedział też w szkole, że nie mogą jej wypuścić z lekcji, chyba, że on sam osobiście zadzwoni. W domu jest zamknięta na klucz, ojciec jej załatwił dodatkowe zajęcia, bo nie może znieść, że jego córka opuściła się w nauce, więc Theresa ma dodatkowo zawalone całe dni po szkole. Ma też zakaz zbliżania się do Daga i jego warsztatu!

- Raaanyyy... - westchnęłam, bo nie widziałam jak to skomentować.

- No! A ta burza z wczoraj to rzeczywiście byli oni! Potwierdzone info. - dodała po chwili.

- Ej, ale skąd to wiesz? - spytałam, ciekawa jak wyciągnęła z niej te informacje. A może po prostu wydedukowała z plotek, w czym jest mistrzynią.

- Podpuściłam ją. Zrobiłam dokładnie to co ty przed chwilą, tylko, że mi się udało. Nie nadajesz się do tego typu rzeczy, kiedy nie jesteś na serio wściekła. - pokręciła lekko głową.

- Co jej powiedziałaś? - spytałam, ciekawa jak wytrąciła Therese z równowagi.

- Ty wiesz, że ja czasem jestem naprawdę okropną osobą, kiedy chcę osiągnąć swój cel i lepiej żebyś się nie popsuła przeze mnie. Więc ci nie powiem.

- Rose... Znam cię nie od dziś i nadal nie jestem zepsuta! Chyba się uodporniłam czy coś...

- Taaa.... - westchnęła Rose i położyła głowę na bacie mojej ławki. Jakie "Taaa"?! Co to miało być za westchnienie?! Nie zdążyłam jej nic odpowiedzieć, bo zadzwonił dzwonek. W tym samym momencie weszła do sali Theresa i zajęła swoje miejsce. Rzuciła mi porozumiewawcze spojrzenie, które oznaczało "Dzięki.", machając raportem.

Na kolejnej lekcji wychowania magicznego (w skrócie MG) omawialiśmy każdą runę z osobna. Nie było w tym nic interesujacego, bo to była zwykła teoria typu: "Z którego alfabetu runicznego pochodzi ta runa" albo Co się stanie z polem magicznim jeśli ta runa zostanie zamieniona/zbarana. Kiedy lekcja się skończyła ruszyłam z klasą do szatni, która znajdowała się w piwnicy. Powiem tak, nasza szatnia to NAJGORSZA cześć tej szkoły. Wygląda jak jakieś więzienie; obskurne sciany, z których schodzi farba, sztania każdej klasy wygląda jak cela zamykana na kłódkę. Czekaliśmy aż pani sztaniarka (która swoją drogą jest naprawdę wredna) otworzy nam sztanie. Ona musi nas naprawdę nie lubić, bo zawsze naszą szatnię otwiera ostatnią... Na dworzu było tylko 15 stopni, co oznaczało dla mnie początek sezonu "Nosimy spodnie pod spódnicą, bo nogi odpadną". Przez to, że jestem magiem ognia jestem o wiele bardziej wrażliwsza na zimno. Jak na razie noszę leginsy, bo jeszcze nie ma zimy, ale jak tylko temperatura spadnie poniżej 10 stopni to zakładam jeansy. Wygląda to dość dziwnie kiedy paraduje po szkole w jeansach, spódnicy i białym golfie, na który jest zarzucona marynarka od mundyrku szkolnego, no ale co ja poradzę, że w szkole słabo z ogrzewaniem. Nie to, że nie grzeją, bo grzeją, ale budynek jest już dość stary i ściany nie chronią tak przed zimnem. Ale przynajmniej nie jestem sama. W szkole jest sporo magów ognia, bo jest to podstawowy żywioł magiczny, więc nie tylko ja chodzę tak ubrana w szkole w okresie jesień-zima. Nawet w klasie mam mojego magicznego "brata" - Marcusa, który wie co czuję, bo też jest magiem ognia. Nasze szatnie są małe, więc ciężko żeby zmieściło się 25 osób w każdej. Ja i Rose zawsze zawieszamy kurtki na haczykach przy drzegwiach, więc wystarczy, że sięgniemy po nasze rzeczy i nie musimy wbijać się w ten tłum. Najlepszy jest pierwszy dzień w szkole, bo w naszej klasie uzgodniliśmy, że kiedy ktoś zajmie pierwszy jakiś wieszak to jest już jego do końca roku.

Wzieliśmy swoje rzeczy i zaczęłyśmy ubierać się w kurtki. Rose miała tylko czarną ramoneskę i zarzuciła jeszcze na szyję szary komin. Ja założyłam na koszulę sweter (nie nosiłam go w szkole, bo jeszcze nie jest aż tak zimno), potem na to marynarkę od mundyrku i na to kurtkę parkę. Owinęłam szalikem szyję i twarz, że spod niego wystawały mi tylko oczy. Może uważacie, że to przeada, ale dla mnie na dworzu jest około 5 stopni... Poczekałyśmy jeszcze na Willa, bo Theresa wyszła pierwsza z sali i nie raczyła na nas poczekać.

- W Sul Tower szatnie były większe... - odezwał się Will, kiedy wchodziliśmy po schodach.

- Za to tutaj jest większy teren z boiskami. - powiedziałam.

- I w ogóle szkoła jest większa. - dodała radośnie Rose. Cały czas się uśmiechała. Will też to pochwycił i od razu spytał:

- A ty co się tak cieszysz?

- A co, nie mogę? Po prostu nie mogę się doczekać wycieczki. - wyszczerzyła się w jego stronę.

- Ty, niemogąca się doczekać wycieczki? To chyba jakiś żart. - skomentowałam. Rose nie lubiła wycieczek, zawsze próbowała znaleźć jakąś wymówkę, żeby tylko nie pojechać, a teraz?

- Nie mów, że nie skojarzyłaś faktów? - spoważniała na sekundę.

- Jakich faktów? - stanęłam. Byliśmy już na głównym holu szkolnym. Rose odwróciła się do mnie i uśmiechnęła się delikatnie.

- Nie ważne... - powiedziała cicho, puszczając mi oczko.

- Nie, Rose! Jak coś zaczęłaś to dokończ! - powiedziałam stanowczo. W odpowiedzi pokazała mi język i zaczęła biec od jednej ściany do drugiej kierując się w stronę wyjścia. Dziwne, że jej się te jej krótkie nóżki nie poplączą się w tych jesiennych botkach na obcasach... Zerknęłam na Willa, który wlepiał wzrok w Rose.

- Nie uważasz, że ona ma dziś za dużo energii? - spytałam.

Brak odpowiedzi.

- Will...

Cisza.

Dobra Will! Kogo jak kogo, ale mnie się nie ignoruje! Chciałam go lekko popchnąć, ale powstrzymałam się i dałam mu jeszcze jedną szanse. Pomachałam dłonią przed jego twarzą.

- Wiiiill!

Zadziałało! Chłopak oderwał wzrok od brunetki i spojrzał oszołomiony na mnie.

- Co? - spytał po chwili. Miał taki głupkowaty wyraz twarzy, że musiałam się zaśmiać.

- No co? Z czego się śmiejesz, Mercy?

- Z ciebie. Haha! Gdybyś widział swój wyraz twarzy! – Śmiałam się jeszcze przez chwilę, potem wzięłam uspokajający oddech i dodałam:

- Chodzimy, bo Rose nam ucieknie.

W odpowiedzi Will pokiwał mi głową.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Po dłuższym oczekiwaniu jest nowy rozdział :3 Ten post dedykuję Kasi, o której już wspomniałam w poprzednim poście... Strasznie Ci Kasiu dziękuję za korektę i tym razem nie w komentarzach :D <3 Rozdziały nie będą się pojawiać regularnie, ale na pewno nie dodam ich w środku tygodnia. Jak będę miała dodawać jakiś rozdział to w weekend (piątek, sobota lub niedziela). Kto jeszcze nie widział, to zapraszam do zakładki "Bohaterowie" (klik), gdzie znajdują się krótkie opisy i rysunki mojego autorstwa ^^ Nie są najlepsze, ale to była moja pierwsza próba narysowania całej piątki xD No... to chyba tyle chciałam Wam powiedzieć! Zachęcam do komentowania i zaobserwowania bloga <3
A! I jeszcze chciałam Wam podziękować za ponad 5 tysięcy wyświetleń <3(dla podejrzliwych, nie, ja sobie ich nie nabijam xd)

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Kilka informacji

Hej Kochani!

