piątek, 1 maja 2015

Mercy i impreza na plaży

Wrzesień jest podzielony na dwie części. Pierwsza połowa to typowe upały, które kocham. Druga połowa jest strasznie deszczowa. Korzystając z tego, że nadal była część upalna, jeden chłopak z trzeciej klasy urządził imprezę nad jeziorem. Zaprosił wszystkich od drugich klas w górę. Postanowiłam pójść żeby się odprężyć, bo przez cały tydzień studiowałam znowu te cegły, które dała mi pani Mably. Miałam nadzieje, że może coś mi to pomoże. Na w-fie ćwiczyłam jeszcze na wszelki wypadek z opaską, a na zajęciach związanych z magią, mogłam tylko brać udział w teorii. Dodatkowo przez ten tydzień mieszkałam u ciotki i nie pomagałam jej w cukierni. Kategorycznie mi tego zabroniła. Mimo, że prosiłam ją o to przynajmniej dwa razy dziennie...
-Nie możesz się przemęczać! -powiedziała ponownie. Nie miała zamiaru zrezygnować ze swojego stanowiska. Siedziała teraz na kanapie i przełączała programy.
-Ale ja się nie przemęczam! To dla mnie przyjemność... Prooooszę. -robiłam tak zwane słodkie oczka... Niestety nieważne ile próbowałam, za każdym razem nie uzyskiwałam tego co chciałam. A może, po prostu nie umiem robić maślanych oczu? Tak, to bardzo możliwe...
-Mówię ci już setny raz Mercy, że nie. A kiedy już pozwolę ci wrócić to nawet nie myśl o klonowaniu. Zatrudnię kogoś. Może nawet kilka osób.
-A niby kogo? -spytałam, zasłaniając jej telewizor. Przez chwilę się na mnie patrzyła w ciszy, zapewne myśląc nad odpowiedzią.
-Jeszcze nie wiem... Napiszę ogłoszenia w internecie.
-Eh... Czyli nie mam szans w tym tygodniu na pomaganie na dole?
Ciocia ma mieszkanie tuż nad kawiarnią. Jej mieszkanie jest dwu poziomowe, a na parterze znajduje się właśnie jej miejsce pracy.
-Nie. Nawet nie wiem, czy po tygodniu ci pozwolę.
-Cooo? Czemu? -spytałam zdezorientowana.
-Bo przychodzą z opieki społecznej sprawdzić, czy masz dobre warunki i w ogóle. Wiesz przecież, że udało mi się ciebie zaadoptować na wyjątkowych warunkach...
-Gdybyś znalazła sobie jakiegoś faceta, nie byłoby takiego problemu. -zaśmiałam się i usiadłam koło niej na kanapie. Nie wiem dlaczego, ale uwielbiałam jej dokuczać z tego powodu.
-Kto to mówi? Ty jeszcze nie miałaś chłopaka. -odgryzła mi się.
-N-n-no i co z tego? W ogóle to ja nie mam czasu na żadne romanse. -spróbowałam się czegoś złapać, na moją obronę. W sumie to była prawda. Nie chciałam szukać chłopaka, bo zwyczajnie zabierałoby mi to czas. Mam poważne plany na przyszłość i nie mam zamiaru tracić czasu.
-No to masz odpowiedź, czemu ja też nie mam. -pokazała mi język. Z ciotką mogę porozmawiać o wszystkim (dosłownie wszystkim) swobodnie. Może czasem nie mówię całej prawdy, tak jak w przypadku wycieczki... Niestety, dowiedziała się co tak naprawdę mi było, bo otrzymała papiery od pielęgniarki i zrobiła mi taką awanturę, jakiej to świat nie widział. Dodatkowo okazało się, że takich „wypadków” ubezpieczenie nie obejmuje, z tego powodu, że jestem magiem.
W piątek wieczorem wróciłam do akademika, bo w sobotę miała się odbyć ta impreza nad jeziorem. Rose siedziała na łóżku, czytając książkę. Znowu o jakiejś tematyce przepowiadania przyszłości. Strasznie się w to wkręciła, bo prawie za każdym razem jak coś czytała, albo przeglądała w internecie, to w tej tematyce. Nie chwaliła się jednak jakoś informacjami, które znajdowała... Do pokoju ktoś zapukał.
-Wchodź!- krzyknęłam i wyjrzałam kto przyszedł. -I co, dowiedziałeś się? -spytałam, kiedy zobaczyłam, że to Will. Chłopak obdarzył mnie ciepłym uśmiechem i skinął głową, żeby przywitać się z Rose.
-A no, dowiedziałem się. I z radością mogę ci oznajmić, że Davida nie będzie nad jeziorem.
