niedziela, 2 sierpnia 2015

Mercy i rodzina Willa #2

Zatrzymałam się na półpiętrze. Zdjęcie z zoo. Dokładnie takie samo, przy makiecie delfinka, jakie ja miałam. Pamiętam jak nie mogłam się doczekać... Kiedy chodziłam do czwartej klasy szkoły podstawowej ledwo wiązaliśmy koniec z końcem. Nigdy nie wyjeżdżaliśmy na wakacje... Zbierałam każde znalezione, otrzymane pieniążki do skarbonki w kształcie żaby. W wakacje po czwartej klasie mama powiedziała, żeby sprawdziła ile mam pieniędzy w skarbonce. Kiedy biegam do mojego pokoju minęła tatę, który właśnie z niego wychodził. Na twarzy miał wymalowany uśmiech. Stanął koło mamy we framudze drzwi, a ja powoli zdjęłam żabę - skarbonkę z komody. Położyłam ją na ziemi i uklękłam koło niej. Zerknęłam na rodziców.

- Na pewno mogę? - spytałam niepewnie. - A co jeśli będzie straszne mało? Nie będę miała później gdzie ich trzymać...

Moja mama się uśmiechnęła i oparła głowę, o ramię ojca.

- Już bardzo długo zbierasz pieniążki, na pewno będzie ich bardzo dużo...

- Rozbijaj kochanie, tylko ostrożnie. - ponaglał mój ojciec, obejmując mamę w talii. Podniosłam skarbonkę i puściłam ją. Rozbiła się na trzy większe kawałki i odrobinę malutkich. Było mi trochę szkoda mojej żabki, bo się do niej przywiązałam. W końcu zbierałam w niej oszczędności przez 3 lata... Ogarnęłam odłamki żabki i zobaczyłam sporo banknotów. Nie pamiętałam żebym aż tyle ich miała. Tata szybko podbiegł do mnie i pomógł mi liczyć.

- Sporo uzbierałaś Mercy... Naprawdę dużo. - Pogłaskał mnie po głowie.

- Wiesz na co starczy taka ilość pieniędzy? - spytała mnie mama. Pokręciłam przecząco głową.

- Na trzydniowy wyjazd do największego zoo w kraju!

Strasznie cieszyłam się na ten wyjazd. Nigdy nie wyjechałam z rodzicami na żadne wycieczki , a wtedy mieliśmy jechać aż na trzy dni! Byłam wniebowzięta... Patrząc teraz na tą sytuację, można się domyśleć, że to ojciec wrzucił mi odpowiednią sumę, do skarbonki…

Moje rozmyślenia rozwiał huk, tak jakby coś ciężkiego upadło na podłogę. Wskoczyłam jednym susem na piętro. Na podłodze leżał Will, a na nim siedziała Rose i trzymała ręce na jego twarzy.

- Chyba zapomniałeś o swoim ziemniaku! - powiedziała i zauważyłam, że wciera owy plasterek ziemniaka w jego twarz.

- Rose, ale to ja trafiłam ciebie w oko... - odezwała się Ester. Brunetka odwróciła głowę w jej stronę.

- Ale gdyby Will nie rzucił go w twoją stronę nie oberwałabym... - I znowu przejechała po twarzy chłopaka rozbitym już kartoflem. Blondyn się nie wyrywał…

- Skończyłaś już? - powiedział cicho Will. Rose przestała wcierać w jego twarz ziemniaka. Chłopak wstał zsuwając ją ze swojego brzucha.

- Przesadziłaś. Mam dość. - powiedział takim tonem, jakim jeszcze nie słyszałam żeby wyszedł z jego ust. Położył mi rękę na ramieniu, mijając mnie.

- Idę umyć twarz. - powiedział cicho i zszedł po schodach.

Wszyscy patrzyliśmy teraz na Rose.

- Okeeej...- zaczęła Ester. - Powinniśmy iść do pokoju Evelyn, bo mała się niecierpliwi. - ruszyła pierwsza. Za nią od razu poszła Theresa. Niezły unik.

- Chyba na serio przesadziłaś... - odezwałam się do Rose, kiedy wstała.

- Może, ale bez przesady, to był tylko ziemniak.

- Właśnie Rose, to był tylko ziemniak! Nie powinnaś się tak na niego wkurzać... - powiedziałam i ruszyłam do dziewczyn.

Pokój Evelyn był utrzymany w odcieniach beżu i różu. Był naprawdę spory (trochę większy od połowy salonu u cioci), a na środku rzeczywiście stała piaskownica. Zajmowała prawie całą powierzchnię pokoju. Na ścianie po lewej stronie tuż nad łóżkiem znajdowały się tablice korkowe ze zdjęciami. Evelyn ruszyła w tamtą stronę dosłownie surfując na piasku. Wskoczyła do piaskownicy i fala ją poniosła. Dosłownie! Fala zrobiona z piasku. Pozostała nasza czwórka musiała przejść tę odległość na piechotę. Na zdjęciach były różne budowle z piasku. Większość zdjęć nie była robiona tutaj. Pewnie Evelyn tworzyła już, jak mieszkali w Sul Tower. Dziewczynka starała się opowiedzieć o każdej budowli osobno. A to o statku, na którym mogła zmieścić się cała rodzina, a to o mniejszej wersji ich domku...

- Ktoś mi powie właściwe dlaczego Will musiał zniszczyć tą budowlę? - spytała Theresa, kiedy Evelyn zaczęła pokazywać jak tworzy różne rzeczy z piasku.

- Sąsiedzi... - westchnęła Ester. - Już kilka razy wzywali policję, bo jak wiecie magii nie można używać bez certyfikatu.

- Ale w zaciszu domowym można używać magii... - wtrąciłam. Siedziałyśmy na łóżku dziewczyny. Było trochę zapiaszczone.

- Wiem. - opowiedziała Ester. - Ale ci idioci z bloków obok naszego domu najwyraźniej nie wiedzą.

W progu drzwi pojawiła się Charlotte. Machała dłonią, tak jakby suszyła zdjęcie, które w niej trzymała. Koło jej nogi pojawił się Golden Retriever, z którym już miałam spotkanie bliskiego stopnia. Theresa zaklaskała i merdający ogonem pies, zaczął biec w naszą stronę. Wyciągnęłam rękę, żeby mnie powąchał. Zaczął się o nią ocierać, więc podrapałam go za uchem.
Charlotte rozpostarła ręce i zawołała:

- Evelyn! - zaczęła biec w stronę siostry, która właśnie miała nam pokazać coś specjalnego. Uściskała swoją młodszą siostrę. Wyglądało to strasznie teatralnie.

- Uwaga, za raz się zacznie... - powiedziała cicho Ester.

Przyglądałam się z uwagą dwóm siostrom.

- Mamy to nie ma Charlotte. Po co ten teatrzyk? - usłyszałam głos Evelyn. Był zupełnie inny niż wcześniej. Nie był już taki niewinny i słodki. Niestety nie widziałam jej twarzy, bo stała do nas tyłem.

- Heh?! - westchnęła głośno jej starsza siostra. Wyswobodziła ją z uścisku. - No wiesz co?! Mnie upominasz, a sama ciągle bawisz się w niewiniątko... Masz, twoje foto. - podała jej zdjęcie. Evelyn ostro je wyrwała i podeszła do nas. Ester odsunęła się na bok, żeby jej siostra mogła wskoczyć na łóżko. Najmłodsza z rodzeństwa wskoczyła na nie i zaczęła przykładać zdjęcie do różnych miejsc na tablicy korkowej.

- Nie ważne gdzie to przyczepisz i tak wszędzie będzie wyglądać tak samo. Czyli beznadziejnie. -zawołała Charlotte. Stała na środku pokoju z założonymi na piersi rękami.

- Oczywiście, że będzie tak wyglądać, bo to ty je zrobiłaś. Zdjęcie jest tak samo do niczego, jak te twoje kryształki...

Kryształki…?

- Wyjaśnisz nam to? - szepnęłam do najstarszej z sióstr.

- Ale ich relacje, czy o te kryształy ci chodzi?

- I to i to. – powiedziała Theresa.

W tle Evelyn i Charlotte miały ostrą wymianę zdań, ale my je zignorowałyśmy.

- Te dwie małe po prostu się nie znoszą. Są w zgodzie tylko przed rodzicami, chociaż oni i tak to wiedzą. Dziewczyny godzą się tylko jeżeli chodzi o dokuczanie Willowi, z resztą za chwilę zobaczycie. A jeżeli chodzi o te kryształy, to tutaj każdy się w czymś specjalizuje. Evelyn w budowaniu wielorakich budowli, Will w tym co tata, a Charlotte potrafi wytworzyć różne kryształy i kamienie szlachetne...

- A w czym dokładnie specjalizuje się wasz ojciec? - spytała Rose.

- Metal i szkło. Wiecie magia ziemi ma wiele różnych odnóg...

- Wszystko wiemy... - przerwała jej Theresa. - W szkole nam o wszystkim wytłumaczyli. Przepraszam, ale ja już dzisiaj chciałabym odpocząć od lekcji i wszystkiego co mi się z nimi kojarzy.

- Co z tego, że nie było cię na ponad połowie lekcji... - rzuciła złośliwie Rose.

- Cicho Polk! - odpowiedziała jej blondynka.

- No cóż trudno. - wzruszyła ramionami Ester. - A chciałam zabłysnąć... Bo wiecie ja studiuję...

Nie dokończyła, bo przed nosem przeleciała jej kula... błota. Leciała prosto w stronę Charlotte, ale ta tylko machnęła ręką (w podobny sposób jak to z ziemniakiem zrobiła Ester), i kula błota uderzyła w okno, które ledwo to wytrzymało.

- Ej! Spokój! Obydwie! - wrzasnęła najstarsza z sióstr. Evelyn i Charlotte fuknęły jednocześnie, ale zaprzestały kłótni.

- Ej, Evelyn… To co tym razem zrobimy Willowi, za to, że zniszczył twój zamek? – westchnęła Charlotte.

- Nic. Rose już nas wyręczyła. Wysmarowała mu twarz kartoflem. – powiedziała dumnie najmłodsza z sióstr i położyła dłoń na ramieniu brunetki.

- Naprawdę? – Charlotte pobiegła i chwyciła niebieskooką za dłonie. – Szkoda, że tego nie widziałam…

- Wiecie co dziewczyny? – zaczęła Rose. – Wolałabym, żebyście to wy coś mu zrobiły… Bo on chyba za bardzo się wściekł. Haha… - zaśmiała się sztywno.

- E tam! – machnęła ręką Evelyn i przeskoczyła przez brunetkę na ziemie. – Pozłości się i mu przejdzie. Na nas też się złości, ale mu przechodzi….

- Dzieciaki! Obiad na stole! – Usłyszeliśmy wołanie mamy Willa. Wszyscy się zebrali i zeszli na dół. Schodząc zatrzymałam się jeszcze na chwilę przy zdjęciu z zoo. Zastanawiałam się, gdzie podziałam swoje…

*** 

Po całymi salonie rozchodziły się zapachy domowego obiadu. Zdałam sobie sprawę, że dawno nie jadłam z ciocią Judy takiego normalnego obiadu. Zauważyłam Willa, który właśnie kładł kurczaka, na stół. Przebrał się… Miał na sobie biały T-shirt z napisem „Don’t fu*k with me”. Czyżby jakieś przesłanie dla Rose? Do tego miał jeszcze ciemne dresy, ze ściągaczem na końcu nogawek. Włosy spiął w malutki kucyk z tyłu głowy, a na nosie miał okulary z prostokątnymi szkłami. Rzucił nam tylko nic nieznaczące spojrzenie.

- Dziękuję ci, Will za pomoc. – poklepała go po ramieniu mama.

- Gdzie tata? – spytała Evelyn, wracając do swojego niewinnego, słodkiego głosiku. Will miał racje, jego młodsze siostry są odrobinkę straszne…

- Jak zawsze się spóźni… - odpowiedział Will i usiadł do stołu. Siedział tuż koło skraju stołu. Jego mama zajęła miejsce naprzeciwko niego. Koło Willa usiadła Charlotte, naprzeciwko niej Evelyn. Koło Evelyn, Usiadła Ester, a naprzeciwko jej ja. Koło mnie Rose. Na końcu stołu, naprzeciwko pustego miejsca koło Willa i jego mamy usiadła Theresa.