Mam dla was kilka informacji (nie martwcie się, nie kończę z pisaniem xD). Otóż zauważyliście, że szablon bloga został zmieniony... I chciałabym strasznie podziękować Kasi, która mi go zrobiła <3 Strasznie Ci dziękuję Kasiu! 
Tutaj macie blogi Kasi:
Teraz odpowiedź na pytanie "Czemu nie ma nowego rozdziału?" . Otóż wiąże się to z nowym szablonem. Doszły zakładki "Bohaterowie", "O mnie" i "Inne historie", a że ja nie lubię kiedy w nazwanych zakładkach nic nie ma, więc nad nimi pracuję. Obecnie mam już prawie skończoną zakładkę "Bohaterowie", nawet narysowałam na tablecie 5 głównych postaci! Zostało mi tylko do opisania po troszku kilku postaci drugoplanowych ^^ Potem zajmę się zakładką "O mnie", a na końcu "Inne historie" Ale nie martwcie się! Rozdział się powoli pisze, już prawie go nawet skończyłam, więc nie długo się pojawi ;)
A teraz co do częstotliwości dodawania rozdziałów... Nie będę owijać w bawełnę i powiem, że rozdziały będą pojawiały się, kiedy będą się pojawiać. Zaczyna się nowy rok szkolny, a co za tym idzie? Czeka mnie DUŻO nauki :( W dodatku jest to moja ostatnia klasa i czeka mnie wybieranie liceum, więc muszę się postarać... Ale pisać będę, kiedy będę miała jakąś wolną chwilę ;)
Ze względu na to zachęcam do zaobserwowania bloga, bo dzięki temu nie przegapicie żadnego posta ;)
No to chyba tyle chciałam Wam powiedzieć :3 Powodzenia wszystkim w nowym roku szkolnym! :D

sobota, 15 sierpnia 2015

Mercy i odwiedziny Anabeth

Wiatr wiał coraz mocniej, więc ściągnęłam szlufki z kaptura, żeby mi go nie zwiewało z głowy. Przez to ciągle futerko wchodziło mi do ust i na pewno wyglądałam co najmniej dziwne. Ale szczerze? Mnie już dawno przestało obchodzić co inni ludzie o mnie myślą, więc zbytnio się tym nie przejmuje. Kiedy byłam w połowie drogi do kawiarenki cioci nagle lunęło. Wcześniej czekałam jeszcze jakieś 15 minut na przystanku, ale autobus nie raczył przyjechać. Szalała straszna burza. Co chwilę trzaskały pioruny. Dawno nie było takiej burzy! Biegłam cała przemoczona i jednocześnie wściekła (oczywiście z tego powodu, że byłam mokra) do najbliższego przystanku, żeby schronić się przed deszczem. Miałam gdzieś, że przebiegłam przez środek ulicy, najważniejsze było, żeby się trochę wysuszyć. W sumie nie musiałam wcale wchodzić pod daszek na przystanku, ale trochę by to dziwnie wyglądało jakby deszcz ze mnie parował, prawda? Kiedy byłam już pod daszkiem, zaczęłam uwalniać swoją energię magiczną i zaczęłam zwiększać temperaturę powietrza w około mnie. Modliłam się w duchu, żeby nie doszło do samozapłonu... Woda zaczęła powoli znikać z mojej kurtki, a wokół mnie pojawiła się denerwująca mgiełka. Rozglądałam się, czy nikt przypadkiem na mnie nie patrzy. W końcu byłby przypał, bo używam magii w miejscu publicznym... Wyjęłam telefon z torby żeby napisać sms-a do cioci, że przeczekam deszcz. Kiedy podniosłam wzrok zauważyłam jak czarny Mercedes, zajeżdża na przystanek. Przednie okno zjechało w dół i pierwsze co zobaczyłam to burzę blond loków. Połowa twarzy była zakryta okularami przeciwsłonecznymi w kształcie ósemki. Tylko jedna osoba mogła mieć okulary przeciwsłoneczne w taką pogodę... Młodsza siostra cioci Judy... Annabeth - modelka i jednocześnie narzeczona prawnika o imieniu Jon, który siedział teraz za kierownicą. Beth zdjęła swoje okulary i spojrzała na mnie piwnymi oczami. Uśmiechnęła się, pokazując swoje śnieżnobiałe zęby (oczywiście wybielone).

- Mercy! - zawołała. - Właśnie do ciebie jechaliśmy. Wsiadaj! - ponagliła mnie ręką, pokazując, żebym wsiadła z tyłu. Wskoczyłam z wielką chęcią na tylnie siedzenie. Anabeth potrafiła być naprawdę irytująca, ale nawet ją lubiłam. Za to ciocia Judy jej po prostu nie cierpi. Może i kocha ją jak siostra siostrę, ale ciągle się denerwuje kiedy nas odwiedza, a szczególnie bez zapowiedzi. Tak właśnie było tym razem. Anabeth ma naturalnie proste włosy, ale często zakręca sobie loki. Jej naturalnym kolorem nie jest też blond. Miała ciemne kasztanowe włosy, tak jak ciocia Judy, ale ze względu na to, że blond jest teraz modny to się ostatnio przefarbowała.

- Powiedz mi, jakie to uczucie kiedy Mercedes jedzie Mercedesem? - spytała Beth, trzepocząc swoimi długimi rzęsami. Okulary miała teraz na głowie. Nie czekała na moją odpowiedź. Kiedy tylko zobaczyła mój wyraz twarzy od razu się zaśmiała;

- Oj, nie denerwuj się kochanie. Przecież tylko żartuję. - Odwróciła się przodem do kierunku jazdy, otworzyła lusterko i wyjęła z brązowej torby szminkę. - Jestem ciekawa reakcji mojej siostrzyczki, gdy nas zobaczy. Uwielbia nasze niezapowiedziane odwiedziny. - powiedziała i zaczęła malować usta na krwisto czerwony kolor.

Na dworze było słychać głośne grzmoty.

- Nie powinniśmy jechać samochodem w taka ulewę. - zauważyłam.

- Wiem. - zaczął Jon. - Ale ta burza powinna się już dawno skończyć. Dawno nie widziałem takiej nawałnicy... Drzewa wyglądają jakby miały się za raz wyrwać z korzeniami...

I jak na zawołanie pod koła naszego samochodu spadła wielka gałąź. Usłyszałam pisk opon i przekleństwa wykrzykiwane przez Jona. Krzyk Beth. Ja zamarłam. Czas tak jakby spowolniał... Czułam tylko jak samochód się obraca. Ścisnęłam dłonie w pięści, bo tylko to potrafiłam zrobić. Nie mogłam wziąć oddechu. Strach mnie całkowicie sparaliżował. Zamknęłam oczy. Coś szarpnęło mnie do przodu, na szczęście byłam przypięta pasami i nie wyrwało mnie z siedzenia. Nagle wszystko wróciło do normy. Samochód już się nie ruszał. Rozluźniłam dłonie i otworzyłam oczy. Pierwsze co zobaczyłam, to Beth, która trzymała się kurczowo za górną rączkę nad drzwiami. Miała szeroko otwarte oczy i usta, a jej klatka piersiowa poruszała się w bardzo szybkim tempie.

Zerknęłam na siedzenie przede mną. Nie widziałam twarzy Jona, ale musiał również ciężko oddychać, bo jego ramiona poruszały się bardzo szybko w górę i w dół. Dłońmi ściskał mocno kierownice.

- Żyjemy... - odezwała się cicho Annabeth, ciągle patrząc się przed siebie. Wycieraczki pracowały na najszybszych obrotach, ale nie mogły sobie poradzić z deszczem.

- Chyba tak. - odpowiedział mężczyzna za kierownicą, dysząc. Kiedy blondynka usłyszała jego głos, jakby ocknęła się z transu. Objęła Jona rękami i pocałowała go w policzek, zostawiając ślad szminki na policzku.

- Dziękuję kochanie. - powiedziała i odwróciła się do mnie z lekkim niepokojem w oczach.

- Wszystko w porządku? - spytała. Dopiero po dłuższej chwili odpowiedziałam, kiwając głową. Byłam w takim szoku, że nawet nie zwróciłam uwagi na jej pociągnięty ślad szminki po policzku, dopóki sama o tym nie wspomniała.

- Co się w ogóle stało? - spytałam, kiedy już trochę ochłonęłam. Byłam jeszcze odrobinę oszołomiona.

- Pod koła spadła nam gałąź. Chciałem wykręcić, ale wpadliśmy w poślizg. Udało mi się przywrócić panowanie nad autem, jak wyjechaliśmy do bocznej uliczki...

Beth jeszcze raz pocałowała go w policzek;

- Nasz bohater!

Po chwili zaczęła zmywać z policzka szminkę.