Westchnęłam z ulgą. Chciałam unikać spotkania z nim jak najdłużej. Kiedy wróciliśmy z wycieczki, dokładnie kiedy wysiedliśmy z autokaru, podszedł do mnie i powiedział, że zgadza się na warunki, ale w miarę rozsądku. Tak po prostu podszedł. Z jednej strony mi ulżyło, bo nie myślałam, że pójdzie mi tak gładko, ale z drugiej przeraziłam się, że będę musiała spędzać z nim więcej czasu. A on naprawdę działał na mnie jak płachta na byka. Jednak mimo że starałam się go unikać, to denerwowałam się kiedy nadal, przez cały tydzień unikał długich przerw.
-Dobra teraz jest kolejny problem. -powiedziałam.
-Co jest? -spytał zdziwiony.
-Ten leniwiec -wskazałam kciukiem, leżącą za moimi plecami Rose. - nie ma zamiaru iść jutro.
-Co? Czemu? -spytał kierując wzrok na moją przyjaciółkę.
-A po co mam iść? Leżeć plackiem mogę tutaj, a nie mam zamiaru jeździć komunikacją miejską i potem iść jeszcze taki kawał, żeby posiedzieć na plaży... -powiedziała, nie podnosząc wzroku znad książki.
-Przecież ma prawko... -powiedział blondyn i usiadł na moim łóżku.
-Czekaj! Masz prawo jazdy? -spytałam zdziwiona.
-Co z tego, że ma jak samochodu brak... Prawda? Mamusia samochodu nie pożyczy, więc twoje prawko na nic się nie przyda.. - powiedziała niebieskooka i wyjrzała zza książki.
-Załatwię samochód... -powiedział, ale chyba sam nie był pewny swoich słów.
-Jak do jutra załatwisz samochód to jadę. -powiedziała po chwili brunetka.
-Tak jest psze pani! - blondyn zasalutował.
-I spróbuj tylko wypić choć kropelkę jakiegokolwiek alkoholu! -posłała mu groźne spojrzenie.
-Teraz zabrzmiałaś jak moja matka... Spokojnie nie jestem głupi.
-Czy ja wiem... -zwątpiła Rose.
-Ej!
-Dobra, spokój! -powiedziałam. -Nie mam zamiaru siedzieć i patrzeć jak to Rose wątpi w twoją inteligencję, Will. Po prostu nas tam zawieź.
Chłopak otworzył drzwi Jeepa. Usiadł w miejscu kierowcy i włożył kluczyki do stacyjki. Wzięłam od Rose jej rzeczy i razem z moimi, rzuciłam na miejsce pasażera z przodu, a same usiadłyśmy z tyłu. Theresa podeszła do okna Willa.
-Nie wiem jakim samochodem jeździłeś, ale ten ma automatyczną skrzynie biegów...
-Już zdążyłem się zorientować... A co to? -skierował wzrok, na jakąś materiałową bransoletę przypiętą kablem do kokpitu samochodu. Przesunęłam się do przodu żeby lepiej się widzieć.
- Nawet nie próbuj tego tknąć! Dotknij tego, a kopnie cię prąd! -blondynka powiedziała stanowczym tonem. Otworzyła drzwi od strony pasażera odpięła tą „bransoletę” i schowała ją w schowku. -Dobra jedźcie, bo nie mam czasu. -zamknęła drzwi i stanęła z boku. Will przekręcił kluczyki w stacyjce i ruszył.
Jechaliśmy może z czterdzieści minut. Na dziką plaże, gdzie odbywała się impreza, jedyny dojazd był przez las. Przy końcu drogi słychać było już muzykę. Chłopak zaparkował samochód przy zjedźcie na polanę, a potem od razu wyskoczył z samochodu. Otworzył drzwi po przeciwnej stronie:
-No to teraz zobaczymy co to za bransoleta...
Wyszłam z samochodu i stanęłam koło niego. Też byłam ciekawa. W dodatku Theresa strasznie się wkurzyła, jak Will o to spytał.
Chłopak chciał otworzyć schowek, ale kiedy tylko go dotknął szybko odskoczy, i uderzył mnie łokciem w czoło, przez co upadłam
-Co robisz idioto?! -krzyknęłam, gładząc się po miejscu uderzenia i wstając. Zorientowałam się, że zabrzmiałam jak Rose, która ciągle na niego krzyczy.
-To nie moja wina! Wiesz jaki prąd mnie przeszył! Kurde! -trzymał się za rękę. - Co ona może tak ukrywać?
-Może bawiła się ze swoim chłopakiem w niewolnicę i jej pana. -wtrąciła się Rose... Oboje z Willem wlepiliśmy wzrok na brunetkę.
-No co? -wzruszyła ramionami i się zaśmiała.
-Jesteś zboczona. -powiedział Will. Wyjął mi to z ust. Dziewczyna tylko w odpowiedzi wzruszyła ramionami. Wzięliśmy swoje rzeczy i ruszyliśmy na plaży. Od razu na niej ktoś chciał nas poczęstować piwem.
-Stary, mam dwie te laski na karku. W dodatku samochód, którym przyjechałem, należy do trzeciej, która zabiłaby mnie jeżeli choćby ryska pojawiła się na karoserii jej samochodu, więc nie, dzięki. -odmówił Will.