- No to smacznego! Will pokrój kurczaka… - powiedziałam pani Whitlock. – Pamiętaj, że dla Mercy większy kawałek.

Nagle drzwi do domu otworzyły się szeroko. W progu stał mężczyzna, koło czterdziestki. Miał ciemne kasztanowe, proste włosy zaczesane do tyłu i spięte, w krótki kucyk. Na nosie miał okulary, podobne do Willa, tylko, że w ciemniejszej oprawce. Jego brodę zdobił kilkudniowy zarost. Miał na sobie garnitur biurowy, a w dłoni trzymał teczkę. Wyglądał jak typowy urzędnik, ale z tego co opowiadał nam Will, jego ojciec tworzy biżuterie…

- W idealną porę kochanie. – od stołu wstała pani Whitlock i podeszła do swojego męża. Dostała od niego buziaka w policzek. Ukuło mnie w sercu. Przypomniałam sobie rodziców z czasów kiedy to wszystko było w porządku… Wzięłam łyk soku, który każdy miał nalany do swojej szklanki. Rodzice Willa podeszli do nas.

- To są koleżanki z grupy Willa. Po kolei: Mercy, Rose i Theresa. Jest jeszcze jeden chłopak w ich grupie, ale nie było go dziś w szkole. – wskazywała na nas po kolei dłonią. Usiadła na swoim miejscu. Pan Whitlock poluźnił krawat na szyi i też usiadł na swoim miejscu. Rose stuknęła mnie w ramie:

- Teraz wiemy, czyje geny są silniejsze.

Miała racje. Will i jego całe rodzeństwo było podobne do pani Whitlock. Każdy miał kręcone blond włosy i brązowe oczy. Wszystkie siostry Willa miały dokładnie takie same rysy twarzy rysy twarzy jak ich matka. Tylko Will z twarzy był lekko podobny do ojca.
***

Nawet nie wiem kiedy zaczęła się rozmowa. Wszystkim dobrze się rozmawiało.

- Przepraszam Will, ale no muszę… - zaczęła Theresa. Wzięła ostatni kęs swojego mięsa. - A wiedzą państwo, że pierwszego dnia szkoły Will przegrał z Mercy dwa razy. Najpierw w zbijaka, a potem w siłowaniu na rękę.

- Co? – zawołała pani Whitlock. – W siłowaniu na rękę też? – w jej głosie można było wyczuć nutkę zaskoczenia.

- Ale to nie moja wina mamo! Ona oszukiwała! – zaczął się bronić chłopak.

- Ja oszukiwałam? A niby jak? – spytałam

- No zrobiłaś to z tą magią… Nie wiem czy to ma jakąś specjalną nazwę, ale wiem, że koncentrujesz magie na przykład w ręku i jesteś wtedy silniejsza…

- Ale to nie jest oszukiwanie. Po prostu korzystam ze swoich umiejętności, to tyle. – wzruszyłam ramionami.

- Powiedzmy, że się zgadzam, ale powiedz mi jedno… Jak radzisz sobie z uczuciem dyskomfortu? Bo próbowałem zrobić to samo, ale ręka zaczęła mi cała mrowić i promieniować… Cała zesztywniała.

- Naprawdę? Ja nigdy czegoś takiego nie miałam. Może źle zebrałeś magie… - wzięłam łyk soku.

- Will, u magów ziemi koncentrowanie magii wygląda inaczej. – wtrącił się jego tata. - Wygląda to ta….

- Mhm. To prawda… - przerwała mu Evelyn. - Naturą Mercy jest ogień, a ogień ma zupełnie inne właściwości niż ziemia. Ziemia jest stała. Dlatego poczułeś, że ręka ci zesztywniała.

- Dziękuję za dokończenie mojej myśli Evelyn. Widzę, że jednak uczysz się na tych studiach… - mruknął pan Whitlock.

- A co innego miałabym robić? Nie jestem typem imprezowicza i dobrze o tym wiesz, tato. – odpowiedziała mu szybko.

- Studiujesz magologię? – spytałam zaskoczona. Mało osób niemagicznych szło na ten kierunek studiów. Magologia, to kierunek, na którym studiuje się magie. Nie chodzi tu o umiejętności magiczne, ale o wiedzę o magii. Na początku zastanawiałam się, czy jednak nie iść w przyszłości na ten kierunek, ale medycyna wygrała.

- Tak. Na początku się wahałam, bo wiecie… Nie umiem żadnych tych magicznych sztuczek jak wy… Ale jednak się zdecydowałam i nie żałuję.

Dostałam olśnienia. Od początku Evelyn mi kogoś przypominała, ale nie mogłam skojarzyć kogo. Ale teraz kiedy doznałam deja-vu, już wiedziałam do kogo jest tak strasznie podobna. „Ale zdecydowałam się i nie żałuję” – dokładnie te same słowa powiedziała siostra Davida - Alex kiedy przyszłam ją odwiedzić w jej nowym mieszkaniu. Wyprowadziła się od razu jak skończyła 18 lat. Nie mogła znieść bycia kontrolowanym przez rodziców. Jej mieszkanie nie było duże. Była to jakaś kawalerka wynajęta nad sklepem z ubraniami. Była dla mnie jak starsza siostra. Zawsze służyła radą i życiowymi „mądrościami”. Jestem ciekawa jakby zachował się David, gdyby tutaj był.

Szczerze mówiąc, odkąd zaczęłam współczuć Davidowi to coraz częściej o nim myślę. Chodzi o to pożegnanie... W sumie to z jednej strony cieszę się, że wyjeżdża, bo nie będę sobie tak psuć nerwów, ale tracę też szansę na dostanie pozwolenia na magię. Ja miałam szczęście, bo ciocia Judy była naszą sąsiadką, więc nie musiałam się daleko przeprowadzać, a z tego co wiem, to David pojechał gdzieś daleko do rodziny. Nie to, że zaczęłam go lubić! Co to, to nie! Po prostu mu współczuję.

- Mamo mogę iść już do pokoju? - Z zamyślenia wyrwała mnie Evelyn.

- Tak, ale będziecie musieli mi pomóc przy sprzątaniu. Will może siebie już odpuścić, bo pomagał mi w nakryciu stołu... - odpowiedziała pani Whitlock. Will się zaśmiał i zaczął podnosić się od stołu. - Ale natychmiast pójdzie zmienić tę bluzkę! W ogóle to kiedy ty ją kupiłeś? A z resztą nie ważne. Masz jej więcej nie zakładać! Jesteś z porządnej rodziny i nie będziesz nosił takich rzeczy! - dopowiedziała w bardzo szybkim tempie.

- Oj, daj spokój kochanie. - wtrącił się jej mąż. - Dzisiejsza młodzież wyraża swoje "ja" - nakreślił znak cudzysłowia w powietrzu. - przez to jak się ubierają.

- Ale ja nie chcę żeby mój syn wyrażał swoje "ja" poprzez noszenie takiej koszulki!

- Dobra! - przerwał im Will. - Idę zmienić tą bluzkę. - skierował się do schodów. Po drodze rzucił mi dziwne spojrzenie. Wstałam żeby pomóc przy sprzątaniu, ale pani Whitlock od razu powiedziała, że ja, Rose i Theresa mamy iść pooglądać zdjęcia jak Will był mały. Poszłam najpierw po torbę żeby wyjąć telefon. Chciałam nim porobić zdjęcia zdjęć małego Willa (wiem, że to zdanie tak śmiesznie brzmi). Wyciągam telefon z torby i widzę sms od cioci Judy:

„Gdzie jesteś?"

Spojrzałam na godzinę na wyświetlaczu. 18:32. Miałam być u cioci pół godziny temu!

- Mercy pośpiesz się! - zawołała Theresa.

- Ej, bo ja już muszę iść! - odpowiedziałam.

- Co? - Wyjrzała zza kanapy, dzięki czemu wiedziałam jej twarz. W moim polu widzenia pojawił się Will. Miał na sobie szarą bluzę z kapturem. Spojrzał na mnie pytająco. Pokazałam palcem na nadgarstek, gdzie powinien znajdować się zegarek, dając mu znać, że muszę już iść.

- Mamo odprowadzę Mercy. - zawołał i ruszył w moją stronę.

- Mercy już wychodzi?! - krzyknęła jego mama.

- Tak. Muszę już iść do domu... - powiedziałam i sięgnęłam po moją kurtkę.

- No trudno... Może jeszcze kiedyś do nas przyjdziesz. - mrugnęła do mnie. - Will odprowadź Mercy.

- Przecież mówiłem, że to zrobię. - Pokręcił głową. Otworzyłam drzwi. I od razu poczułam wiejący chłod. Spojrzałam w niebo. Zapowiadało się na deszcz. Świetnie. Zarzuciłam kaptur z futerkiem na głowę i włożyłam ręce do kieszeni. Will wyszedł za mną i kiedy zamknął za sobą drzwi od razu postanowiłam zapytać:

- Bardzo jesteś wkurzony na Rose?

Spojrzał na mnie i uniósł brwi. Włożył ręce do kieszeni i uniósł w śmieszny sposób ramiona.

- No trochę mnie wkurzyła...

- I co zrobisz?

- Będę czekać... Chcę ją złamać. - poruszył w śmieszny sposób brwiami. Will otworzył bramę i ukłonił się nisko, wskazując mi drogę. Zaśmiałam się.

- Ale ty wiesz, że ona tak łatwo nie przeprasza, nie? - spytałam, kiedy byłam po drugiej stronie ogrodzenia. Will oparł się rękami o bramę:

- Wiesz, nie mam zamiaru dać jej wejść sobie na głowę...

- Nie, no ja rozumiem, ale...

- Mercy, ty się tym tak nie przejmuj. - zaśmiał się. - Lepiej się pośpiesz, bo za raz będzie padać, a z tego co wiem, to raczej tego nie lubisz...

Poczułam jak przeszedł przeze mnie dreszcz. Chciałam pójść już do domu, ale nadal patrzyłam mu w oczy. Westchnął ciężko i podrapał się po głowie.

- Słuchaj... - zaczął. - Nie mam zamiaru się z nią kłócić, ani nic z tych rzeczy, ale po prostu przesadziła. Rozumiem, żarty, trochę mi po dokucza, ale bez przesady! Jak czymś takim ma się dowartościować, to dziękuję bardzo! - wyciągnął ręce jakby czegoś odmawiał.

- Rose nie potrzebuje się dowartościować, uwierz mi. Ona raczej się ciebie uczepiła, bo po prostu cię lubi i cię testuje.

- Testuje?

- No. Ona tak wszystkich. Patrzy kto, gdzie ma granice. Robi to prawie z każdym kogo polubi. Testuje zawsze na początku znajomości, żeby później nie przekroczyć granicy, kiedy jest już w bliższych kontaktach z tą osobą. Nie wiem jaki, ale ona widzi w tym sens, więc się nie wtrącam. - Wzruszyłam ramionami. Will patrzył na mnie wielkimi oczami. Jednocześnie zmarszczył śmiesznie brwi. Nie mogłam się powstrzymać i prychnęłam śmiechem.

- Co? - spytał marszcząc jeszcze bardziej brwi.

- Nie, nic, nic. - Machnęła ręką. - Dobra ja idę. Do jutra! - Rzuciłam na dowodzenia i ruszyłam w stronę przystanku.