- Nie uderzyłaś się o nic? - spytał Jon, poprawiając lusterko wsteczne. Zobaczyłam jego zmarszczone ciemne brwi i ciemne oczy, które się we mnie wpatrywały. Zastanowiłam się chwilę, żeby być pewna i odpowiedziałam zgodnie z prawdą:

- Nie, wszystko jest w porządku. - i uśmiechnęłam się delikatnie.

- To dobrze. - westchnął i spytał o to samo Annabeth. Opowiedziała tak samo jak ja, ale dodała coś o tym, że jej się szminka złamała, a kosztowała coś koło stówy.

Jon zaparkował na najbliższym wolnym miejscu i wszyscy poszliśmy do Judy na piechotę. Cała nasza trójka miała dość jazdy samochodom na dziś. Na szczęście okazało się, że jesteśmy niedaleko docelowego miejsca. Ale oczywiście nie mogło pójść tak gładko. Parasolkę, którą dał mi Jon musiał porwać ten cholerny wiatr, który wtedy szalał. Zaprowadziłam ich do schodów koło zaplecza kawiarni, wyjęłam klucze z torby, ale za nim ich użyłam, powiedziałam pozostałej dwójce, żeby nie wspominać o incydencie z gałęzią. Ciocia wpadła by w szał. Otworzyłam drzwi. Nim zdążyłam krzyknąć, że wróciłam, ciocia już była w przedpokoju.

- Wszystko w porządku? - zawołała mój widok. Nagle zza moich pleców pojawiła się Annabeth i rzuciła się w objęcia cioci. Raczej powinnam napisać, że to ona ścisnęła z całej siły ciocię.

- Dlaczego tu jesteś? - Judy spytała beznamiętnym tonem.

- No co? Nie cieszysz się, że twoja młodsza siostra przyjechała w odwiedziny?

- Nie. Przyjechał Jon? - powiedziała głosem, jakby chciała ją zabić. Nie wiem o co poszło im w przeszłości, że Judy nienawidzi jak jej młodsza siostra ją odwiedza, ale zawsze kiedy przyjeżdżał Jon trochę się uspokajała.

- Jestem! - krzyknął zza moich pleców. Przesunęłam się na bok, żeby zrobić mu miejsce. Nie rzucił się na ciocię tak jak to zrobiła Beth. To by było w sumie bardzo dziwne gdyby tak zrobił... Zdjął na wycieraczce buty i chciał je wystawić za drzwi, bo wiadomo mokre i obłocone, ale go powstrzymałam:

- Lepiej nie zostawiać butów za tysiaka samopas, bo mogą już nie wrócić... Szczególnie w tej okolicy.

Popatrzył na mnie i cofnął rękę, kładąc buty tuż przy framudze drzwi, ale w części mieszkalnej.

- Nie pomyliłaś mnie z moją narzeczoną, Mercy? Ja nie kupuje butów za tyle, bo to szkoda pieniędzy.

- No dobra, ale pewnie kosztowały z pół tysiaka, no nie? W końcu to skóra jest.

Przemilczał odpowiedź. Miałam rację.

- Mogłabyś się czegoś nauczyć od swojego wybranka! - powiedziała z żalem Judy. - Jon zdjął buty przy wejściu, żeby mi nie pobrudzić mieszkania, a ty nie masz w ogóle szacunku do mnie, a jestem w dodatku twoją starszą siostrą!

- Raaanyyy.... - westchnęła Beth. - Może byś najpierw popatrzyła na podłogę, albo na moje buty, a potem mnie ochrzaniaj, co? - spytała z wyrzutem, kładąc ręce na biodrach. Rzeczywiście, na panelach nie było żadnego błota, a białe szpilki Beth, były nieskazitelnie białe. Czyżby całą drogę unikała najdrobniejszych kałuż?

Annabeth obróciła się przodem w moją stronę, obejmując ramieniem Judy i dzięki temu mogłam je porównać. Beth była wyższa od mojej cioci o wysokość jej szpilek, czyli pewnie jakieś dziesięć, może nawet dwanaście centymetrów. Gdyby się nie przefarbowała na blond i nie zrobiła trwałej, jej włosy były by pewnie takie same jak cioci, tylko że dłuższe. Judy miała krótko obcięte (tak do połowy szyi), proste kasztanowe włosy. Zawsze grzywkę chowała za ucho, lub spinała spinką. Oczy obie miały identyczne. Były podobne do siebie i kształtem i kolorem. Jednak oczy Beth wydawały się większe, ale to tylko przez makijaż. Styl ubierania się miały zupełnie inny. Anabeth zawsze była ubrana elegancko, schludnie, wszystko było dobrane idealnie. Dziś miała na sobie biały, luźny kombinezon, którego nogawki przykrywały prawie całkowicie jej szpilki, o szpiczastym czubie. Na kombinezon miała zarzuconą kurtkę, która była podobna do mojej parki. Ciocia Judy natomiast, nie przykładała jakiejś większej wagi do wyglądu. Do pracy tylko zakładała jakaś ładniejszą koszulę. Czasem jak jedzie w interesach to potrafi założyć szpilki, ale to zdarza się naprawdę rzadko... Na co dzień nosi jakieś jeansy i  byle jakąś bluzkę, czy sweter, zależy od pogody... Dziś miała na sobie stary, wyciągnięty, bordowy sweter, który był tak długi, że przykrył prawie całe jej uda. Do tego miała jeansy z podwiniętymi nogawkami do połowy łydek, a na stopach miała klapki-podomki.

Podskoczyłam, kiedy usłyszałam dźwięk mojego telefonu, który zabrzęczał w mojej torbie. Zauważyłam w tym samym momencie, że jeszcze nie zdjęłam kurtki ani butów. Najpierw zdjęłam moje przemoczone trampki, wyjęłam telefon z torby, następnie rzuciłam ją na szafkę pod wieszakami na płaszcze. Zdjęłam kaptur i od razu poczułam śmieszną "lekkość" na głowie. Włosy mi się zakręciły i to bardzo. Z długości do pasa, sięgały mi teraz do ramion. Czy to jest w ogóle możliwe!? Nie patrząc w lustro, zdjęłam kurtkę, powiesiłam ją na wieszaku. Odebrałam telefon i przeszłam do salonu, przechodząc koło cioci Judy i Beth.

- Halo? - powiedziałam, nie mając jeszcze telefonu przy uchu. Kiedy moje włosy są w takim stanie jak dzisiaj, tworzą idealną barierę. Pewnie gdybym spadła z drugiego piętra na głowę, to odbiłabym się jak sprężyna... Nie, no dobra żartuję.

- Chwila, bo moje włosy ograniczają mi zasięg. - powiedziałam szybko i starałam się przebrnąć przez moje loki, tak żeby nie zaplątać we włosy telefonu. Gdyby one kręciły się w jakieś spirale, albo po prostu tylko się falowały, to bym nie narzekała, bo mam gdzieś jak one wyglądają, czy są ułożone czy nie... Ale one kręcą się w każdą możliwą stronę. Każdy pojedynczy włosek kręci się w inną stronę świata i przez to moje włosy się strasznie płaczą i kołtunią, co mnie strasznie irytuje.

- Chyba żartujesz? - usłyszałam głos Rose kiedy telefon zbliżył się do mojego ucha.

- A! To ty Rose...

- Chwila... Mówisz, że twoje włosy ograniczają zasięg, nie widząc nawet z kim rozmawiasz? A gdyby dzwoniła miłość twojego życia, a ty byś palnęła takie coś?! - usłyszałam nutkę pretensji w jej głosie. Wzięłam oddech, żeby jej odpowiedzieć, ale ona mnie wyprzedziła;

- Dobra nie ważne... Wracając do rzeczy, nie uwierzysz co się stało jakieś dwadzieścia minut temu! Dosłownie jakąś chwilę po tym jak wyszłaś! - słyszałam w tle dźwięki jazdy samochodem, więc wiedziałam, że też nie jest już u Willa.

- No, nie uwierzę... - powiedziałam, podchodząc do okna. Burza kierowała się w stronę rezydencji Thunderów, która znajdowała się na granicy miasta.

- Siedzieliśmy przy albumach ze zdjęciami Willa i ktoś zapukał do drzwi. Jego mama poszła otworzyć a tam ojciec Theresy. I pyta od razu gdzie ona jest.

- Właśnie! - usłyszałam w tle Willa. - Wbił do kogoś na chatę, w ogóle nie zadzwonił do furtki, więc chyba ją ominął jakoś i od razu wali "Gdzie jest Theresa?!' - próbował naśladować głos mężczyzny.