-Ja też dziękuję.-powiedziałam. Na wszelki wypadek wolę być trzeźwa na imprezach.

Rose tylko ziewnęła i poczłapała w głąb plaży, ignorując gościa
Zaczęłam szukać wzrokiem miejsca, gdzie chłopaki rozstawili siatkę do gry. Była na krańcu plaży. Zdjęłam swoją koszulkę, zostając tylko w krótkich jeansowych spodenkach i w górze od kostiumu. Podbiegłam do chłopaków. Rzuciłam torbę koło siatki.
-No nareszcie! - krzyknął Marcus, wstając. Chłopak miał zaczesane do tyłu, lśniące i czarne ja smoła włosy, piwne oczy i podobnie jak ja jest magiem ognia. Był dosyć wysoki i dobrze zbudowany, ale chyba każdy mag ma wyrzeźbione ciało. Chodzi ze mną do klasy i jest w Trzeciej Drużynie. Przy siatce kręcili się jeszcze prawie wszyscy chłopcy z mojej klasy. Nie było ani jednego chłopaka z Drużyny Drugiej. Za to było kilku chłopaków z innych klas. Koło „boiska” kręciło się kilka dziewczyn, ale znając życie przyszły pogapić się na gołe klaty chłopaków, a nie grać, tak jak ja. Przybiłam chłopakowi piątkę na przywitanie.
-Trzeba zająć się wyznaczaniem pola... -powiedział ja zawsze niskim i ochrypniętym głosem.
-A ty nie mogłeś tego zrobić? Przecież też jesteś magiem ognia. -pokazałam mu figlarnie język.
-Dobrze wiesz, że wolę to robić z tobą. -objął mnie w tali, a ja położyłam dłoń na jego gołej piersi. Nachylił się do mojego ucha:
-I nie tylko to... -wyszeptał.
-O jak ty mi słodzisz. - powiedziałam słodko i wyślizgnęłam się z jego objęcia. -Kochany znam cię za dobrze, a ty nadal myślisz, że polecę na takie coś? -zaśmiałam się. Z Marcusa był niezły casanova. Ale nie taki jak z byłego Rose. Marc przynajmniej nie oszukiwał i otwarcie mówił, że nie szuka stałego związku. Znam się z nim tak długo, jak z większością chłopaków, ale on i tak próbuje mnie podejść! Ale na szczęście robił to w żartach. Czasem nawet udawałam jego dziewczynę, przed jakimiś namolnymi laskami.
-No wiesz Mercy! Ranisz me biedne serducho. Ty jesteś magiem ognia i ja jestem. To przeznaczenie jest zapisane w gwiazdach. Jesteśmy jak dwa ziarenka piasku, które znalazły się na tej plaży! -mówił teatralnie.
-A pro po pisaku... Zabierzmy się za wyznaczanie pola gry. -przypomniałam mu.
-Eh... Ty tylko myślisz o sporcie. -powiedział ponuro. Zaczął odliczać krokami odpowiednią odległość od siatki. Ja zrobiłam to samo, tylko, że po drugiej stronie. Ryłam w piasku piętą, zaznaczając gdzie mają znaleźć się linie. Chłopak robił to samo. Kiedy skończyliśmy w jego dłoni pojawiły się płomienie i zaczął podpalać piasek, tak żeby zmienił swoją barwę.
-A ty się w to nadal bawisz? -krzyknęłam do niego. Brunet odwrócił się w moją stronę. Chciałam się pochwalić tym, czego niedawno się nauczyłam. Strasznie żałowałam, że nauczyłam się tego dopiero po akcji na wycieczce. Bo gdybym znała wtedy tą sztuczkę, to pewnie dałabym rade pokonać tego faceta.