---------------------------------------------------------------------------------------------------
Cześć, tu znowu ja po długiej przerwie... A miało już jej nie być... Ale co ja poradzę na to, że na obozie nie miałam jak wstawić rozdziału? Choć był ładnie skończony i zapisany w Wordzie... Rozdział wyszedł średni, bo... bo... Nie no! Nie ma na to wytłumaczenia. Po prostu znowu zaczęłam pomijać opisy ;-; Ale to takie spaczenie, bo jak czytam te mangi i czytam to wymyślam same dialogi xD Ale na szczęście od jakiegoś czasu ciągle czytam książki i jak zaczęłam pisać następny rozdział to zauważyłam, że jest o WIELE więcej opisów, w porównaniu z moimi poprzednimi rozdziałami. Ale niestety, następny rozdział dodam z opóźnieniem, bo znowu wyjeżdżam *^* Wracam do domu 14, więc po 14 sierpnia pojawi się rozdział. Zauważyłam też, że mam prawie 4000 wyświetleń na blogu! Trochę czasu mnie tu nie było, a tyle odwiedzin :O Strasznie Wam dziękuję i przypominam, że możecie zaobserwować mojego bloga ^^ To nie jest takie trudne :*

niedziela, 5 lipca 2015

Mercy i rodzina Willa #1

Następną lekcją była fizyka. Zastanawiam się dlaczego jeszcze ten przedmiot nie został wycofany. W końcu magia i fizyka nie idą w parze, prawda? Magia może nagiąć albo złamać każde prawo fizyczne. Mimo wszystko i tak musimy siedzieć i uczyć się o prawach, które już dawno zostały złamane. Głupota prawda?
Po lekcji poszłam szukać Theresy. Na każdej przerwie musiała odbyć patrol. Ja też musiałam na niego chodzić, bo jestem jej zastępczynią, ale ustaliłyśmy, że będziemy chodzić na zmianę. Jeden tydzień ona, drugi ja. Teraz wypadała jej kolej. Według rozpiski, z której korzystałam też ja, teraz powinna być gdzieś przy schodach w gimnazjalnej części. Mówię wam! Podsłuchanie ojca Theresy i reszty nauczycieli na tej wycieczce, to była najgłupsza rzecz jaką zrobiłam. Te spacerki po szkole to mały pikuś. Ale pisanie raportów to dopiero miazga. A najgorsze jest to, że wszystko musi być zgodne z prawdą, bo inaczej nie da się tego napisać. Dostaje się specjalne, zaklęte pióro (tego jeszcze brakowało, żebym w erze komputerów i dotykowych telefonów pisała odręcznie), które kiedy napiszę się kłamstwo spala całą kartkę i wszystko trzeba pisać od nowa. Niby nic strasznego, ale za nieoddanie raportu na czas dostaje się jakąś karę.
Znalazłam blondynkę, rozmawiającą przez telefon przy oknie na parterze w części gimnazjalnej. Ładnie to tak urządzać sobie pogaduszki, kiedy to jest się na patrolu? Część gimnazjalna wygląda zupełnie inaczej niż część licealna. Można powiedzieć, że jest bardziej nowoczesna. W te wakacje remontowano skrzydło gimnazjalne, więc nie ma czemu się dziwić. Ściany były obudowane poduszkami. Tak, poduszkami. Specjalnie żeby nikt nie rozbił sobie głowy, nie złamał ręki, nogi itd. Brakowało tylko, żeby jeszcze podłogę zrobili z materacy. Ale już wyjaśniam dokładniej, dlaczego ściany są obite poduszkami. Otóż każdy mag jest nadpobudliwy w dzieciństwie (Rose to nie jest dobry przykład, ale z nią jest coś po prostu nie tak). Ciągle biega, przewraca się, wpada na głupie pomysły itd. W gimnazjum młodzi magowie mają mało zajęć fizycznych, bo z materiałem gimnazjalnym i ze szkoły średniej trzeba się wyrobić do drugiej klasy liceum, bo wtedy są matury, które zwykli nastolatkowie zdają w 3 klasie szkoły średniej. Dzieje się to dlatego, że dwie ostatnie klasy liceum magicznego (trzecia i czwarta) są przeznaczone do wychowania magicznego i zbudowania większej masy mięśniowej. Nie ma żadnych lekcji typu język ojczysty, czy matematyka... No chyba, że samemu się na nie zapisze, bo jest taka opcja. Od trzeciej klasy odbywają się tylko zajęcia o magii, broniach, runach itd. Jest też strasznie dużo zajęć szkoleniowych. Tak to już nie będzie zwykły w-f. Będą nas męczyć codziennie przez około cztery godziny wysiłkiem fizycznym, połączonym razem z wysiłkiem magicznym. Istna miazga! Jestem ciekawa jak moja leniwa przyjaciółka sobie wtedy poradzi...
Ruszyłam powoli w stronę Theresy Wyglądała jakby rozmowa telefoniczna nie była zbyt przyjemna. Kiedy skończyła, uniosła telefon tak jakby chciała go rzucić. Zamachnęła, ale nie wypuściła komórki z dłoni. Jej proste blond włosy, obcięte do ramion lekko się na elektryzowały, bo zaczęły kierować się do ściany, która oddzielała jedno okno od drugiego.
- Hej Tessa... - zawołałam, dotykając jej ramienia. Strasznie nie lubię wołać na nią Tessa, bo wydaje mi się to strasznie sztuczne, ale wolałam nie wywoływać konfliktów.
- Czego?! - wrzasnęła, odwracając się. Kiedy zobaczyła, że to ja, trochę się uspokoiła.
- To tylko ty...- westchnęła ciężko i schowała telefon, do torby, która leżała na parapecie. Każdy uczeń miał taką samą torbę na ramię. Te licealistów różniły się tylko kolorem od tych gimnazjalnych. Nasze były granatowe, tam samo jak nasze mundurki, a gimnazjalistów brązowe.
- No wiesz co... "Tylko ty"? - naśladowałam jej głos. - Czuję się urażona! - zaśmiałam się.
- Daj spokój nie mam nastroju do żartów. Czego chcesz? - spytała śmiertelnie poważnie, nawet jak na nią. A ona prawie zawsze była poważna. Szłyśmy zgodnie z planem patrolu. Teraz wchodziłyśmy po schodach na drugie piętro. Jej włosy opadły i nie unosiły się w powietrzy, jak chwilę temu.
- Jesteśmy wszyscy zaproszeni na obiad po lekcjach przez rodziców Willa. Wypadało by żebyś też była... - Spodziewałam się negatywnej odpowiedzi, jak to zawsze było z wychodzeniem gdzieś po szkole. I taką otrzymałam:
- Nie mogę... - westchnęła. Ale po chwili zatrzymała się nagle na schodach, jakby coś ją trafiło. Odwróciła się w moją stronę z uśmiechem, jakiego jeszcze na jej twarzy nie widziałam. Był pełen triumfu. - Wiesz co? Jednak mogę. Od razu po szkole, tak? Świetnie... - przeciągała samogłoski.
- Okej...
Jej zachowanie było trochę dziwne. Może to miało związek z rozmową przez telefon?
- Z kim rozmawiałaś przez telefon?
- Nie twój interes! - naskoczyła na mnie.
- Ło! Spokojniej, dziewczyno! Zapomniałaś, że nie powinnyśmy wszczynać kłótni? Ja się staram, ale ty mnie ciągle prowokujesz!
Blondynka nagle się zatrzymała. Przez chwilę patrzyła się w przestrzeń, a potem szybko
zwróciła się w moją stronę i położyła dłonie na moich ramionach. Byłyśmy już na piętrze i jakiś gimnazjalista ostro wyhamował, żeby w nas nie uderzyć.
- Mam do ciebie prośbę. Zajmiesz się patrolem do końca dzisiejszego dnia?
- Że co? Najpierw na mnie naskakujesz, a potem chcesz żebym wyświadczyła ci przysługę? Nic z tego dziewczyno! - wyrwałam się i ruszyłam w stronę schodów. Blondynka nie dawała za wygraną. Podbiegła do mnie i objęła mnie ramieniem:
- Daj spokój Mercy. Opłaca się. Słuchaj, ty weźmiesz teraz wszystkie przerwy jakie zostały, a ja... W dowolny dzień, jaki sobie tylko wybierzesz wezmę twoje wszystkie patrole. Co ty na to? Deal? - wyciągnęła dłoń wolnej ręki przed mój nos.Coś strasznie jej zależy na opuszczeniu szkoły... No, ale trzeba kuć żelazo puki gorące!
- No nie powiem... Całkiem ciekawa propozycja. Deal! - wyślizgnęłam się z jej uścisku i podałam jej dłoń.
- Dobra to ja spadam! - powiedziała szybko, poklepała mnie po ramieniu i w jednym susem pokonała półpiętro na schodach.
- Tylko wróć na koniec lekcji! - wrzasnęłam, mając nadzieję, że mnie usłyszała. Na wszelki wypadek wysłałam jej też sms-a. Naprawdę jej się gdzieś śpieszyło... Wzruszyłam ramionami i ruszyłam korytarzem zgodnie z rozpiską. Wtem do mnie dotarło. Wpakowałam się dodatkowo w pisanie raportu! Ale myśl o tym, że Theresy też to nie ominie przyniosła mi radość. Postanowiłam, że od razu w poniedziałek oddam jej mój dzień patrolowy i sobie odpocznę.
***
Nim się obejrzałam lekcje się skończyły. Teraz cała nasza trójka, czyli : ja, Rose i Will, czekaliśmy na Theresę, przed główną bramą. Stąpałam z nogi na nogę żeby się rozgrzać. Dla pozostałej dwójki chłód nie był tak wyczuwalny. Dla mnie trzynaście stopni Celsjusza jest jak dla nich pięć! Will po prostu zarzucił na siebie bluzę, a Rose założyła granatowy płaszczyk. Ja byłam opatulona już szalikiem i miałam ciepłą, jesienną parkę, a jeszcze pod nią miałam bluzę.
- Na pewno przyjdzie? - dopytywał się Will. - Powinniśmy już iść... Moja matka nie lubi jak się spóźniam.
Wyjęłam z kieszeni mojej parki telefon i wyciągnęłam dłoń, tak że wyświetlacz znalazł się przed nosem blondyna. Pokazałam mu już chyba po raz trzeci wiadomość od wnuczki sławnego
Alexandra Thundera.
- Może się zgubiła? Ja jak byłem raz na zakupach to mi się zdarzyło. To miasto ma strasznie pokręcone te uliczki. Jeszcze pofałdowany teren, i mnóstwo schodów! Że też ktoś uparł się wybudować na takim terenie miasto. Kompletny idiota.
- Czy ja wiem, czy idiota... - wtrąciła się Rose. - To miejsce przekonało wiele szlaków handlowych w przeszłości. Raczej był geniuszem. Potem bogatym geniuszem... A co do Theresy, to niemożliwe żeby się zgubiła. Mieszka tu od urodzenia podobnie jak my, a w dodatku wiesz, że płynie w jej żyłach krew Thunderów. Ich ród jest tak stary, że pamięta czasy pierwszej wojny magicznej. Oni są największą arystokracją wśród magów. Na historii słyszałeś pewnie kilka wydarzeń związanych z nimi. Było też nawet kilka legend o nich, co nie?
- No tak, ale po co robisz taki wielki wywód z tego? Nie mogłaś tego jakoś skrócić.
- Chciałam cię po prostu uratować przed twoją niewiedzą. - wzruszyła ramionami. - Ale chyba nie tylko z tym masz problem... - uśmiechnęła się złośliwie. Nie dokończyła specjalnie, żeby chłopak sam domyślał się o co chodzi, a tym samym sam siebie poniżając. Znam ją na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że tak naprawdę nie miała niczego na myśli. Ona po prostu lubi dokuczać innym.
- Czy ty myślisz, że jestem idiotą? - blondyn zrobił się czerwony ze złości.
- Przecież ja nic takiego nie powiedziałam. Ale skoro ci to przyszło do głowy, to chyba jednak musi tak być. - Pokazała w szerokim uśmiechu swoje śnieżnobiałe zęby.
Widzicie, mówiłam.
Poczułam jak brzęczy mi telefon. Wyjęłam go z kieszeni. Na wyświetlaczu był numer Theresy więc szybko odebrałam:
- No gdzie ty jesteś?
- Jak to gdzie? Czekam na was już od piętnastu minut na przystanku! - usłyszałam jak wydziera się do telefonu. Uderzyłam dłonią w czoło. My czekaliśmy przed szkolną bramą, a ona tam.
- Ale skąd ci się wzięło, że mamy się spotkać na przystanku? - spytałam dziewczynę. Zwróciłam uwagę, że pozostała dwójka w tle się szamocze.
- No jak to skąd? Mamy iść do Willa, a od przystanku najbliższa droga. Tuż za rogiem...
W sumie to miała racje.
- Okej, za chwilę będziemy. - rozłączyłam się.
- Idziemy. Jest na przystanku... Ej! Co wy robicie?! - zwróciłam się do Rose i Willa. Szarpali się, ale kiedy zwróciłam im uwagę przestali i odwrócili głowy w moją stronę. Brunetka ciągnęła go za bluzę do dołu, a chłopak trzymał dłoń na jej szczęce oddychając się od niej. Zdałam siebie sprawę w tym momencie jak to wygląda.
- Pocałujcie się wreszcie i będzie święty spokój. Mówię wam, wyglądacie jak para d kilkuletnim stażem. - stałam i patrzyłam się na nich z zadziornym uśmiechem. Popatrzeli na siebie i odskoczyli, a ja wybuchnęłam śmiechem.