- Will! - wrzasnęła Rose. - Skoncentruj się na prowadzeniu, a nie, interesujesz się moją rozmową. Wracając... Siedziałam wtedy koło niej i widziałam jak zareagowała...

- No, ale jak mam się nie wtrącać jak jakiś burak wbił mi na chatę?! W ogóle co to miało być? " Theresa powinna być teraz w domu, a nie siedzieć... w tym miejscu". - znowu naśladował jego głos. - Miejscu? Ja mu dam miejscu! Jak go spotkam, to...

- Cholera jasna! Will! To ja rozmawiam, a nie ty! Daj mi wreszcie dojść do słowa! - Wrzasnęła szybko Rose.

- Ha! To teraz wiesz jak ja się czuję, gdy ty mi ciągle przerywasz.

W słuchawce zrobiło się cicho. Słyszałam tylko pracę silnika samochodu.

- Żyjecie, czy pozabijaliście się wzrokiem? - spytałam po dłuższej chwili. Odwróciłam się na chwilę i zobaczyłam, że ciocia zaczęła robić kawę i herbatę dla gości.

- Jestem Mercy! Dobra, wracając do jej reakcji... Wyglądała jednocześnie na wystraszoną i wściekłą. Miała taką minę, jakby komuś chciała rozkwasić mordę! Poważnie mówię. Jak widać jej stosunki z ojcem nie są za dobre! A ty wiesz, że dokładnie wtedy zaczęła się burza. Wiesz co mam na myśli, prawda?

- Tak. Mega silni magowie, którzy mogą zmieniać pogodę... Bla bla bla... Nie wiem, ale jakoś ciężko mi to sobie wyobrazić... Pewnie czysty zabieg okoliczności. A w ogóle to pogodziłaś się z Willem? - zmieniłam temat. Nie chciało mi się Rozmawiać o problemach rodzinnych znajomych. Miałam wystarczająco swoich problemów w przeszłości. Will chyba rozmawiał już normalnie z Rose z tego co słyszałam w tle, ale musiałam się upewnić, bo z tego co wcześniej powiedział wynikało, że przynajmniej do jutra będzie nią obrażony. Rose przez sekundę nic nie mówiła i mogłam się założyć, że kiedy zamilkła, to na chwilę zerknęła na chłopaka.

- Wiesz Mercy... Jestem po prostu tak zajebistą osobą, że na mnie nie można się gniewać! - powiedziała wesoło. Usłyszałam pisk opon, krzyk Rose i po chwili spokojny głos Willa. Chyba zabrał jej telefon, bo jego głos był wyraźniejszy niż wcześniej, kiedy rozmawiałam z Rose.

- Co się stało? - spytałam wyczulona, po dzisiejszym incydencie w Mercedesie.

- Nic się nie stało. Zaparkowałem. - powiedział zadowolony.

- NIC SIĘ NIE STAŁO?! - usłyszałam krzyk Rose. Był tak głośny, że musiałam odrobinę oddalić telefon od ucha. - ON CHCIAŁ NAS ZABIĆ!

- Jakie zabić, jakie zabić? Trzeba umieć parkować w awaryjnych sytuacjach. - odezwał się znowu Will.

- Ale to nie była żadna awaryjna sytacja!

- Była. Musiałem zabrać ci telefon, bo gadałaś bzdury do Mercy!

- Hej! Pamiętacie, że ja też tu jestem! - podniosłam głos, żeby i Rose i Will mnie usłyszeli.

- Sorki Mercy. - odezwał się Will. - Ale ja wcale nie pogodziłem się z Rose. Po prostu rodzice kazali mi ją dowieźć, bo padało jeszcze po burzy...

- Chwila, ale mieszkasz bardzo blisko szkoły, więc po co samochodem?

- Pamiętasz jak do mnie szliśmy, no nie? To na jedną z uliczek po drodze przewaliło się drzewo i trzeba było na około zapylać. Mama wtedy powiedziała, że mam ją odwieźć, bo się już ściemnia, więc ja odwiozłem, ale to nie zmienia faktu, że wciąż jestem na nią zły.

Usłyszałam w tle westchnienie Rose.

- Wracasz dziś do akademika, Mercy? - Usłyszałam moją przyjaciółkę. Will musiał już oddać jej telefon.

- Zostaję na noc u cioci...

- Mercy idź ogarniać swój pokój! Później nie będziesz miała czasu! - usłyszałam zza pleców głos cioci Judy.

- Dobra muszę kończyć. - powiedziałam szybko i się rozłączyłam. Kiedy ciocia mnie wyganiała z pokoju, oznaczało to, że nie chce, żebym coś usłyszała. Ruszyłam powoli w stronę schodów, które prowadziły do mojego pokoju na poddaszu.

- Czekaj Mercy! - zawołała szybko Annabeth.

- Usiądź obok Judy. – powiedział Jon. Zrobiłam to o co mnie poprosił. Usiadłam koło cioci na kanapie, naprzeciwko Beth i Jona.

- Bierzemy ślub! - wykrzyczała podekscytowana Annabeth.

- No wreszcie! - ciocia klasnęła w dłonie. - Już rok jesteście w narzeczeństwie! Tylko nie mówcie mi, że nie macie jeszcze wyznaczonej daty... - spojrzała na nich, unosząc jedną brew.

- Jest wyznaczona. - powiedział z uśmiechem Jon i wyjął ze swojej teczki trzy białe koperty. Jedną wręczył cioci, a dwie kolejne mi, mówiąc:

- Każde zaproszenie obejmuje też osobę towarzyszącą.

- Druga koperta - odezwała się blondynka. - jest dla twojej przyjaciółki Rose... Dobrze pamiętam jej imię prawda?

- Mhm. - Kiwnęłam głową. Cieszyłam się z zaproszenia, bo jeszcze nigdy nie byłam na żadnym weselu. Patrzyłam na ucieszoną twarz Beth. Cały czas się uśmiechała. Jon też był cały w skowronkach.

- Judy zrobisz mi kawy? - spytała blondynka.

- To ja też chcę, ale herbatę! - odezwałam się.

- Ty, Mercy to byś mogła sobie sama zrobić. - Fuknęła na mnie ciocia.

- No, ale proooszeee. - powiedziałam przyciągając samogłoski. Brunetka westchnęła i zwróciła się do Jona:

- Też coś chcesz?

- Kawę poproszę... - powiedział z lekkim uśmiechem.

Kiedy ciocia przeszła do części kuchennej (mamy salon z aneksem kuchennym) zostałam zaatakowana przez arsenał pytań od Beth:

- Masz jakiegoś chłopaka?! A może skrycie się w kimś podkochujesz...? Albo to KTOŚ się podkochuje w TOBIE? A może wolisz dziewczyny? W sumie to ja jestem bardzo tolerancyjna, więc możesz mi powiedzieć. Naprawdę! - mówiła pól szeptem, kiwając z entuzjazmem głową. Jon masował sobie skronie. Zerknął na mnie i bezgłośnie powiedział "przepraszam". Pokiwałam znacząco głową i zwróciłam się do blondynki.

- W nikim się nie podkochuje, ani raczej nikt nie kocha się we mnie. I wolę chłopców, a nie dziewczyny.

- Kurcze szkoda, że nie masz jeszcze nikogo... Jesteś młoda powinnaś się bawić! - powiedziała trochę głośniej. Zerknęła w stronę kuchni. Pewnie ciocia się na nią popatrzyła, bo zwróciła się do mnie ciszej:

- Oczywiście trzeba się bawić, ale z rozwagą... Ale mi jednak ulżyło, że wolisz chłopców... Bo wiesz, gdyby ci się podobały dziewczyny, to byłby mały problem, bo...

- Annabeth! - krzyknął na nią Jon! Blondynka zastała bez ruchu i powoli odwróciła się, trzymając ręce w górze, w stronę swojego narzeczonego. On patrzył na nią wzrokiem pełnym dezaprobaty.

- Mercy rusz tu swój tyłek! Taca mi się gdzieś podziała i nie mam jak przynieść kawy i herbaty! - zawołała Judy z kuchni. Podniosłam się z kanapy i ruszyłam w jej stronę. Wzięłam moją herbatę i kawę dla Annabeth.

- To teraz mów, czemu przynieśliście mi osobiście zaproszenie. - powiedziała ciocia, siadając wygodnie na fotelu koło swojej młodszej siostry i zmroziła ją wzrokiem. Beth spojrzała najpierw na mnie potem na Jona. Spuściła wzrok na podłogę, a potem spojrzała na brunetkę.

- No chyba wypadało by żeby siostrę zaprosić osobiście nie? - powiedziała po chwili.