Rozejrzałam się, czy ktoś nie stoi na żadnej linii. W porządku. Podniosłam ręce do góry i zza moich pleców buchnął ogień. Kilka dziewczyn odskoczyło z piskiem. Wszyscy patrzyli się w moją stronę, a ja stałam na środku pełna satysfakcji. Kiedy zaznaczałam linie, uwalniałam jednocześnie odrobinę magi na piasku. Potem wystarczyło tylko zamienić ją w płomień, jak to zawsze się robi, kiedy od razu wydobywa się magię i zamienia na swój żywioł. Cieszę się, że byli tu tylko magowie, bo mogłam do woli używać magii.
-Ale zajebiście Mercy!- krzyknął Marcus i podbiegł do mnie, przechodząc pod siatką. Podbiegli też do mnie inni chłopcy zainteresowani.
-Jak to zrobiłaś? -przez grupkę przedarł się Mike. Chyba dopiero teraz przyszedł, bo wcześniej go nie zauważyłam, a to trudne nie było, w końcu ma chyba ze dwa metry wzrostu.
-A no normalnie... -uśmiechnęłam się zadziornie.
-Nie pogrywaj ze mną Mercy... - zaśmiał się, złapał mnie w tali i przerzucił przez ramię. -Chyba odrobinę przytyłaś... -powiedział podrzucając mnie delikatnie. Moje głowa zwisała po stronie jego pleców. Machałam nogami i pięściami uderzałam w jego plecy.
-Wcale nie przytyłam! Po prostu mięśni mi przybyło! Puść mnie wielkoludzie! Bo ci dupę podpalę! -zagroziłam.
-Już dobrze, dobrze. Ty groźna, ty! -zaśmiał się i postawił mnie na ziemi.
-Więc?- spytał Marcus.
-No mówię, że normalnie. Uwalniasz odrobinę magii, ale nie zamieniasz jej od razu w żywią, albo nie formujesz w zaklęcie. Dopiero później robisz to co zawsze i tyle. -wzruszyłam ramionami.
-To, to jest takie banalne? -spytał z tłumu najprawdopodobniej Victor, bo go nie widziałam, więc poznać mogłam tylko po głosie. -To możemy już grać? -spytałam. W głębi ducha byłam zadowolona, że wszyscy się tak tym zainteresowali. Wiedziałam, że jako pierwsza w klasie takie coś znalazłam.
-Dobra! Wybieramy drużyny! -krzyknął jakiś chłopak z innej klasy...
Skończył się drugi set. Był remis 1:1. Mieliśmy dłuższą przerwę, więc siedziałam sobie w cieniu popijając schłodzoną wodę od Nathaniela.
-Chłopie jesteś bogiem! Świetny pomysł z przyniesieniem przenośnej lodówki! -odezwałam się do niego.
-Ale jesteś pewna, że nie chcesz piwa? Lepiej chłodzi, niż woda. -krzyknął zza samochodu, w którym trzymał lodówkę. Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo nagle pojawiła się jego siostra bliźniaczka -Luisa.
-Suń się głąbie. -popchnęła go na bok.
-Kto ci brać picie z lodówki? -krzyknął na nią.
-Sama sobie pozwoliłam. Jestem bardziej odpowiedzialna od ciebie. Chciałabym ci tylko wspomnieć, że nie mam zamiaru odwozić cię do domu. Będziesz zapychał na piechotę do domu.
-Ty... -nie dosłyszałam, co powiedział, bo ktoś za mną stanął. Odwróciłam głowę.
-Panienka idzie ze mną. -powiedział Will. Zauważyłam, że miał na sobie opaskę i teraz jego blond włosy, nie przysłaniały mu twarzy, tak jak zazwyczaj. I wyglądał w niej o wiele lepiej.
-Musisz częściej nosić opaski. -powiedziałam do niego.
-Dobra, dobra. Idziesz ze mną. -nim zdążyłam się zorientować, przerzucił mnie przez ramie. Już drugi raz dzisiaj ktoś mnie tak trzymał! Chłopak zaczął biec.
-Ej! Puszczaj mnie! -biłam jego plecy pięściami i wierzgałam nogami.