- To wszystko jej wina. Poklepałem ją lekko po głowie, a ona wściekła chciała się dorwać do moich włosów! No ale, że jest niziutka, to nie dała rady - Will pokazał jej język.
- Poklepałeś? Potargałeś mi moje włosy! Naruszyłeś moją prywatną strefę. Wiesz, ja postawiłam na rozum, a nie na wzrost... Może i masz te swoje sto osiemdziesiąt dziewięć centymetrów, ale za to masz pusto pod tym makaronem, który nazywasz włosami.
- Odczep się wreszcie od moich włosów!
- Ej! Przestańcie się kłócić! Theresa czeka na nas na przystanku! - wrzasnęłam.
***
- No wreszcie! - zawołała blondynka, kiedy nas zauważyła. Pobiegłam w jej stronę, zostawiając Willa i Rose w tyle. Nie była w mundurku. Miała na sobie znoszone czarne trampki do kostki, ciemne, podarte jeansy i szarą bluzę, zakładaną przez głowę z futerkiem na kapturze. Włosy miała spięte w wysoki kucyk.
- Idiotko, czekaliśmy na ciebie jakieś dwadzieścia minut. Dlaczego nie czekałaś pod szkołą? Mogłaś przynajmniej napisać!- krzyknęłam, podchodząc do niej, a ona zmarszczyła brwi.
- Głupia jesteś, czy co? - warknęła.
- Słucham?! - wrzasnęłam i zacisnęłam pięść.
- Naprawdę musisz być idiotką, skoro nawet tego nie wiesz... - wzruszyła ramionami. Zrobiłam dwa kroki to przodu i pociągnęłam ją do siebie. Nasze twarze dzieliły centymetry. Ona też chwyciła mnie za moją parkę. Mierzyłyśmy się spojrzeniami
- Dziewczyny spokój! - usłyszałam głos Willa i poczułam jak ktoś chwyta mnie za ramiona i odciąga mnie od niej. Theresa została złapana przez Rose i też odciągnięta do tyłu.
- Moja wina, że blondi sama się prosi? - syknęłam przez zęby, oswobadzając się z uścisku chłopaka.
- Powiedziała farbowana brunetka! - odkrzyknęła w moją stronę.
- One same mi ściemniały!
- Ta, a ja jestem magiem ziemi!
- Ej! - zawołał urażony Will.
- Sorry, nie chciałam. - odpowiedziała wkładając ręce do kieszeni.
- Radziłabym ci uważać z kim zadzierasz Thunder. Pamiętaj, że zawsze mogę powiedzieć twojemu ojcu, że wybyłaś ze szkoły!
Byłam cały czas w bojowym nastroju. Może i przesadziłam, ale wtedy złość przytłumiła mi rozsądek.
Wiedziałam, że nie była domu, bo miała szkolną torbę przewieszoną przez ramie, a wystawał z niej kawałek spódnicy od mundurka. Tak naprawdę ta kłótnia nie powinna mieć miejsca, ale obie jesteśmy drażliwe i oddziałujemy na siebie negatywnie. Tak zawsze było, jest i będzie. Nie kłóciłyśmy się już przez dobry tydzień, więc to była kwestia czasu kiedy któraś z nas by wybuchła.
- Nie zrobisz tego! - wrzasnęła i ruszyła ciężkim chodem w moją stronę. Zrobiłam to samo w jej kierunku.
- Sprawdź mnie... - moje kąciki ust uniosły się do góry, tworząc dosyć nieprzyjemny uśmiech.
Obie ponownie patrzyłyśmy sobie oczy. Potem coś zasłaniało mi widok.
- Dobrze wybuchowe panienki. - usłyszałam Rose. To ona stała między nami i odepchnęła nas od siebie.
- Wybuchowe panienki... Musze zapamiętać ten tekst. - wtrącił się Will. Rose zdjęła dłoń z mojej twarzy i mogłam zobaczyć jak posyła mu groźne spojrzenie. Chłopak ułożył dłonie w geście przeprosin, ale wyglądało to bardziej tak jakby błagał o przebaczenie.
- Skoro Mercy już o tym wspomniała, to jestem bardzo ciekawa, gdzie byłaś kiedy cię nie było... - niebieskooka zwinęła ręce na piersi, zerkając to na mnie, to na Theresę.
- Nie muszę ci niczego mówić. - mruknęła blondynka.
- Oczywiście, że nie musisz. - wzruszyła ramionami. - Ale powinnaś, bo jeżeli nie powiesz to pójdę do Daga i dowie się coś bardzo ciekawego na twój temat... - zaczęła bujać się na piętach.
- Ciekawe co!
- Pamiętaj, że razem chodziłyśmy do podstawówki i mam zdjęcia...
- Nie odważysz się! W dodatku nie znasz jego adresu!
- Wiesz, że dla mnie to chwila. - Rose do niej mrugnęła. Poczułam, że blondynka traci grunt pod nogami. Dobrze wiedziała, że moja przyjaciółka jest do tego zdolna. Dla wyjaśnienia, Dag to chłopak Theresy, o którym nie chętnie mówi, ale to pewnie wynika z faktu, że ona prawie w ogóle o sobie nie mówi... Zastanawiałam się o jakie zdjęcia chodzi Rose, bo przecież ja też chodziłam do tej samej szkoły. Will stał koło mnie i przyglądał się z zaciekawieniem ich rozmowie.
- Okej! - Theresa uniosła ręce do góry. - Zerwałam się głównie dlatego, żeby wkurzyć ojca... A korzystając z okazji poszłam właśnie do Daga. - zawinęła ramiona na piersi. Staliśmy osłupieni. Theresa nigdy w prost nie powiedziała nic, kompletnie nic! Spodziewaliśmy się (a przynajmniej ja), jakiegoś łatwego kłamstwa, które od razu wychwyciłaby Rose. Brunetka natomiast podeszła do dziewczyny i objęła ją ramieniem:
- Gdzie się podziała moja dawna ułożona i grzeczna Theresa?
- Po pierwsze nigdy nie byłam grzeczna i ułożona, to była tylko maska dla tatusia i ty dobrze o tym wiesz. Po drugie od kiedy twoja?! A po trzecie mówiłam wam już kilka razy żebyście nazywali mnie Tessa, a nie Theresa!
- Ekhem. - odkaszlnął Will, zwracając na siebie uwagę. - Powinniśmy już iść. Moja matka nie lubi czekać...
- No... Dobra idziemy dziewczyny. - zawołałam i ponagliłam je ruchem ręki.
Szliśmy trochę więcej niż pięć minut, ale w ciągu tychże pięciu minut, zza chmur zdążyło wyjść słońce i podwyższając temperaturę do 18 stopni Celsjusza, więc zdjęłam moją parkę, korzystając z ciepła i ładując akumulatory. Tak jak Rose jest człowiekiem kalkulatorem, tak ja jestem żywym termometrem na baterie cieplne. Potrafię dokładnie określić jaka jest temperatura, ale wynika to z mojej natury magicznej, a nie tak jak u Rose z jej jakże wielkiej inteligencji... (Tak, to miało zabrzmieć ironicznie)
Byliśmy już przed domem Willa. Domek jednorodzinny, dwupiętrowy, okrążony wysokim żelaznym ogrodzeniem. Ogródek nie duży (przynajmniej z przodu), garaż z boku domku, który był jednocześnie przygotowany do gry w kosza. Ogółem wyglądał tak, jak normalny dom. Nie licząc tego, że znajdował się między dwoma blokami. Widok był naprawdę... niespotykany. Choć mieszkam w tym mieście od urodzenia, to nie wiedziałam, że taki domek jednorodzinny mógł się zachować pomiędzy dwoma jedenastopiętrowymi blokami.
Will szukał w swojej torbie kluczy do furtki, przed którą staliśmy. Po dłuższej chwili zaprzestał poszukiwań i zaczął macać się po wszystkich kieszeniach.
- Nie mam kluczy... W takim razie... - skierował się do ogrodzenia i zaczął się wspinać. Rose zatrzymała go, pociągając za bluzę;
- Myślisz, że co ty robisz?
- Przechodzę przez płot, a nie widać?
- A co ty małpa? Zadzwoń przez furtkę jak każdy biały człowiek. Bez urazy dla naszego szkolnego kolegi.
Chodziło jej pewnie o Mike'a.
Will ciężko westchnął i zszedł na ziemie.
- Ty wiesz, masz chyba nerwice natręctw. Ciągle się mnie czepiasz.
- Po prostu lubię jak się denerwujesz. W dodatku nie mam zamiaru przechodzić przez płot. Nie wiem jak ty, ale ja jestem cywilizowanym człowiekiem. - odpowiedziała mu ze słodkim uśmiechem, a on przewrócił oczami i ruszył do furtki.
Theresa ukuła mnie łokciem w bok:
- Daje dwie dychy, że zejdą się w ciągu najbliższych dwóch miesięcy. - szepnęła.
- Nie za szybko? Ja sądzę, że zejdą się gdzieś w grudniu... Zgoda. - podałam jej dłoń, pieczętując tym samym zakład. Patrzcie przed chwilą skakałyśmy sobie do gardeł, a teraz jak gdyby nigdy nic...
Podeszłyśmy do Willa i Rose, akurat ktoś odebrał domofon:
- Słucham. - powiedział znajomy dziewczęcy głos
- Charlotte otwórz furtkę, bo nie wziąłem kluczy. - odpowiedział blondyn.
- Nie mogłeś przeleźć przez płot i otworzyć od środka? - spytała Charlotte, a w tle słuchać było szczekanie.
- Chciałem, ale... - spojrzał na stającą koło niego brunetkę i tylko machnął, na co moją przyjaciółka się wściekła, podskoczyła i zdzieliła go w łepetynę.
- A z resztą nie ważne! Po prostu mi otwórz! - dodał szybko Will oddychając od siebie dziewczynę.
Furtka
zabrzęczała i się otworzyła. Skierowałam wzrok na taras, gdzie otworzyły się drzwi do mieszkania. W progu stała młodsza siostra Willa. Swoje blond włosy miała spięte w kucyki, a nie tak jak w szkole zaplecione w warkocze. Miała na sobie szarą, długą bluzę z kapturem, która była na nią za duża i wyglądała jakby miała tak naprawdę na sobie sukienkę. Do tego na małej części odsłoniętych nóg (bluza sięgała jej prawie do polowy łydek) widać było malinowe leginsy. Na stopach miała białe frotte skarpety. Zza jej pleców wybiegło coś wielkiego i skierowało się prosto na mnie. Nim się zdążyłam zorientować leżałam na ziemi, a dokładniej w kałuży, przygniatana wielkim bydłem, który z radością wylizywał mi twarz. Próbowałam odepchnąć zwierza rękami, ale to nie było takie proste.
- Jaki śliczny. - usłyszałam głos Theresy z nutką złośliwości.
- Zabierzcie go ze mnie! - zawołałam w momencie, kiedy pies nie miał przyklejonego swojego mokrego jęzora do mojej twarzy. Poczułam ulgę, kiedy, jak to później zobaczyłam, Will ściągnął zwierzaka ze mnie.
- Zły Mika! - krzyknął chłopak, na siedzącego przed nim przerośniętego golden retrievera. Theresa podbiegła do zwierzaka i go objęła. Kłóciła się z Willem, że nie wolno tak krzyczeć na psa, bo ma wrażliwy słuch. Wbiłam w nią wzrok. Nie wiedziałam, że ona taką miłośniczką zwierząt jest. Po chwili spojrzałam w stronę mojej przyjaciółki. Bawiła się swoim telefonem, nie zwracając na mnie uwagi. Nie martw się o mnie. Nic mi się przecież nie stało, nie licząc tego, że przed chwilą powaliło mnie jakieś bydle.
- Wszystko w porządku? - podbiegła do mnie dziewczyna, która wcześniej stała w drzewach. No nareszcie! Przynajmniej ona się o mnie martwi.
- Tak, wszystko w porządku, jestem tylko trochę mokra... - wstałam z jej pomocą , której tak naprawdę nie potrzebowałam.
- Wchodź do środka dam ci czyste i suche ubranie. - powiedziała szybko. Nagle poczułam, że ktoś mnie obejmuje;
- Nie trzeba. - odezwał się Will. - Mercy jest przecież magiem ognia. Wyparuje wódę z ubrania i będzie po krzyku. - pociągnął mnie w swoją stronę. O co mu chodzi?
- Ale brud zostanie... - ciągnęła dalej Charlotte. Zauważyłam niebezpieczną iskierkę w jej oczach...
- Mercy ma drugą bluzę!
Mam?
- W dodatku czemu nosisz moją bluzę?! Ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie wchodziła do mojego pokoju i nie grzebała mi w szafach?! Jak cię dorwę...! - puścił mnie i ruszył jej stronę. Dziewczynka ruszyła z pędem do domu z krzykiem:
- Mamo Will mi dokucza!
Zachowywała się zupełnie inaczej niż w szkole. Chłopak nie pobiegł za nią, tylko otarł z ulgą czoło:
- Mało brakowało. - westchnął ciężko i odwrócił się w moją stronę.
- A co mogło się stać? Mała dziewczynka zabrałaby mnie do swojej przeklętej nory i chciałaby mnie pożreć? - zażartowałam.
- To nie jest śmieszne! Wszystkie kobiety zamieszkujące ten domu, nie licząc Evelyn, ale ona tutaj nie mieszka na stałe, są potwornymi wiedźmami. Na przykład ten mały skrzat – Charlotte. W domu słodziutki aniołek, a w szkole widziałaś jak się zachowuje. Podstępny żmijowaty karzeł! - posłał groźne spojrzenie w stronę drzwi do domu.
- Więc, chcesz powiedzieć, że jesteś zastraszany przez trzynastolatkę? - Podeszła do nas Rose. Will zrobił się czerwony;
- Nie jestem zastraszany, po prostu w domu mam trzy kobiety na krzyż, teraz cztery, bo Ester przyjechała na tydzień. - podrapał się po głowie.