- Mów czego chcesz. - Nakazała jej ciocia. Anabeth westchnęła i oparła się wygodnie na fotelu zakładając nogę na nogę. Uśmiechnęła się delikatnie i spojrzała na starszą siostrę.

- Zapomniałam, że nie tak łatwo jest oszukać podwójną agentkę...

- Mówiłam, żebyś mnie tak nie nazywała! - zdenerwowała się brunetka. Za każdym razem kiedy Beth ją tak nazywa, ciocia się denerwuje. Pewnie zrobiła coś jak była młodsza i stąd wzięła się jej "ksywka", ale nikt nigdy nie chce mi opowiedzieć tej historii.

- Powie mi ktoś wreszcie o co chodzi z tą agentką? - spytałam zirytowana, mając nadzieję, że odpowiedź będzie inna niż zwykle. Niestety odpowiedz była taka sama:

- Dowiesz się jak będziesz starsza. - usłyszałam od brunetki.

- Mówisz tak od kiedy usłyszałam pierwszy raz o tym usłyszałam. Mam 17 lat!

- To poczekaj sobie jeszcze przynajmniej rok... - odpowiedziała mi.

- Świetnie! - wstałam, cofnęłam się do przedpokoju, żeby wziąć moją torbę i ruszyłam w stronę schodów, które prowadziły do mojego pokoju.

- No i widzisz co zrobiłaś! - usłyszałam za plecami głos cioci. Zapewne powiedziała to do Beth. Weszłam na piętro i usiadłam na ostatnim schodku na górze, żeby słyszeć o czym rozmawiają.

- Może powinnaś jej powiedzieć? - usłyszałam spokojny głos Jona.

- Nie teraz... Wracając do tematu, czemu moja młodsza siostra zaszczyciła mnie swoją obecnością?

- Chciałam cie poprosić, żebyś zajęła się kateringiem na moim ślubie!

- Ale że całym? - usłyszałam zaskoczony to Judy. Anabeth pewnie pokiwała głową, bo nie usłyszałam odpowiedzi tylko moją ciocię:

- Chyba oszalałaś! Ja prowadzę cukiernie, a nie restaurację. Mogę się zająć tylko podwieczorkiem i tortem!

- Ale ja wiem, że byś mogła zająć się wszystkim.

- Ale wiesz ile z tym roboty? Przez ciebie mam w cholerę roboty! Bo któregoś pięknego dnia wparowałaś sobie tak po prostu do mojej cukierni razem ze sznurem paparazzi za tobą. I właśnie wtedy moje piękne i spokojne życie się skończyło, bo wszyscy zaczęli przychodzić do mojej małej cukierni.

- Powinnaś mi dziękować, a twoje życie nie było spokojne odkąd studia skończyłaś, więc nie zrzucaj na mnie winy!

Wstałam, bo wiedziałam jak będzie wyglądać ta rozmowa. Ciocia będzie odmawiać jeszcze trochę, ale koniec końców się zgodzi. Weszłam do mojego pokoju, zamykając za sobą drzwi.

Naprzeciwko nich stały dwie wielkie, miękkie, kolorowe pufy. Między nimi stał mały stolik. To jest nasze - moje i Rose ulubione miejsce. Potrafiłyśmy przesiedzieć na tych pufach cały dzień gadając o niczym. Najlepsze w nas jest to że mimo spędzamy ze sobą prawie 24/7 to i tak nie ma tak zwanej niezręcznej ciszy. Koło naszego ulubionego miejsca stało moje łóżko. Nad łóżkiem miałam okno z widokiem na miasto. Akurat tak się składa, że budynek, w którym mieszkamy , znajduje się na szczycie wzgórza. Jak już wspomniałam nasze miasto zbudowane jest na bardzo nie równym terenie. A ulica Złota, jest jednocześnie ulubioną jak i znienawidzoną ulicą mieszkańców, bo znajduje się tutaj strasznie dużo sklepów, restauracji itp, ale idąc nią idziesz najpierw pod górkę, potem z górki i tak ciągle.

Koło łóżka stało moje biurko, nad którym wysiała tablica korkowa, a na przeciwko łóżka stała ogromna, rozsuwana szafa.

Z dna torby wygrzebałam zaklęte pióro. Usiadłam przy biurku i zajęłam się pisaniem raportu. Nagle usłyszałam grzmot i w moim pokoju zrobiło się jaśniej. Wyjrzałam przez okno, ale niebo było już tylko lekko zachmurzone. Przyjrzałam się i na horyzoncie zobaczyłam burzowe chmury nad dworkiem Thunderów. Czy to możliwe, że rozbłysk mógł być tak jasny? Prawdę mówiąc, to mogło być całkiem możliwe, zważywszy na to jak silna i wielopokoleniowa jest ta rodzina. Nie zdziwiłabym się gdyby mogli kontrolować pogodę. Znowu się błysnęło i byłam już pewna, że to zasługa rodu Thunderów. Błyskawice były złote, a nie tak jak zawsze srebrzystoniebieskie. Westchnęłam i wróciłam do pisania raportu. Byłam niby tylko na połowie przerw, ale raport zajmuje dosyć sporo czasu, bo trzeba być dokładnym. Kiedy skończyłam, zajęłam się pokojem. Musiał wyglądać, że na co dzień w nim mieszkam, a jednocześnie nie mogłam zrobić bałaganu, bo babka z opieki społecznej mogła by się czepiać. Nagle mój telefon zadzwonił.

- Mercy? - usłyszałam głos Willa.

- Nie, tutaj Super Women. - powiedziałam z pełną powagą.

- O! To skoro mówię z Super Women, to dobrze. Potrzebuje pomocy.

- Zawsze i wszędzie! - powiedziałam ochoczo.

- Powiesz Rose żeby zostawiła mnie w spokoju? Odkąd przyjechaliśmy łazi za mną. Od kilku godzin siedzi w moim pokoju i nie ma zamiaru wyjść.

- Przykro mi, ale to wykracza poza moje moce.

- Dobra, a teraz poważnie. Czemu się mnie dziś tak uczepiła?

Usiadłam na łóżku i westchnęłam.

- Rose wie, że cie wkurzyła i stara się cie przeprosić, ale jest na tyle dumna, że nie przeprosi wprost.

Usłyszałam jak Will uderza się w twarz dłonią.

- Chciałem ją tylko trochę po wkurzać, że jestem na nią obrażony, no ale się kurde nie da! Powiem jej, że już się na nią nie gniewam, może da mi spokój...

Wpadłam na pewien pomysł.

- Nie przejdzie. - powiedziałam smutno. - Ale jest jeden sposób...

- Jaki?

- Will, w ogóle to masz pewność, że Rose cię nie słyszy?

- Tak, powiedziałem, że idę do kibla.

- Jezuu, ale ty jesteś głupi! - powiedziałam z pożałowaniem w głosie.

- No co?

- No przecie ona nie jest głupia. Siedzi teraz pod drzwiami i słucha.

Znałam Rose bardzo dobrze i ją strasznie trudno jest oszukać, jeżeli w ogóle to jest możliwe.

- No dobra, teraz wyjdziesz z łazienki i weźmiesz ją na ręce i zaniesiesz do naszego pokoju. - powiedziałam, starając się nie zaśmiać.

- Że co? - spytał zaskoczony.

- No to. - odpowiedziałam szybko.

- Chyba żartujesz, nie mam...

- Will - przerwałam mu. - wy się dziś prawie macaliście...

Po chwili ciszy chłopak się odezwał.

- My się szarpaliśmy, a nie macaliśmy! - powiedział cicho.

- Ale wyglądało to inaczej... Dobra ja muszę kończyć. - powiedziałam i nie pozwoliłam mu odpowiedzieć, bo się rozłączyłam. Uśmiechnęłam się pod nosem. Byłam w sumie ciekawa czy Will ją zaniesie do pokoju i jaka byłaby jej reakcja. Ogarnęłam do końca pokój, wygrzebałam z szafy na przeciwko mojego łóżka jakiś ręcznik, długi T-shirt i krótkie spodenki. Otworzyłam cicho drzwi i usłyszałam urywek rozmowy:

- Musisz uważać na Mercy, bo... - mówił Jon.

- Ciszej! - syknęła moja ciocia. Poczekałam chwilę, mając nadzieję, że dokończą rozmowę, ale tak nie było, więc zeszłam po schodach. Minęłam duży pokój, przeszłam do przedpokoju, gdzie znajdowały się też drzwi do łazienki i do pokoju gościnnego, który zazwyczaj zajmują Beth i Jon (nie mamy po prostu często gości). Poczekałam jeszcze dłuższą chwile, zanim poszłam się myć, podsłuchując przy drzwiach. Nie kontynuowali rozmowy, więc poszłam się myć.