-Nie zrobię tego, dopóki nie będę na pomoście.
-Masz mnie zamiar wrzucić!? Puszczaj, ale to natychmiast! -złapałam go w tali i chciałam przerzucić nogi za jego barki, żeby zrobić fikołka i jednocześnie uwalniając się z jego chwytu, ale Will chwycił mnie mocno za kostki.
-Nawet nie próbuj! Zawsze jakąś dziewczynę wrzucam do wody, na takich imprezach.
Nawet się nie zorientowałam, a nagle byłam w jego ramionach. Jedną ręką trzymał mnie pod kolanami, a drugą podtrzymywał plecy. Potem znalazłam się w powietrzu, zdążyłam tylko zatkać palcami nos i już byłam w wodzie. Wypłynęłam na powierzchnię.
-Nie mogłeś wrzucić Rose? -spytałam go, wymachując pięścią.
-Spójrz za siebie. -poruszył brodą. Odwróciłam się i zobaczyłam unoszącą się spokojnie na wodzie Rose. Zaskoczona. Odpłynęłam kawałek i przejechałam dłonią po obojczyku. Nie ma go! Cholera! Zaczęłam przejeżdżać dłońmi po szyi.
-Nie ma go!- powiedziałam z przerażeniem w głosie.
-Co się stało? -spytała Rose podpływając do mnie. Nie odpowiedziałam tylko od razu zanurkowałam. Macałam po dnie dłońmi, ale nic nie wyczuwałam. Zobaczyć też nic nie mogłam, bo woda nie była zbyt przejrzysta. Poczułam jak ktoś mnie ciągnie w górę. Wypłynęłam na górę i zobaczyłam przed sobą Rose. Trzymała mnie za ramiona.
-Co jest? -spytała lekko mną potrząsając.
-Nie ma go. -dotknęłam swojego obojczyka. -Nie ma mojego pierścionka... - powiedziałam drżącym głosem. Ktoś obcy by pomyślał, że za bardzo panikuję, ale moja przyjaciółka wiedziała dlaczego jest dla mnie tak ważny. To była jedyna rzecz, która mi pozostała, po dawnym, poukładanym życiu. Wtedy miałam wszystko. Rodziców, nie byłam jeszcze magiem (nie odkryłam w sobie magicznej mocy), miałam przy sobie dwójkę najwspanialszych przyjaciół, moje dzieciństwo nie było jeszcze zniszczone. To była jedyna rzecz, która pozostała mi z tego okresu w moim życiu, a teraz jej nie ma. Nie mogłam do tego dopuścić.
-Pomogę ci szukać. -powiedziała, kiwając głową.
-Ja też. - obok mnie odezwał się Will, którego nie zauważyłam wcześniej. W odpowiedzi kiwnęłam tylko głową i we trójkę zanurkowaliśmy. Rose sprawiła swoją magią, że teraz obszar, w którym się znajdowaliśmy stał się bardzo przejrzysty. Will natomiast uczepił się dłońmi dna. Nie wiedziałam co robi, więc grzebałam w piasku, szukając pierścionka razem z Rose. Nigdzie go nie mogłam znaleźć. Nerwowo grzebałam w piasku, kamieniach, pomiędzy glonami i wodorostami, ale nic tam nie było. Rose zrobiła mi i Willowi bańkę powietrzną, dzięki której mogliśmy oddychać. Chłopak przez ten czas nie ruszył się z miejsca. Nie miałam pojęcia co on robi, anie jak ma to mi pomóc. Usłyszałam jakieś niewyraźne dźwięki, które zagłuszała woda. Wypłynęłyśmy z Rose na powierzchnie. Niebo było całe zachmurzone. Zapowiadało się na deszcz. Spojrzałam w stronę plaży. Pozostało jeszcze tylko kilka osób, ale one też się zbierały. W twarz uderzył mnie zimny, nieprzyjemny wiatr.
-Powinniśmy już wracać.. -odezwała się Rose. Zwróciłam się do niej:

-Nie mam zamiaru wracać stąd bez tego... -i zanurkowałam z powrotem, a brunetka za mną. Zauważyłam, że Will już nie jest w miejscu gdzie wcześniej był. Płyną, tak jakby koncentrując się w jedno miejsce. Wypłynął poza obszar, oczyszczony przez Rose. Po chwili zobaczyłyśmy ja wypływa. Zrobiłyśmy to samo. Na powierzchni już zaczęło padać. Coraz częstsze krople trafiły w tafle wody. Will podpłynął do nas. Pociągnął mnie za dłonie i poczułam, że coś mi do nich włożył. Przyciągnęłam je do siebie i wbiłam wzrok w to co mi dał chłopak. Moja zguba... Ale jak on to znalazł?

-Przepraszam, nie wiedziałem, że...-zaczął mówić, ale Rose mu przerwała:
-Dokończysz później! Zbieramy się i to szybko. Błyska się. -zaczęła płynąć w stronę brzegu. Ja i Will zrobiliśmy to samo. Na plaży nikogo już nie było. Pobiegłam po moją torbę i potem od razu do samochodu. Will włączył ogrzewanie, bo od razu jak weszliśmy do suchego miejsca zrobiło nam się zimno. Osuszyliśmy się w miarę możliwości, ogrzaliśmy i wróciliśmy do akademika. Podczas drogi cały czas trzymałam w dłoni pierścionek. Na mojej głowie zagościła piękna szopa. Kiedy dotarliśmy do akademika, przestało już lać i siąpił tylko drobny deszczyk. Wszyscy pobiegliśmy prosto do budynku.
-Mercy na pewno się już nie gniewasz? -spytał Will, jak byliśmy już w środku.
-Mhm. -uśmiechnęłam się delikatnie. -Skąd mogłeś wiedzieć, że tak zareaguje. Możliwe nawet, że nie zauważyłeś, że mam go na szyi.
Chłopak nachylił się i zbliżył swoją twarz do mojej.
-Na pewno? -spytał ponownie.
-Tak! W końcu go znalazłeś i jestem ci za to wdzięczna. -uśmiechnęłam się.
-No dobra. To ja idę do siebie. Przyjść później do was? -spytał.

-Jak chcesz. -odparłam i skierowałam się do naszego pokoju razem z Rose.