- Rose mogłabyś...? - zwróciłam się do mojej przyjaciółki, wskazując na moje plecy. Ona w odpowiedzi tylko pokiwała głową i zaczęła wyciągać wodę z mojej nasiąkniętej bluzy.
- Dlaczego ty nie wyparujesz sobie wody? O rany! Jak to dziwnie brzmi.... - odezwał się Will.
- Nie chciałabym sobie podpalić bluzy... Rozumiesz... W dodatku to by trwało o wiele dłużej, a tak to już koniec. Widzisz. - przesunęłam się na bok, żeby pokazać mu Rose, która teraz bawiła się kulą wody lewitującą w powietrzu.
- Orient blondasiu. - machnęła ostro ręką i strumień wody popłyną w stronę chłopaka. Na szczęście Will się skulił i nie zaliczył darmowego prysznica.
- Nie ma z tobą żadnej zabawy... - westchnęła brunetka. Otrzepała ręce tak jakby były w piachu i na wodę zaczęła działaś z powrotem grawitacja.
- Thunder! Zostaw swojego nowego chłopaka i chodź do środka! - zawołała do blondynki, bawiącej się z psem.
- Morda Polk! - odkrzyknęła Theresa w jej stronę i podbiegła do nas rzucając Rose zabójcze spojrzenie. Brunetka je zignorowała, przerzuciła sobie torbę przez ramię i równym krokiem ruszyła w stronę drzwi, a my za nią.
- Jesteśmy! - zawołał Will, zamykając za nami drzwi. Przyjrzałam się wnętrzu. Po prawej stronie od wejścia były schody na wyższe piętro, a koło nich drzwi do jakiegoś pomieszczenia, może łazienki... Na ścianach było mnóstwo zdjęć rodzinnych. Usłyszałam pisk Rose:
- Jaki słodziaśny! Dziewczyny patrzcie mały Will! - obie z Theresą podbiegłyśmy do niej. Zdjęcie było zrobione w szpitalu. Kobieta o blond włosach spiętych w koczek, siedziała na łóżku trzymając niemowlę. Obejmował ją mężczyzna w okularach, o ciemnokasztanowych, krótko obciętych włosach. Koło kobiety siedziała jeszcze dziewczynka z obciętymi do szyi kręconymi blond włosami. Miała może z pięć lat. Na pewno nie więcej.
- Wygląda jak pomarszczona brzoskwinia. - skomentowałam zdjęcie.
- Ty wyglądałaś jak pomarszczony pomidor. Byłaś cała czerwona. - fuknęła do mnie Rose, a ja poczułam rumieńce na twarzy. Chciałam powiedzieć jaka ona była, ale nie mogłam się niczego przyczepić. Od urodzenia była idealna, co mnie teraz trochę zdołowało.
- Will czemu nie zaprosisz gości do salonu? - usłyszałam kobiecy głos i automatycznie się odwróciłam. Za nami stała kobieta o blond włosach podpiętych do góry czarną spinką. Miała takie same oczy jak Will, czyli ciemnobrązowe. Najprawdopodobniej była po czterdziestce. Na sobie miała różowy, poplamiony fartuch z napisem „Mama stulecia”, a w ręku trzymała szpachelkę. To musiała być matka Willa.
- Wiesz mamo, dziewczyny od razu rzuciły się na moje zdjęcia z dzieciństwa. Nic nie poradzę, że od urodzenia byłem taki przystojny...
- Żebyś się tylko nie utopił w tym samouwielbieniu. - kobieta pokręciła głową. - Może przedstawisz mi swoje koleżanki, a nie stoisz jak kołek!
- Ah! Już! Mamo to jest Rose, Mercy i Theresa. Są ze mną w grupie. Mówiłem ci... Jest jeszcze taki David, ale go nie było szkole...
- No cóż szkoda... Chodźcie dziewczyny, za chwilę będzie obiad. - obróciła się zgrabnie i ruszyła w stronę salonu.
- Em... - zaczęła Rose. - Ma pani może jakiś album ze zdjęciami z dzieciństwa Willa? Najlepiej takimi zawstydzającymi. Chętnie sobie pooglądam.
- Ja też! - powiedziałam szybko.
- I ja! - dodała Theresa.
- Błagam mamo, nie rób tego... - jęknął Will.
- Ależ oczywiście dziewczyny. Mam nawet dwa albumy. - kobieta odpowiedziała z uśmiechem, ignorując prośbę swojego syna. Will wystrzelił jak rakieta i zagrodził przejście do salonu.
- Nie dostaniecie albumów. - powiedział stanowczo, kiedy wszystkie przed nim stanęliśmy. Z szeregu wyszła jego matka, położyła dłonie zwinięte w pięści (w jednej trzymała szpachelkę) na swoich biodrach.
- Williamie Jonathanie Whitlocku! Jeżeli natychmiast nas nie przepuścisz możesz pożegnać się ze wszystkimi przyjemnościami!
Nie wiedziałam jej wyrazu twarzy, ale wystarczyła mi mina Willa. Wyglądał na przerażonego. Przesunął się na bok odblokowując nam przejście. Przeszłyśmy za jego matką do salonu. Mijając go, Rose pokazała mu złośliwie język.
Duży pokój był połączeniem salonu, kuchni i jadalni. Coś tak jak w mieszkaniu cioci tylko, że tutaj był po prostu większy. Po lewej stronie znajdowała się kuchnia, z której dochodziły różne smaczne zapachy. Przy kuchence stała wysoka dziewczyna o długich blond włosach. Wyglądała jak kobieca wersja Willa. Miała na sobie luźną bluzkę w czarno-białe paski i ciemne jeansy z podwiniętymi nogawkami. Podniosła wzrok na nas i wyjęła słuchawki z uszu.
- O już jesteście. - wytarła dłonie w ręcznik papierowy i podeszła do nas.
- Jestem Ester. Starsza siostra tego tam głupka, który szuka albumów. - wskazała na Willa, grzebiącego w szafce, na której stał dość spory telewizor.
- Tego szukasz młody? - krzyknęła do niego i ściągnęła po coś do blatu. Podniosła dwa albumy ze zdjęciami.
- Ester... Ty też będziesz dla mnie taka okrutna? - Will podszedł do nas i wpatrywał wzrok w starszą siostrę.
- Oczywiście, że tak. A przecież od czego są starsze siostry? - uśmiechnęła się do niego i podała Theresie albumy.
- Idziemy na kanapę! - powiedziała Thunder i podeszła szybkim krokiem do kanapy. Ja i Rose poszłyśmy za nią.
- Cała wasza trójka jest nie do opisania! - westchnął Will opierając się o oparcie kanapy.
- Jak to nie do opisania? - zaczęłam, żeby dokończyła za mnie Rose.
- Jesteśmy po prostu zajebiste i tyle. - zaśmiała się moja przyjaciółka. Chłopak tylko przewrócił oczami. Wszystkie trzy zaczęłyśmy się śmiać. Przez szklane drzwi, które prowadziły do podwórka z drugiej strony domu weszła blond włosa dziewczynka (czy wszyscy w tym domu muszą mieć blond włosy?). Była młodsza od Charlotte, ale niewiele od niej niższa. Dziewczyna wyglądała, jakby się wydostała spod dna wielkiej piaskownicy. Była tak umorusana, że ledwo można było dostrzec kolor jej sukienki.
- Evelyn, złotko!- wrzasnęła mama Willa i podbiegła do niej. - Ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie budowała zamków w ogródku?! Masz największy pokój w tym domu z umieszczoną piaskownicą nie bez powodu.
Chwila. Chyba to normalne, że piaskownica znajduje się na podwórku, prawda? A nie w pokoju. Ciężko mi było nawet wyobrazić sobie piaskownice w pokoju.
- Dziewczyny chcecie zobaczyć coś zaje... - zaczął Will, ale poczuł wzrok swojej matki na sobie i się zawahał. - ...fajnego?
Wyszliśmy na dwór i to co ujrzałam zaparło mi dech w piersiach. Na całej powierzchni podwórza (a była dosyć duża) znajdował się zamek z piasku, a tak właściwie to ziemi i piasku. Nie był to taki zwykły zameczek, które budują małe dzieci w piaskownicy za pomocą wiaderka i łopatki. Nie... Wieżyczki, mur, budynki, te wszystkie detale i w ogóle rozmiar tego wszystkiego... To było coś niesamowitego. Były tam nawet miniatury ludzi, a najwyższe wieżyczki były wyższe od Rose o kilka centymetrów.
- To taa mała to zrobiła? - lekko ukułam łokciem Willa w bok.
- Mhm. - mruknął. - Evelyn ma talent co nie? - w jego głosie słychać było dumę.
- Will czy mógłbyś... - odezwała się mama blondyna, ale twórczyni budowli wybiegła z szeregu;
- Nie! Nie pozwolę znowu zniszczyć ci mojego zamku! - krzyknęła rozpaczliwie.
- Evelyn, spokojnie. Już ci tłumaczyłem, że... - Will ruszył ostrożnie w jej stronę, ale oberwał zbitą kulką piasku po twarzy. Może już używać magi? Wygląda na może 9 lat. Tak wcześnie odkryć w sobie magiczną moc?
- To nie fair... - Evelyn załkała. Jej ramiona zaczęły się poruszać nierównomiernie. - To nie fair... Ty i Charlotte możecie używać magii, a ja? Ciągle : „Nie wolno ci Evelyn!”, „Nie powinnaś używać magii!”. To takie nie fair... - zanim się zorientowała Will obejmował ją i głaskał po głowie. Chłopak tupnął nogą, a zamek, który był za jego plecami dosłownie schował się w ziemi.
- Nie martw się. Charlotte już uwieczniła twój nowy projekt na zdjęciu. Prawda? - chłopak wskazał palcem w górę, kucając przy siostrze. Spojrzałam w górę. Na balkonie stała właśnie Charlotte, z zawieszonym aparatem na szyi.
- Uwieczniłaś całość? - krzyknął w jej stronę Will. Dziewczyna wyciągnęła w jego stronę kciuk, mrugnęła i obdarzyła go promiennym uśmiechem. Weszliśmy do środka w mieszanych nastrojach. Kiedy tylko pojawiliśmy się w salonie Ester od razu naskoczyła na swoją mamę;
- Nie no dzięki mamo! Ja przyjeżdżam na tydzień w odwiedziny żeby pobyć trochę z rodziną, a ty zostawiasz całą kuchnie na mojej głowie. Poszliście sobie oglądać nowy zamek Evelyn, a ja się tu męczę. Wiesz jak trudno miesza się sałatkę lewą ręką, kiedy prawa jest zajęta mieszaniem ziemniaków, żeby nie spaliły się na węgiel! W dodatku jestem studentką i nie jestem przyzwyczajona do gotowania!
Rzeczywiście wyglądało to na trudne, ale tylko jak ona to robiła. Widok był naprawdę przezabawny i musiałam się pilnować, żeby się nie zaśmiać. Zamiast położyć miskę z sałatką na blacie bliżej kuchenki... Właściwie nie mogła tego zrobić, bo na blacie blisko kuchenki było strasznie dużo niepotrzebnych szpargałów np. misa żaroodporna czy tarka.
- Ester co ty wyprawiasz?! Te ziemniaki miały być pieczone w mundurkach, a nie smażone na patelni! - wrzasnęła spanikowana pani Whitlock i od razu podbiegła do córki. Poczułam znajomy zapach.
- Radziłabym wyjąć już mięso z piekarnika, bo za chwilę się spali. - odezwałam się, patrząc jak mama Willa stara się daremnie uratować kartofle. Spojrzała na mnie zaskoczona i ukucnęła przed kuchenką. Wyjęła udka kurczaka z piekarnika i położyła je na blacie. Odetchnęła z ulgą;
- Dziękuje Mercy, uratowałaś dzisiejsze główne danie. W nagrodę dostaniesz największe udko!
Will prychnął.
- Co cię tak śmieszy hę?! - zwróciłam się w jego stronę.
- Nie z ciebie się śmieje. Po prostu nie mogę się nacieszyć tym, że moja zawsze idealna starsza siostra jest większą kaleką w kuchni ode minie. - nie przestawał się śmiać. Nagle na jego twarzy wylądował plasterek smażonego ziemniaka. Już nie było mu do śmiechu, zrobił się cały czerwony. Kawałek ziemniaka przykleił mu się do czoła.
- Ester! - zawołała pani Whitlock. - Nie! Wiesz co? Najlepiej idź sobie, bo nie pomagasz w kuchni, tylko jest jeszcze gorzej. Pokaż gościom pokój Evelyn. Taaak. Tak będzie najlepiej. - kontynuowała kobieta, wypychając ją z kuchni. Will ściągnął plasterek ze swojego czoła i rzucił nim w swoją starszą siostrę, ale ona zrobiła coś czego bym się nie spodziewała. Uderzyła dłonią w lecący w nią kawałek ziemniaka, przez co plasterek wylądował na... lewym oku Rose.
- Cholera... - mruknęłam pod nosem. Wiedziałam jak moja przyjaciółka zareaguje.
- Będzie źle... - usłyszałam jak Theresa westchnęła pod nosem. Obie stałyśmy koło siebie bliżej wyjścia na podwórko. Pozostała czwórka; Will, Rose, starsza i młodsza siostra blondyna, stała za kanapą, bliżej schodów.
- Przepraszam, nie chciałam! - wrzasnęła Ester i podbiegła do mojej przyjaciółki. Brunetka zdjęła plasterek z oka, popatrzyła się przez chwilę na dłoń, gdzie się znajdował. Po chwili uśmiechnęła słodko.
- Nic się nie stało. To był przypadek prawda? - Wzruszyła ramionami i zwróciła się, do stojącej między nią, a Willem Evelyn. - Pokażesz mi gdzie jest twój pokój?