------------------------------------------------------------------------------
No i jestem! Wróciłam i już nie planuje żadnych wyjazdów :D Mam nadzieje, że rozdział się Wam spodobał i że było mało błędów ;) Chciałam jeszcze zapytać, czy do opisów postaci koniecznie chcecie rysunki jak wyglądają, bo mi się za cholerę nie chce ich rysować i nie umiem narysować Davida ;-; (zawsze wychodzi z niego taki przydal nooo T^T) Ale gdybyście nie potrzebowali na razie rysunków (kiedyś je zrobię xD) to opisy mogą się pojawić jeszcze w tym tygodniu ;) Czekam na Wasze opinie ^^

niedziela, 2 sierpnia 2015

Mercy i rodzina Willa #2

Zatrzymałam się na półpiętrze. Zdjęcie z zoo. Dokładnie takie samo, przy makiecie delfinka, jakie ja miałam. Pamiętam jak nie mogłam się doczekać... Kiedy chodziłam do czwartej klasy szkoły podstawowej ledwo wiązaliśmy koniec z końcem. Nigdy nie wyjeżdżaliśmy na wakacje... Zbierałam każde znalezione, otrzymane pieniążki do skarbonki w kształcie żaby. W wakacje po czwartej klasie mama powiedziała, żeby sprawdziła ile mam pieniędzy w skarbonce. Kiedy biegam do mojego pokoju minęła tatę, który właśnie z niego wychodził. Na twarzy miał wymalowany uśmiech. Stanął koło mamy we framudze drzwi, a ja powoli zdjęłam żabę - skarbonkę z komody. Położyłam ją na ziemi i uklękłam koło niej. Zerknęłam na rodziców.

- Na pewno mogę? - spytałam niepewnie. - A co jeśli będzie straszne mało? Nie będę miała później gdzie ich trzymać...

Moja mama się uśmiechnęła i oparła głowę, o ramię ojca.

- Już bardzo długo zbierasz pieniążki, na pewno będzie ich bardzo dużo...

- Rozbijaj kochanie, tylko ostrożnie. - ponaglał mój ojciec, obejmując mamę w talii. Podniosłam skarbonkę i puściłam ją. Rozbiła się na trzy większe kawałki i odrobinę malutkich. Było mi trochę szkoda mojej żabki, bo się do niej przywiązałam. W końcu zbierałam w niej oszczędności przez 3 lata... Ogarnęłam odłamki żabki i zobaczyłam sporo banknotów. Nie pamiętałam żebym aż tyle ich miała. Tata szybko podbiegł do mnie i pomógł mi liczyć.

- Sporo uzbierałaś Mercy... Naprawdę dużo. - Pogłaskał mnie po głowie.

- Wiesz na co starczy taka ilość pieniędzy? - spytała mnie mama. Pokręciłam przecząco głową.

- Na trzydniowy wyjazd do największego zoo w kraju!

Strasznie cieszyłam się na ten wyjazd. Nigdy nie wyjechałam z rodzicami na żadne wycieczki , a wtedy mieliśmy jechać aż na trzy dni! Byłam wniebowzięta... Patrząc teraz na tą sytuację, można się domyśleć, że to ojciec wrzucił mi odpowiednią sumę, do skarbonki…

Moje rozmyślenia rozwiał huk, tak jakby coś ciężkiego upadło na podłogę. Wskoczyłam jednym susem na piętro. Na podłodze leżał Will, a na nim siedziała Rose i trzymała ręce na jego twarzy.

- Chyba zapomniałeś o swoim ziemniaku! - powiedziała i zauważyłam, że wciera owy plasterek ziemniaka w jego twarz.

- Rose, ale to ja trafiłam ciebie w oko... - odezwała się Ester. Brunetka odwróciła głowę w jej stronę.

- Ale gdyby Will nie rzucił go w twoją stronę nie oberwałabym... - I znowu przejechała po twarzy chłopaka rozbitym już kartoflem. Blondyn się nie wyrywał…

- Skończyłaś już? - powiedział cicho Will. Rose przestała wcierać w jego twarz ziemniaka. Chłopak wstał zsuwając ją ze swojego brzucha.

- Przesadziłaś. Mam dość. - powiedział takim tonem, jakim jeszcze nie słyszałam żeby wyszedł z jego ust. Położył mi rękę na ramieniu, mijając mnie.

- Idę umyć twarz. - powiedział cicho i zszedł po schodach.

Wszyscy patrzyliśmy teraz na Rose.

- Okeeej...- zaczęła Ester. - Powinniśmy iść do pokoju Evelyn, bo mała się niecierpliwi. - ruszyła pierwsza. Za nią od razu poszła Theresa. Niezły unik.

- Chyba na serio przesadziłaś... - odezwałam się do Rose, kiedy wstała.

- Może, ale bez przesady, to był tylko ziemniak.

- Właśnie Rose, to był tylko ziemniak! Nie powinnaś się tak na niego wkurzać... - powiedziałam i ruszyłam do dziewczyn.

Pokój Evelyn był utrzymany w odcieniach beżu i różu. Był naprawdę spory (trochę większy od połowy salonu u cioci), a na środku rzeczywiście stała piaskownica. Zajmowała prawie całą powierzchnię pokoju. Na ścianie po lewej stronie tuż nad łóżkiem znajdowały się tablice korkowe ze zdjęciami. Evelyn ruszyła w tamtą stronę dosłownie surfując na piasku. Wskoczyła do piaskownicy i fala ją poniosła. Dosłownie! Fala zrobiona z piasku. Pozostała nasza czwórka musiała przejść tę odległość na piechotę. Na zdjęciach były różne budowle z piasku. Większość zdjęć nie była robiona tutaj. Pewnie Evelyn tworzyła już, jak mieszkali w Sul Tower. Dziewczynka starała się opowiedzieć o każdej budowli osobno. A to o statku, na którym mogła zmieścić się cała rodzina, a to o mniejszej wersji ich domku...

- Ktoś mi powie właściwe dlaczego Will musiał zniszczyć tą budowlę? - spytała Theresa, kiedy Evelyn zaczęła pokazywać jak tworzy różne rzeczy z piasku.

- Sąsiedzi... - westchnęła Ester. - Już kilka razy wzywali policję, bo jak wiecie magii nie można używać bez certyfikatu.

- Ale w zaciszu domowym można używać magii... - wtrąciłam. Siedziałyśmy na łóżku dziewczyny. Było trochę zapiaszczone.

- Wiem. - opowiedziała Ester. - Ale ci idioci z bloków obok naszego domu najwyraźniej nie wiedzą.

W progu drzwi pojawiła się Charlotte. Machała dłonią, tak jakby suszyła zdjęcie, które w niej trzymała. Koło jej nogi pojawił się Golden Retriever, z którym już miałam spotkanie bliskiego stopnia. Theresa zaklaskała i merdający ogonem pies, zaczął biec w naszą stronę. Wyciągnęłam rękę, żeby mnie powąchał. Zaczął się o nią ocierać, więc podrapałam go za uchem.
Charlotte rozpostarła ręce i zawołała:

- Evelyn! - zaczęła biec w stronę siostry, która właśnie miała nam pokazać coś specjalnego. Uściskała swoją młodszą siostrę. Wyglądało to strasznie teatralnie.

- Uwaga, za raz się zacznie... - powiedziała cicho Ester.

Przyglądałam się z uwagą dwóm siostrom.

- Mamy to nie ma Charlotte. Po co ten teatrzyk? - usłyszałam głos Evelyn. Był zupełnie inny niż wcześniej. Nie był już taki niewinny i słodki. Niestety nie widziałam jej twarzy, bo stała do nas tyłem.

- Heh?! - westchnęła głośno jej starsza siostra. Wyswobodziła ją z uścisku. - No wiesz co?! Mnie upominasz, a sama ciągle bawisz się w niewiniątko... Masz, twoje foto. - podała jej zdjęcie. Evelyn ostro je wyrwała i podeszła do nas. Ester odsunęła się na bok, żeby jej siostra mogła wskoczyć na łóżko. Najmłodsza z rodzeństwa wskoczyła na nie i zaczęła przykładać zdjęcie do różnych miejsc na tablicy korkowej.

- Nie ważne gdzie to przyczepisz i tak wszędzie będzie wyglądać tak samo. Czyli beznadziejnie. -zawołała Charlotte. Stała na środku pokoju z założonymi na piersi rękami.