Dziewczynka miała jeszcze lekko zaczerwienione oczy, ale już nie płakała. Skinęła głową i ruszyła w stronę schodów. Za nią poszła cała grupka...

-----------------------------------------------------------
No i po dłuuuugiej przerwie jest rozdział :') W między czasie wybiło mi ponad 3500 wyświetleń bloga <3 Jak ja Wam dziękuję <3 Naprawdę! Chciałabym Was spytać, czy jesteście ciekawi innych historii, oprócz Mercy? Bo mam ich sporo... Mogłabym je streścić i wstawić w zakładkach... Chcecie?
Przypominam, że możecie zaobserwować mojego bloga ;)

wtorek, 30 czerwca 2015

Liebster Blog Award

"Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na pytania otrzymane od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz kilka osób (informujesz je o tym) oraz zadajesz im pytania. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował!"

Cześć wszystkim, z tej strony.... Mercy! Momo została nominowana do LBA, ale że jej się nie chce ruszyć dupy z łóżka, napiszę to JA! Kilka słów dlaczego Momo nic nie pisze... Po pierwsze jest leniem prawie takim jak Rose. Po drugie twierdzi, że rodzina Willa ją pokonała (w następnym rozdziale mieliście ją poznać), ale tak naprawdę sądzę, że po prostu. A po trzecie, ma taką jakby depresje po ostatnio przeczytanej książce (Eleonora & Park, jakby ktoś chciał wiedzieć. Ale nie martwcie się, dostał ode mnie kopala w dupala i zabrała się za pisanie. Napisała już dziesięć stron, więc rozdział na pewniaka będzie w niedziele :P Nie... w cale nie musicie mi dziękować <3

To tyle jeżeli chodzi o informacje. Teraz przejdziemy do LBA. Pozwolicie, że odpowiem na pytania zamiast Momo, bo ona teraz siedzi sobie nad jeziorkiem w Łebie i zbija bąki. Momo dostała następujące pytania:

1.Co chcesz osiągnąć na swoim blogu?
2.Dlaczego założyłaś bloga?
3.Co Cię inspiruje?
4.Masz jakieś życiowe motto?
5.Ulubiona piosenka to...
6.Skąd się wzięła nazwa Twojego bloga?
7.Jakie seriale oglądasz?
8.Jakie książki lubisz? (chodzi o gatunek) Wymień ulubione.
9.Kiedy założyłaś bloga?
10.Jakie blogi czytasz?


A została nominowana przez...klik.

1. Co chcesz osiągnąć na swoim blogu?

Zakładając bloga, Momo chciała tylko podzielić się moją historią, Tak właściwie to nie tylko moją. Uwierzycie, że w jej pustej głowie, ma osiem różnych historii... I to bardzo rozwiniętych... Oczywiście moja była pierwsza i jest najlepsza i najdłuższa! Ale wracając do pytania. Na początku Momo nic nie chciała osiągnąć i nadal nie chce, ale zależy jej po prostu na tym, by kto po porostu czytał jej bloga. (Tyle jej do szczęścia wystarczy xD)

2. Dlaczego założyłaś bloga?

Momo, tak jak wyżej napisałam, założyła bloga, by podzielić się różnymi historiami. Założyła go pod wpływem namowy koleżanek, które usłyszały jako pierwsze streszczenie mojej historii. (Coś krótka ta odpowiedź wyszła)

3. Co Cię inspiruje?

Momo zazwyczaj znajduje inspiracje w piosenkach. Puszcza na fula muzykę w słuchawkach, wsłuchuje się w słowa i nagle BUM! dostaje inspiracji. Czasem zdarza jej się na coś wpaść jak przegląda tumblera, We heart it. Czasem jak ogląda jakieś filmy, to coś jej zaskoczy. Dużo też bierze inspiracji z sytuacji, w których sama bierze udział.

4. Masz jakieś życiowe motto?

Z tego co mi wiadomo, Momo nie ma żadnego życiowego motto. Po prostu stara się iść przez życie z uśmiechem, nie przejmując się błahostkami.

5. Ulubiona piosenka to...

U niej to strasznie często się zmienia ulubiona piosenka, ale ulubioną piosenką, którą ciągle puszcza od tygodnia jest Little Bird Eda Sheerana.


6. Skąd wzięła się nazwa Twojego bloga?

To chyba prosta odpowiedź będzie. Po prostu od tego, że Momo pisze. Żadna filozofia :P

7. Jakie seriale oglądasz?

Momo ogląda regularnie The Walking Dead, The 100 (akurat jest przerwa w nadawaniu, więc nie ogląda). Kiedyś oglądała Pamiętniki Wampirów, ale zrobił się z tego szajs i przestała oglądać. Ja szczerze, nawet bym po ten serial nie sięgnęła, bo nie lubię romansów. Oglądała też kiedyś Teen Wolf, ale przestała, sama nie wie dlaczego...

8. Jakie książki lubisz? (chodzi o gatunek) Wymień ulubione.

Momo kocha książki post-apokaliptyczne. Jej ulubiona książka (a raczej seria) to Zapomniana Księga Pauliny Hendel. Momo lubi jeszcze książki fantasy (chyba można do tego zaliczyć), chyba nie ma ulubionej z tego gatunku, ale ostatnio zaczęła czytać Percy'ego Jacksona Ricka Riordana.
Zaczęła się też lubować w książkach młodzieżowych.. Jej ukochaną (jej słowa) jest Eleonora & Park Rainbow RowelJa nie wiem jak ona może czytać, takie romantyczne historyjki. Na prawdę nie wiem...

9. Kiedy założyłaś bloga?

Momo założyła bloga *sprawdza w archiwach* 14 marca 2015 roku,

10. Jakie blogi czytasz?

take-your-smile.blogspot.com

alliienworlld.blogspot.com

merumerubook.blogspot.com

Jeżeli kogoś ominęłam, to Momo to poprawi jak tylko przeczyta ten post.

Dobra! To teraz czas na nominacje! Ja zamiast Momo nominuję 3 blogi:

alliienworlld.blogspot.com

merumerubook.blogspot.com

teddypisze.blogspot.com

A oto pytania:

1. Co Cię zachęciło do założenia bloga?
2. Co Cię inspiruje?
3. Skąd wziąłeś/wzięłaś pomysł na historię, którą teraz piszesz na blogu?
4. Jaki jest Twój ulubiony zespół muzyczny?

5. Jakie trzy rzeczy zabrałbyś/zabrałabyś na bezludną wyspę i dlaczego?
6. Masz jakieś inne hobby, oprócz pisania? Jeżeli tak, to jakie?
7. Co Cię najbardziej relaksuje?
8. Wymarzone miejsce, którego chciałbyś/chciałabyś pojechać?
9. 
 Jaka jest Twoja ulubiona książka? (może być kilka)
10. Jakie blogi czytasz?
-------------------------------------------------------------------------------------------
Jeszcze na koniec Wam zdradzę, że Momo pracuje nad opisami postaci, krótkimi streszczeniami innych historii oraz nad nowym wyglądem bloga ^^ Życzcie jej powodzenia, żeby już nie miała takiego zastoju jak był ostatnio ;) A ja się z Wami żegnam! Miłych wakacji!