- Oczywiście, że będzie tak wyglądać, bo to ty je zrobiłaś. Zdjęcie jest tak samo do niczego, jak te twoje kryształki...

Kryształki…?

- Wyjaśnisz nam to? - szepnęłam do najstarszej z sióstr.

- Ale ich relacje, czy o te kryształy ci chodzi?

- I to i to. – powiedziała Theresa.

W tle Evelyn i Charlotte miały ostrą wymianę zdań, ale my je zignorowałyśmy.

- Te dwie małe po prostu się nie znoszą. Są w zgodzie tylko przed rodzicami, chociaż oni i tak to wiedzą. Dziewczyny godzą się tylko jeżeli chodzi o dokuczanie Willowi, z resztą za chwilę zobaczycie. A jeżeli chodzi o te kryształy, to tutaj każdy się w czymś specjalizuje. Evelyn w budowaniu wielorakich budowli, Will w tym co tata, a Charlotte potrafi wytworzyć różne kryształy i kamienie szlachetne...

- A w czym dokładnie specjalizuje się wasz ojciec? - spytała Rose.

- Metal i szkło. Wiecie magia ziemi ma wiele różnych odnóg...

- Wszystko wiemy... - przerwała jej Theresa. - W szkole nam o wszystkim wytłumaczyli. Przepraszam, ale ja już dzisiaj chciałabym odpocząć od lekcji i wszystkiego co mi się z nimi kojarzy.

- Co z tego, że nie było cię na ponad połowie lekcji... - rzuciła złośliwie Rose.

- Cicho Polk! - odpowiedziała jej blondynka.

- No cóż trudno. - wzruszyła ramionami Ester. - A chciałam zabłysnąć... Bo wiecie ja studiuję...

Nie dokończyła, bo przed nosem przeleciała jej kula... błota. Leciała prosto w stronę Charlotte, ale ta tylko machnęła ręką (w podobny sposób jak to z ziemniakiem zrobiła Ester), i kula błota uderzyła w okno, które ledwo to wytrzymało.

- Ej! Spokój! Obydwie! - wrzasnęła najstarsza z sióstr. Evelyn i Charlotte fuknęły jednocześnie, ale zaprzestały kłótni.

- Ej, Evelyn… To co tym razem zrobimy Willowi, za to, że zniszczył twój zamek? – westchnęła Charlotte.

- Nic. Rose już nas wyręczyła. Wysmarowała mu twarz kartoflem. – powiedziała dumnie najmłodsza z sióstr i położyła dłoń na ramieniu brunetki.

- Naprawdę? – Charlotte pobiegła i chwyciła niebieskooką za dłonie. – Szkoda, że tego nie widziałam…

- Wiecie co dziewczyny? – zaczęła Rose. – Wolałabym, żebyście to wy coś mu zrobiły… Bo on chyba za bardzo się wściekł. Haha… - zaśmiała się sztywno.

- E tam! – machnęła ręką Evelyn i przeskoczyła przez brunetkę na ziemie. – Pozłości się i mu przejdzie. Na nas też się złości, ale mu przechodzi….

- Dzieciaki! Obiad na stole! – Usłyszeliśmy wołanie mamy Willa. Wszyscy się zebrali i zeszli na dół. Schodząc zatrzymałam się jeszcze na chwilę przy zdjęciu z zoo. Zastanawiałam się, gdzie podziałam swoje…

*** 

Po całymi salonie rozchodziły się zapachy domowego obiadu. Zdałam sobie sprawę, że dawno nie jadłam z ciocią Judy takiego normalnego obiadu. Zauważyłam Willa, który właśnie kładł kurczaka, na stół. Przebrał się… Miał na sobie biały T-shirt z napisem „Don’t fu*k with me”. Czyżby jakieś przesłanie dla Rose? Do tego miał jeszcze ciemne dresy, ze ściągaczem na końcu nogawek. Włosy spiął w malutki kucyk z tyłu głowy, a na nosie miał okulary z prostokątnymi szkłami. Rzucił nam tylko nic nieznaczące spojrzenie.

- Dziękuję ci, Will za pomoc. – poklepała go po ramieniu mama.

- Gdzie tata? – spytała Evelyn, wracając do swojego niewinnego, słodkiego głosiku. Will miał racje, jego młodsze siostry są odrobinkę straszne…

- Jak zawsze się spóźni… - odpowiedział Will i usiadł do stołu. Siedział tuż koło skraju stołu. Jego mama zajęła miejsce naprzeciwko niego. Koło Willa usiadła Charlotte, naprzeciwko niej Evelyn. Koło Evelyn, Usiadła Ester, a naprzeciwko jej ja. Koło mnie Rose. Na końcu stołu, naprzeciwko pustego miejsca koło Willa i jego mamy usiadła Theresa.

- No to smacznego! Will pokrój kurczaka… - powiedziałam pani Whitlock. – Pamiętaj, że dla Mercy większy kawałek.

Nagle drzwi do domu otworzyły się szeroko. W progu stał mężczyzna, koło czterdziestki. Miał ciemne kasztanowe, proste włosy zaczesane do tyłu i spięte, w krótki kucyk. Na nosie miał okulary, podobne do Willa, tylko, że w ciemniejszej oprawce. Jego brodę zdobił kilkudniowy zarost. Miał na sobie garnitur biurowy, a w dłoni trzymał teczkę. Wyglądał jak typowy urzędnik, ale z tego co opowiadał nam Will, jego ojciec tworzy biżuterie…

- W idealną porę kochanie. – od stołu wstała pani Whitlock i podeszła do swojego męża. Dostała od niego buziaka w policzek. Ukuło mnie w sercu. Przypomniałam sobie rodziców z czasów kiedy to wszystko było w porządku… Wzięłam łyk soku, który każdy miał nalany do swojej szklanki. Rodzice Willa podeszli do nas.

- To są koleżanki z grupy Willa. Po kolei: Mercy, Rose i Theresa. Jest jeszcze jeden chłopak w ich grupie, ale nie było go dziś w szkole. – wskazywała na nas po kolei dłonią. Usiadła na swoim miejscu. Pan Whitlock poluźnił krawat na szyi i też usiadł na swoim miejscu. Rose stuknęła mnie w ramie:

- Teraz wiemy, czyje geny są silniejsze.

Miała racje. Will i jego całe rodzeństwo było podobne do pani Whitlock. Każdy miał kręcone blond włosy i brązowe oczy. Wszystkie siostry Willa miały dokładnie takie same rysy twarzy rysy twarzy jak ich matka. Tylko Will z twarzy był lekko podobny do ojca.
***

Nawet nie wiem kiedy zaczęła się rozmowa. Wszystkim dobrze się rozmawiało.

- Przepraszam Will, ale no muszę… - zaczęła Theresa. Wzięła ostatni kęs swojego mięsa. - A wiedzą państwo, że pierwszego dnia szkoły Will przegrał z Mercy dwa razy. Najpierw w zbijaka, a potem w siłowaniu na rękę.

- Co? – zawołała pani Whitlock. – W siłowaniu na rękę też? – w jej głosie można było wyczuć nutkę zaskoczenia.

- Ale to nie moja wina mamo! Ona oszukiwała! – zaczął się bronić chłopak.

- Ja oszukiwałam? A niby jak? – spytałam

- No zrobiłaś to z tą magią… Nie wiem czy to ma jakąś specjalną nazwę, ale wiem, że koncentrujesz magie na przykład w ręku i jesteś wtedy silniejsza…

- Ale to nie jest oszukiwanie. Po prostu korzystam ze swoich umiejętności, to tyle. – wzruszyłam ramionami.

- Powiedzmy, że się zgadzam, ale powiedz mi jedno… Jak radzisz sobie z uczuciem dyskomfortu? Bo próbowałem zrobić to samo, ale ręka zaczęła mi cała mrowić i promieniować… Cała zesztywniała.

- Naprawdę? Ja nigdy czegoś takiego nie miałam. Może źle zebrałeś magie… - wzięłam łyk soku.

- Will, u magów ziemi koncentrowanie magii wygląda inaczej. – wtrącił się jego tata. - Wygląda to ta….

- Mhm. To prawda… - przerwała mu Evelyn. - Naturą Mercy jest ogień, a ogień ma zupełnie inne właściwości niż ziemia. Ziemia jest stała. Dlatego poczułeś, że ręka ci zesztywniała.

- Dziękuję za dokończenie mojej myśli Evelyn. Widzę, że jednak uczysz się na tych studiach… - mruknął pan Whitlock.

- A co innego miałabym robić? Nie jestem typem imprezowicza i dobrze o tym wiesz, tato. – odpowiedziała mu szybko.