P.S. Zapomniałabym! Chcecie jakieś ciekawostki o Momo? Chętnie się z Wami nimi podzielę :P

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Mercy i latający telefon

Następną lekcją była matematyka. Każda lekcja tego przedmiotu wygląda dokładnie tak: kartkówka z poprzedniej lekcji, nauczycielka tłumaczy następny temat i robimy zadania. Nauczycielką matematyki jest 50-letnia Anna Northug. Jej rodzina pochodzi z północnych terenów Europy. Rose ma z nią na pieńku. Pamiętacie jak wspominałam, że moja przyjaciółka jest geniuszem? Właśnie z tym jest problem. Northug uważa, że moja przyjaciółka zawsze na sprawdzianach oszukuje, bo od razu pisze wyniki. Ale Rose jest po prostu leniwa i nie chce się jej rozpisywać, więc... wszystko liczy w głowie i wpisuje wyniki. Jest jak żywy kalkulator!
Właśnie chodziliśmy robić zadania. Przyszedł czas na moją przyjaciółkę. Jak zwykle podeszła do tablicy, napisała wynik (poprawny) i skierowała się do swojej ławki.
- Polk ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie ściągała! Ja wiem, że wy macie te swoje magiczne sposoby, których ja jako zwykła nauczycielka matematyki nie potrafię dostrzec. Jeżeli dalej tak będzie to nie przepuszczę cię do następnej klasy.
Rose odwróciła się do niej na pięcie:
- Czyli mam rozumieć, że zostanę w drugiej klasie tylko dlatego, że pani jest na tyle ograniczona i nie potrafi zrozumieć tego, że ja to obliczam w głowie?
- Coś ty do mnie powiedziała smarkulo? Rodzice nie nauczyli cie, że do starszych trzeba mieć szacunek? Siadaj dostajesz dwie oceny niedostateczne i uwagę. Przyjdzie pocztą do twojego ojca.
- Za co dwie jedynki?- zaprotestowała moja przyjaciółka.
- Za dyskusje z nauczycielem. Siadaj.
Coś czuję, że to się źle skończy. Rose zwykle olewała babkę, ale tym razem tego nie zrobiła. 
- Czyli mam rozumieć, że dostanę jedynkę i uwagę, za to, że bronię swoich praw?

- Nie. Dostaniesz jedynkę i uwagę za obrazę nauczyciela.
- Nie moja wina, że jest pani ograniczona.
- Polk! - wrzasnęła na całą salę i wstała z krzesła. W tym samym momencie z pierwszej ławki ze środkowego rzędu wstał Will.
- Przepraszam, ale sądzę, że ma pani złe podejście... - zaczął trochę nieśmiałe, ale z każdym słowem zyskiwał odwagi.
- Co Polk? Wynajęłaś sobie adwokata?
- Nikogo nie wynajęłam. Will siadaj. -syknęła przez zęby Rose. Cała klasa patrzyła na tę trójkę.
- Z całym szacunkiem, pani Northug, ale uważam, że jest bardzo łatwy sposób żeby sprawdzić, czy Rose rzeczywiście oszukuje. - kontynuował Will, ignorując całkowicie to, co powiedziała Rose. Przykro mi Will, ale to nie przejdzie. Sama próbowałam wcześniej . Skończyło się, że ja też dostałam jedynkę i uwagę...
- A w jaki niby sposób? Dobrze wiem, że potraficie mnie oszukać tą waszą magią, więc nie będę miała pewności, czy panienka Polk znowu nie oszukuje...
- A to bardzo proste. Wystarczy wezwać naszego wychowawcę. On wyczuwa magię, więc powie pani o tym. -
- Nie mam czasu na takie bzdury.
Rozmowa przebiegała dokładnie tak jak ja kiedyś starałam się pomóc Rose. Padła dokładnie taka sama odpowiedź: "Nie mam czasu na takie bzdury". Ja po tym jej tekście wybuchłam, jak to ja, trochę nawsadzałam nauczycielce i skończyło się jak skończyło.
- Czyli uważa pani, że to jest niepotrzebne? Mam rozumieć, że Rose ma być pokrzywdzona tylko dlatego, że pani się nie chce? - kontynuował ze stoickim spokojem Will. Northug podeszła do niego:
- Słuchaj no gówniarzu, nie będziesz mi mówił co mam robić na mojej lekcji. Pamiętaj do kogo się odzywasz!
- To może niech pani lepiej pamięta. Jestem uczniem i mam swoje prawa. Gdyby dyrektor usłyszał, że nazwała mnie pani "gówniarzem", niekoniecznie będzie to dla pani przyjemne doświadczenie.
- Nie będziesz mi tu groził! Siadaj uwaga dla rodziców i ocena niedostateczna. - ruszyła w stronę biurka, koło którego ciągle stała Rose.
Widzicie? Mówiłam.
- Nie grożę pani, tylko bronię praw moich i Rose. Nie lepiej przystąpić na moją propozycję? Całą rozmowę mam nagraną, więc wystarczy, że przejdę się do gabinetu dyrektora... - Will stał cały czas wyprostowany. Wyjął teraz z kieszeni telefon.
- Czy ty nagrywałeś moją lekcje? - spytała zbulwersowana nauczycielka.
- Przed chwilą to powiedziałem. To ja będzie? Wezwie pani naszego wychowawcę?
Kobieta przez dłuższą chwilę wlepiała wzrok w chłopaka.
- Dobrze. Zadzwonię po pana Daisy'ego. - stanęła przy telefonie i wytrąciła numer. W każdej sali znajduje się telefon, żeby nauczyciele mieli ze sobą łatwy kontakt na lekcjach, gdyby coś się wydarzyło.
Po pięciu minutach w sali był już Stokrotka. Rose stała pod tablicą i rozwiązywała przykłady podawane przez Northug. Jak zawsze wszystko przeliczała w głowie i pisała od razu wynik.
- Nie możesz pisać wszystkich obliczeń? - spytała kobieta.
- Nie.- syknęła przez zęby Rose. - W ogóle to czemu nadal muszę to robić? Rozwiązałam już dziesięć...
- To ja będę decydować ile napiszesz! Miej trochę szacunku do nauczycielki! Nie będziesz decydować ile zadań masz zrobić.
- Mam tyle szacunku do pani, ile pani ma do mnie. - mruknęła Rose, pisząc już rozwiązanie do jedenastego przykładu.
- Co powiedziałaś? - podniosła głos Northug.
- Spokojnie pani Northug. - Stokrotka wkroczył do akcji. - Nie uważa pani, że już wystarczy? Nie wyczuwam, żeby panienka Polk używała magii..
- Eh... Dobrze. Siadaj. - zdjęła okulary i pomasowała sobie skronie.
Jeden kącik ust mojej przyjaciółki powędrował do góry. Zaczęła bujać się na piętach.
- Co z moją oceną?- spytała słodko.
- Będziesz musiała jeszcze napisać test z całego roku, też pod obecność pana Daisy'ego.
- Słucham?! - Rose podniosła głos i ruszyła w stronę kobiety
- Spokojnie Rose. - zatrzymał ją nasz wychowawca. - Uważam, że to najodpowiedniejsza forma sprawdzająca, patrząc na twoje oceny.
- Pan też przeciwko mnie? - założyła ręce na piersi.
- Nikt nie jest przeciwko tobie Rose, a teraz wróć na swoje miejsce. - powiedział spokojnie, a potem zwrócił się do Northug. - Dziękuję pani za możliwość poprawienia ocen Rose. Jeżeli nie ma pani nic przeciwko to ja już pójdę. Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia.
- Nie ma problemu. Dziękuję, że pan przyszedł.
Stokrotka wyszedł z sali, a Rose usiadła na swoim miejscu, ławkę przede mną.
- Lekcja się za chwilę kończy. Przez to, że panienka Polk musiała mi coś udowodnić, będziemy musieli umówić się na odrabianie tej lekcji. Uzgodnię to z waszym wychowawcą później.-odezwała się Northug.
Cała klasa westchnęła z jakże wielkim entuzjazmem... Najprawdopodobniej jeszcze dołożą nam dodatkową godzinę matematyki, wtedy kiedy mamy najwięcej lekcji. Świetnie!

Zadzwonił dzwonek i podeszła do nas Martha. Miała krótko obcięte, ciemne blond włosy, równo obciętą grzywkę. Piwne oczy, z których jak nigdy emanowała pewność siebie.
- Hej dziewczyny, mam do was sprawę. Mogły byście mi wyświadczyć taką tyci, tyci przysługuje?
Rose tylko odwróciła się w jej stronę i obdarzyła ją spojrzeniem pełnym nienawiści. Tylko dlaczego? Ja rozumiem, że Martha się trochę zmieniła... No dobrze, może bardzo, ale to chyba nie powód, żeby być tak wrogo do niej nastawionym.
- Dobra, a o co w ogóle chodzi? - spytałam po chwili.
- Jesteście w grupie z Willem co nie? Nie wiecie czy może ma kogoś? Chciałabym się z nim umówić i...
- Will nie jest zainteresowany. - wytrąciła szybko Rose.
- A niby skąd ty to możesz wiedzieć? - Martha postawiła mocny akcent na "ty".
Popatrzyłam na Rose zaskoczona. Na twarzy miała wypalony spokój, ale jej oczy ciskały piorunami w dziewczynę, stojącą przed nią. Moja przyjaciółka zaczęła oglądać swoje paznokcie.
- Bo wiem. Willa nie interesują blondynki. - zrobiła krótką pauzę. - W dodatku ma dziewczynę.
Dziewczynę? Rose czy ja o czymś nie wiem? Chwilę temu (na poprzedniej przerwie) jego siostra powiedziała nam, że nie ma nikogo... Chyba że...?
Martha prychnęła i spojrzałam na Rose z... pogardą? Pokręciłam głową. Co się stało z dawną, nieśmiałą dziewczyną?

- Coś ci nie wierzę, ale nawet jeśli ma to już nie długo. - machnęła włosami, odwróciła się od nas i pobiegła do chłopaków z jej grupy.
- Myślała szmata, że jest jedwabiem. - prychnęła Rose, kiedy tamta już odeszła i odwróciła się w moją stronę.
- Rose! Czy aby troszkę nie przesadzasz? Ja rozumiem, że..
- Mercy ona sobie myśli, że jak jej ojciec rozwiódł się z jej matką to teraz da nauczkę wszystkim facetom na ziemi!!
- Czekaj jej rodzice się rozwiedli? - spytałam zaskoczona.
- Tak. Jej ojciec zdradził jej matkę... Ale to nie jest zbyt inteligentne, żeby przez to się puszczać.
- Puszczać?! - podniosłam głos. Rose jak zwykle najlepiej poinformowana, a ja jak zawsze nic nie wiem.
- Ciszej! Rozumiem żeby owijać sobie facetów wokół palca, ale ona chyba przekroczyła granicę... Widziałam ją wczoraj wieczorem jak wychodziła od Bena.
Już rozumiem!
- Ty jesteś po prostu nadal zazdrosna o Bena!
Rose warknęła:
- Nie o to chodzi! Ben już dawno mnie nie obchodzi!
- To w takim razie jesteś zazdrosna o Willa!
- Boże Święty! - uniosła ręce do góry.- Odczep się od tej zazdrości...
Ha! Nie zaprzeczyła! W tym samym momencie kiedy to zauważyłam przyszedł do nas Will.

- Nie powinnaś mi podziękować, panienko matematyczko? - oparł się dłońmi o ławkę mojej przyjaciółki.
- A niby za co mam ci dziękować? Za to, że będę musiała zdawać dodatkowy test? W ogóle to jesteśmy kwita, bo właśnie uratowałam cię przed... - urwała, bo na Willa naskoczyła grupka chłopaków. Thomas, Leon, Louis i Tobias, czyli cała czwórka z grupy Marthy.
- Nasz najlepszy, najfajniejszy Will! - objął go ramieniem Tobias.
- Co chcecie ode mnie chłopaki?- spytał blondyn.
- Mamy malutką sprawę do ciebie. Chodź na słówko... - kontynuował Tobias. Cała piątka odeszła na bok.
- Ze mną jej się nie udało, to poszła do chłopaków...- zauważyła moja przyjaciółka
- Co ona w ogóle się do niego przyczepiła?
- Bo jest jedynym chłopakiem, który nie zwraca na nią uwagi... - powiedziała spokojnie, ale nie spuszczała wzroku z chłopaków. Przyjrzałam się jej dokładniej.
- Rose przecież ja cię za dobrze znam. Ja wiem, że ty po prostu nie możesz znieść tego, że nie masz chłopaka. - mrugnęłam do niej. Widziałam, że nie o to dokładnie chodzi, ale chciałam jej utrzeć trochę nosa, bo nie chciała się przyznać, że Will jej się odrobinkę podoba.
- Udowodnić ci, że nie?
- Tylko na to czekam.- uśmiechnęłam się. Moja przyjaciółka wyciągnęła z torby telefon i zawołała Mike'a.
- Co tam? - spytał kiedy już stał przy nas. Rose zerknęła na sekundę w stronę Willa i zwróciła się szybko do ciemnoskórego:
- Co czujesz do Louisy?
- Słucham? Czemu pytasz? Przecież zerwaliśmy... Z resztą co cię to obchodzi? - wydawał się lekko zmieszany. Patrzyłam z zainteresowaniem na Rose, bo jeszcze nie wiedziałam do końca, co ona kombinuje.
- Zerwanie nie ma nic do rzeczy. Chcę wiedzieć czy ją nadal kochasz.- drugie zdanie zgrabnie przesylabowała.
Na słowo "kochasz" jego wyraz twarzy zupełnie się zmienił.
- Czekaj. Pytała? Mówiła coś o mnie? - dopytywał się. Jego postawa się teraz bardzo zmieniała. Ah. Duży Mike jest nadal w niej zakochany. Jakie to słodkie.
- Może... Nie mogę ci jednak nic powiedzieć dopóki nie odpowiesz na moje pytanie.
Ahh ta Rose manipulantka.
- Dobra. Tak. - odpowiedział szybko stłumionym głosem.
- Ale co tak? - dopytywała Rose. Chłopak wydawał się bardzo zdenerwowany.
- Dobrze wiesz co, a teraz mów mi co wiesz, Rose. - nachylił się nad dziewczyną. Moja przyjaciółka uśmiechnęła się ciepło i poklepała go po głowie:
- Spokojnie misiu. Skoro jesteś taki macho i nie potrafisz powiedzieć, że kochasz Louise to nic ci nie powiem.
Mike cofnął się i wziął oddech:
- Dobra. Kocham Louisę, a teraz mów...
- Dziękuję misiu. - przerwała mu. Poklepała go delikatnie po twarzy i stanęła na krześle. Popatrzyła, że nadal nie jest wystarczająco widoczna (ah ten jej niski wzrost) więc wspięła się na ławkę.
- Ej! Ludzie cicho! - krzyknęła. Od razu spojrzałam w stronę biurka. O dziwo Northug nie było, ani tam, ani w całej sali. Klasa ucichła i wszyscy patrzyli na brunetkę.
- Nawet się nie waż! - Mike wyciągnął ręce, żeby zdjąć ją z ławki, ale stanęłam na jego drodze.
- To dla waszego dobra. - powiedziałam. Domyśliłam się co zamierza Rose i chciałam jej pomóc. Oczywiście nie wiedziałam dlaczego Mike i Louise zerwali, ale byli dobrą parą. Właściwie to było nawet dziwne. Nikt się nie spodziewał, że zerwą, a tu proszę... Jak ja się cieszę, że nie mam takich problemów.
- Słuchajcie wszyscy! Mam coś ważnego do ogłoszenia. Jest tu Louisa? - spytała, chociaż dobrze wiedziała, że jest.
- Mercy zejdź mi z drogi, albo sam cie przesunę .- zagroził mi, ale ja nieustraszona stałam cały czas przed nim z uniesioną do góry brodą. Mogłabym to nazwać "okazywaniem odwagi", ale tak naprawdę moja broda była uniesioną ku górze tylko i wyłącznie dlatego, że Mike był wyższy ode mnie o prawie pół metra!
- Jak dobrze wszyscy wiemy. Mike i Louisa byli w sobie zakochani po uszy...
- Zamknij się Rose! - wrzasnął. Jego twarz wyglądała dokładnie jak dojrzały pomidor.
Oparłam się o niego i starałam się go odepchnąć. Taa. Moje stopy ślizgały się po podłodze. Takie bydle trudno jest poruszyć. Mimo że jestem silna, to raczej sobie nie poradzę z nim bez użycia magii...
- Niestety. Nasza ukochana para zaczęła bardzo przypominać Romea i Julię. Zerwali ze sobą, ze względu na niezgodę rodziców... - kontynuowała nadal Rose
- Nie pozostawiasz mi wyboru Mercy... - złapał mnie niespodziewanie pod pachami. Przez sekundę moje nogi nie wyczuwały podłoża i nim zdążyłam jakoś zareagować znalazłam się koło niego. Chwyciłam go w pasie, ale niestety nie dałam rady objąć moimi rękami takiego gigantycznego cielska (nie przesadzam, Mike jest naprawdę wielki i to raczej same mięśnie są), więc przytrzymałam dłońmi jego białą koszulę od mundurka. Zaparłam się nogami, ale tym razem zgromadziłam energię magiczną w mięśniach.

- Więc postanowiłam nie pozwolić, żeby dotarli do tak... tragicznego końca! - ostatnie dwa słowa wykrzyczała, bo pomimo mojego uścisku Mike'owi udało się dosięgnąć Rose i przerzucić ją przez ramię. Trzymała telefon wysoko, jak najdalej od ręki chłopaka. - I tak mnie nie powstrzymasz, kochaniutki! - zwróciła się do niego, a potem dalej kontynuowała. - A na to mam dowód. Posłuchajcie co czuje ten o to chłopak, który teraz właśnie próbuje mi zabrać telefon. Ła! - krzyknęła.- Blondasiu łap! - rzuciła w stronę Willa telefon. - Odpal nagranie!
Will bez problemów przechwycił telefon i włączył nagranie. Wszyscy usłyszeli rozmowę, którą przed chwilą Rose prowadziła z Mike'em. Moja przyjaciółka znalazła się na ziemi. Ja odbiegłam na drugi koniec sali, żeby być gotowa odebrać rzut od Willa, do którego zbliżał się czarnoskóry. Blondyn rzuca, ale uwaga! Dwumetrowy zawodnik podnosi dłoń do góry i telefon zahacza o jego palce, zmieniając tor lotu. Zawodniczka z szopą na głowie biegnie (czytaj: ja)! Biegnie, zgrabnie między ławkami! Uwaga teraz nastąpi zwolnione tępo! Zawodniczka wślizguje się miedzy nogami wielkoluda. Telefon zbliża się ku ziemi. W ostatniej chwili zawodniczka o miodowych oczach łapie go i wślizguje się z powrotem pomiędzy nogami ciemnoskórego. Z komórki słychać najważniejsze dwa słowa: "Kocham Louise". Udało się, misja wykonana!
Siedziałam na ziemi z bananem na twarzy trzymając tryumfalnie telefon ku górze.
- Ale ja nie rozmawiałam o niczym z Rose. - odezwała się Louise, a kilka osób, które ją zasłaniały rozeszło się na boki. Moja przyjaciółka szybko rzuciła wzrokiem na rudowłosą dziewczynę (dla przypomnienia, ta dziewczyna jest jedną z bliźniaków, o którzy pojawili się przy losowaniu grup), klasnęła w dłonie i zawołała:
- Gorzko! Gorzko! - a za nią cala klasa. Louisa spaliła buraka i zaczęła się jąkać, a Mike drapał się zakłopotany po głowie.
- Hej! - zawołałam po cichu. - Chyba nie masz innego wyboru... To taka moja przyjacielska rada. - mrugnęłam do niego. Podszedł powoli do dziewczyny i delikatnie dotknął jej policzka, potem się nachylił i ją pocałował. Cała klasa zaczęła wiwatować i bić brawa. Chyba jesteśmy jedyną taką zgraną klasą. W tym samym momencie do sali wróciła Northug.
- Co tu się dzieje? - wrzasnęła. Na szczęście zbiorowisko idealnie zasłaniało parę gołąbeczków, więc zdążyli od siebie odskoczyć nim kobieta przedarła się przez tłum.
- Nie można was zostawić nawet na chwilę samych? Posprzątać mi ten bałagan, ale to już!
No nie powiem, sala nie wyglądała jak przedtem, a to dlatego, że pisząc " Biegnie, zgrabnie między ławkami! " miałam na myśli odsuwanie ławek, które stały mi na drodze na wszystkie strony świata. Ale Mike też nie był bez winy, bo on poprzesuwał też kilka ławek... 
Każdy z klasy zajął się swoją ławką i usiadł na swoje miejsce. Mieliśmy ustalone, że w takich sytuacjach każdy zajmuje się swoją, bo tak jest szybciej i się nie kłócimy.

- Skąd wiedziałaś? - spytałam Rose, podając jej telefon i siadając w swojej ławce.
- To proste. Trzeba tylko wiedzieć jak postępować z plotkami.
- Ale plotki to przecież masakra u nas w szkole. Wszystko wyssane z palca... - zerknęłam na Willa, który składał się za Rose. Palcem na ustach kazał mi nic nie mówić, więc znowu skierowałam wzrok na moją przyjaciółkę.
-Trzeba umieć znaleźć prawdę w plotce. To bardzo proste wystarczy... - nagle urwała. - Blondasiu nawet nie próbuj mnie wystraszyć, bo kopnę cię tam gdzie boli tak mocno, że zapomnisz jak się nazywasz i gdzie jesteś. - odwróciła się do niego, a potem usiadła w swojej ławce opierając się plecami o ścianę. - Wracając... Chcesz wiedzieć jak wyglądała plotka, przed przeanalizowaniem jej?- zwróciła się do mnie.
- Mhm. - mruknęłam.
- Mike przespał się z matką Louise, a ona podrywała po kryjomu jego ojca.
 Zatkało mnie. Nie chciałam wiedzieć jak ona znalazła tam informacje, że ich rodzice się nienawidzą... Niech to będzie jej tajemnicą.
- Co chcieli od ciebie? - zwróciła się do niego brunetka kiedy zauważyła, że już się nie mam zamiaru dalej pytać.
- Nie uwierzycie. - przyciągnął krzesło z pustej ławki i usiadł na nim okrakiem, opierając ramiona o oparcie. - Chcieli mnie namówić, żebym umówił się z Marthą.
- Nie mów! - zawołała sarkastycznie Rose.
- Tak! A właśnie, mówiłaś, że uratowałaś mnie przed czymś...
Prychnęłam. Skoro chłopaki przyszli go namawiać, to nie do końca jej się to udało.
- Nie ważne. - burknęła.
- Nie ważne? Jakoś wcześniej z wielkim entuzjazmem chciałaś się pochwalić, że mnie uchroniłaś przed czymś.
Znowu prychnęłam. Chłopak spojrzał na mnie pytająco.
- Na prawdę nie ważne Will. Jednak jej się nie udało. Ale powiedz mi, zgodziłeś się? - spytałam, na co Rose drgnęła. Widziałam! Teraz pytanie, czy bawić się w swatkę?
- Nie. Może jakby była taka jak na początku jak doszedłem do klasy... Wtedy ewentualnie mógłbym się zgodzić...
- Mercy, w ogóle coś się stało? Po pierwszej przerwie byłaś strasznie przymulona... - Rose zmieniła temat.
- Właśnie! Też to zauważyłem! - dodał chłopak.
- Mówiłam... Chodzi o to, że mam nikłe szanse na dostanie tego świstka,przez to, że ten debil się przeprowadza... Ale już ta akcja z telefonem przed chwilą mnie rozruszała. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Widzisz, na mnie zawsze można liczyć. - Rose poklepała mnie po ramieniu jakby to była w stu procentach jej zasługa, że humor mi się poprawił.
- Ej. Może on się nie wyprowadzi... - Will starał się mnie uspokoić.
- Ta. I zostanie tutaj z dziewczyną, która będzie mu truć dupę o to, żeby się ogarnął?

- No w sumie racja. Ja bym na jego miejscu uciekła na drugi koniec kraju! Jeszcze wykopałabym fosę na około domu, żeby ta zaraza przypadkiem się do mnie nie dostała! - zażartowała Rose.
- Bardzo śmieszne...- pokiwałam głową i zadzwonił dzwonek. Do sali wszedł nauczyciel, który miał z nami kolejną lekcje.
-----------------------------------------------------------------
Kolejny rozdział ^^ Mały poślizg, bo miał być wczoraj, ale ważne, że jest ;) Co myślicie? Zauważyłam, że znowu, zaczęłam pisać głównie dialogi, bez dłuższych opisów, a to źle ;-; Muszę się za siebie wziąć z tymi opisami! Następny rozdział najpewniej w ten weekend ;)