- Studiujesz magologię? – spytałam zaskoczona. Mało osób niemagicznych szło na ten kierunek studiów. Magologia, to kierunek, na którym studiuje się magie. Nie chodzi tu o umiejętności magiczne, ale o wiedzę o magii. Na początku zastanawiałam się, czy jednak nie iść w przyszłości na ten kierunek, ale medycyna wygrała.

- Tak. Na początku się wahałam, bo wiecie… Nie umiem żadnych tych magicznych sztuczek jak wy… Ale jednak się zdecydowałam i nie żałuję.

Dostałam olśnienia. Od początku Evelyn mi kogoś przypominała, ale nie mogłam skojarzyć kogo. Ale teraz kiedy doznałam deja-vu, już wiedziałam do kogo jest tak strasznie podobna. „Ale zdecydowałam się i nie żałuję” – dokładnie te same słowa powiedziała siostra Davida - Alex kiedy przyszłam ją odwiedzić w jej nowym mieszkaniu. Wyprowadziła się od razu jak skończyła 18 lat. Nie mogła znieść bycia kontrolowanym przez rodziców. Jej mieszkanie nie było duże. Była to jakaś kawalerka wynajęta nad sklepem z ubraniami. Była dla mnie jak starsza siostra. Zawsze służyła radą i życiowymi „mądrościami”. Jestem ciekawa jakby zachował się David, gdyby tutaj był.

Szczerze mówiąc, odkąd zaczęłam współczuć Davidowi to coraz częściej o nim myślę. Chodzi o to pożegnanie... W sumie to z jednej strony cieszę się, że wyjeżdża, bo nie będę sobie tak psuć nerwów, ale tracę też szansę na dostanie pozwolenia na magię. Ja miałam szczęście, bo ciocia Judy była naszą sąsiadką, więc nie musiałam się daleko przeprowadzać, a z tego co wiem, to David pojechał gdzieś daleko do rodziny. Nie to, że zaczęłam go lubić! Co to, to nie! Po prostu mu współczuję.

- Mamo mogę iść już do pokoju? - Z zamyślenia wyrwała mnie Evelyn.

- Tak, ale będziecie musieli mi pomóc przy sprzątaniu. Will może siebie już odpuścić, bo pomagał mi w nakryciu stołu... - odpowiedziała pani Whitlock. Will się zaśmiał i zaczął podnosić się od stołu. - Ale natychmiast pójdzie zmienić tę bluzkę! W ogóle to kiedy ty ją kupiłeś? A z resztą nie ważne. Masz jej więcej nie zakładać! Jesteś z porządnej rodziny i nie będziesz nosił takich rzeczy! - dopowiedziała w bardzo szybkim tempie.

- Oj, daj spokój kochanie. - wtrącił się jej mąż. - Dzisiejsza młodzież wyraża swoje "ja" - nakreślił znak cudzysłowia w powietrzu. - przez to jak się ubierają.

- Ale ja nie chcę żeby mój syn wyrażał swoje "ja" poprzez noszenie takiej koszulki!

- Dobra! - przerwał im Will. - Idę zmienić tą bluzkę. - skierował się do schodów. Po drodze rzucił mi dziwne spojrzenie. Wstałam żeby pomóc przy sprzątaniu, ale pani Whitlock od razu powiedziała, że ja, Rose i Theresa mamy iść pooglądać zdjęcia jak Will był mały. Poszłam najpierw po torbę żeby wyjąć telefon. Chciałam nim porobić zdjęcia zdjęć małego Willa (wiem, że to zdanie tak śmiesznie brzmi). Wyciągam telefon z torby i widzę sms od cioci Judy:

„Gdzie jesteś?"

Spojrzałam na godzinę na wyświetlaczu. 18:32. Miałam być u cioci pół godziny temu!

- Mercy pośpiesz się! - zawołała Theresa.

- Ej, bo ja już muszę iść! - odpowiedziałam.

- Co? - Wyjrzała zza kanapy, dzięki czemu wiedziałam jej twarz. W moim polu widzenia pojawił się Will. Miał na sobie szarą bluzę z kapturem. Spojrzał na mnie pytająco. Pokazałam palcem na nadgarstek, gdzie powinien znajdować się zegarek, dając mu znać, że muszę już iść.

- Mamo odprowadzę Mercy. - zawołał i ruszył w moją stronę.

- Mercy już wychodzi?! - krzyknęła jego mama.

- Tak. Muszę już iść do domu... - powiedziałam i sięgnęłam po moją kurtkę.

- No trudno... Może jeszcze kiedyś do nas przyjdziesz. - mrugnęła do mnie. - Will odprowadź Mercy.

- Przecież mówiłem, że to zrobię. - Pokręcił głową. Otworzyłam drzwi. I od razu poczułam wiejący chłod. Spojrzałam w niebo. Zapowiadało się na deszcz. Świetnie. Zarzuciłam kaptur z futerkiem na głowę i włożyłam ręce do kieszeni. Will wyszedł za mną i kiedy zamknął za sobą drzwi od razu postanowiłam zapytać:

- Bardzo jesteś wkurzony na Rose?

Spojrzał na mnie i uniósł brwi. Włożył ręce do kieszeni i uniósł w śmieszny sposób ramiona.

- No trochę mnie wkurzyła...

- I co zrobisz?

- Będę czekać... Chcę ją złamać. - poruszył w śmieszny sposób brwiami. Will otworzył bramę i ukłonił się nisko, wskazując mi drogę. Zaśmiałam się.

- Ale ty wiesz, że ona tak łatwo nie przeprasza, nie? - spytałam, kiedy byłam po drugiej stronie ogrodzenia. Will oparł się rękami o bramę:

- Wiesz, nie mam zamiaru dać jej wejść sobie na głowę...

- Nie, no ja rozumiem, ale...

- Mercy, ty się tym tak nie przejmuj. - zaśmiał się. - Lepiej się pośpiesz, bo za raz będzie padać, a z tego co wiem, to raczej tego nie lubisz...

Poczułam jak przeszedł przeze mnie dreszcz. Chciałam pójść już do domu, ale nadal patrzyłam mu w oczy. Westchnął ciężko i podrapał się po głowie.

- Słuchaj... - zaczął. - Nie mam zamiaru się z nią kłócić, ani nic z tych rzeczy, ale po prostu przesadziła. Rozumiem, żarty, trochę mi po dokucza, ale bez przesady! Jak czymś takim ma się dowartościować, to dziękuję bardzo! - wyciągnął ręce jakby czegoś odmawiał.

- Rose nie potrzebuje się dowartościować, uwierz mi. Ona raczej się ciebie uczepiła, bo po prostu cię lubi i cię testuje.

- Testuje?

- No. Ona tak wszystkich. Patrzy kto, gdzie ma granice. Robi to prawie z każdym kogo polubi. Testuje zawsze na początku znajomości, żeby później nie przekroczyć granicy, kiedy jest już w bliższych kontaktach z tą osobą. Nie wiem jaki, ale ona widzi w tym sens, więc się nie wtrącam. - Wzruszyłam ramionami. Will patrzył na mnie wielkimi oczami. Jednocześnie zmarszczył śmiesznie brwi. Nie mogłam się powstrzymać i prychnęłam śmiechem.

- Co? - spytał marszcząc jeszcze bardziej brwi.

- Nie, nic, nic. - Machnęła ręką. - Dobra ja idę. Do jutra! - Rzuciłam na dowodzenia i ruszyłam w stronę przystanku.

---------------------------------------------------------------------------------------------------
Cześć, tu znowu ja po długiej przerwie... A miało już jej nie być... Ale co ja poradzę na to, że na obozie nie miałam jak wstawić rozdziału? Choć był ładnie skończony i zapisany w Wordzie... Rozdział wyszedł średni, bo... bo... Nie no! Nie ma na to wytłumaczenia. Po prostu znowu zaczęłam pomijać opisy ;-; Ale to takie spaczenie, bo jak czytam te mangi i czytam to wymyślam same dialogi xD Ale na szczęście od jakiegoś czasu ciągle czytam książki i jak zaczęłam pisać następny rozdział to zauważyłam, że jest o WIELE więcej opisów, w porównaniu z moimi poprzednimi rozdziałami. Ale niestety, następny rozdział dodam z opóźnieniem, bo znowu wyjeżdżam *^* Wracam do domu 14, więc po 14 sierpnia pojawi się rozdział. Zauważyłam też, że mam prawie 4000 wyświetleń na blogu! Trochę czasu mnie tu nie było, a tyle odwiedzin :O Strasznie Wam dziękuję i przypominam, że możecie zaobserwować mojego bloga ^^ To nie jest takie trudne :*