-------------------------------------------------------------------------------------------------
I jest nowy rozdział ^^ Wracam z regularnym dodawaniem postów tj. dwa rozdziały w weekend, więc spodziewajcie się nowego jutro, albo w niedzielę ;)

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Mercy i wycieczka cz.4

Najbardziej znienawidzony przeze mnie dźwięk na świecie? Dzwonek telefonu... Rano... Szczególnie kiedy można się wyspać.
Błagam cię Rose, odbierz! -zakryłam głowę poduszką.
Usłyszałam jęk niezadowolenia i kroki.

-Halo? Tata? Nie nic mi nie jest. W wiadomościach? Czekaj ktoś się do mnie próbuje dodzwonić... Halo? Mama? Tak wszystko w porządku. Co? Nie, na serio nic mi nie jest. Tak...
Cholera, czy ona może przestać gadać?! Ja chcę tu spać! Zadzwonił kolejny telefon.
-Halo? Nie wszystko w porządku... Przecież mnie znasz. -usłyszałam Tessę.
Głosy Theresy i Rose nie pozwalały mi zasnąć. Kto normalny dzwoni tak wcześnie?! Nakryłam głowę poduszką.
-Czekaj ktoś do mnie dzwoni. -powiedziała Rose. Już trzecia osoba?
-Ciocia Judy? Mercy śpi... Tak u mnie i Mercy wszystko w porządku. No prawie...
Wstałam jak oparzona i od razu znalazłam się koło mojej przyjaciółki. Wyrwałam jej telefon z dłoni.

-Ciocia? U mnie wszytko w porządku. -powiedziałam pospiesznie i zagryzłam dolną wargę. Zapomniałam o kolanie i oczywiście bardzo dobitnie sobie o nim przypomniałam. Nie chciałam, żeby ciotka się martwiła.
-Kłamiesz. -usłyszałam w słuchawce. Rose patrzyła na mnie swoimi zaspanymi, błękitnymi oczami i się uśmiechała. Pokazałam jej język.
-Nie kłamię ciociu. Na serio...
-Mercedes mów co ci jest, ale to natychmiast, albo za chwilę wsiadam do samochodu i sama się dowiem!
Oho! Ton nieznoszący sprzeciwu.

-No dobra... Zrobiłam sobie coś z kolanem... Ale za nim coś powiesz daj mi dokończyć. To nic strasznego. Mam opaskę usztywniającą i mogę chodzić. Nogi mi nie urwało nie martw się.
Nie muszę jej przecież mówić całej prawdy...
-Jak twój Harley? -odezwała się do telefonu Theresa, przez co nie zrozumiałam co powiedziała do mnie Judy.
-Czekaj ciociu, wyjdę z pokoju, bo ktoś rozmawia jeszcze.
Wyszłam w pokoju, a na korytarzu było mnóstwo osób. Wszyscy rozmawiali przez telefon.
-Jak się w ogóle dowiedziałaś, że coś się stało? -spytałam wracając do pokoju. Wolałam jedną gadającą Therese.
-W wiadomościach przed chwilą mówili o tym.
-Rozumiem...
-Czemu nie odbierałaś telefonu?
-Popsuł się...
-Sam?
-No upadł na ziemie.
-Eh... No dobra kochane. Ja idę się szykować do pracy. Dzwoń jak coś.
-Okej. Pa. -rozłączyłam się. Usiadłam koło Rose na moim łóżku. Moja przyjaciółka bacznie przysłuchiwała się rozmowie Theresy.
-No dobra. Tak wiem. Tak, ja ciebie też całuje. Pa. -Rozłączyła się.
-Całujesz, co? -spytała Rose. -Która klasa? A może nie chodzi do naszej szkoły. W sumie to jestem pewna, że nie, bo już bym wiedziała, że masz kogoś.
-Skąd wiesz, że nie rozmawiałam z mamą na przykład?
-Wątpię żebyś pytała mamę o motor... W dodatku twoja matka na pewno wie co się wydarzyło, bo twój ojciec tu przyjechał...
-Nie muszę nic ci mówić...
-A czy ja mówię, że musisz? Szatyn, brunet? A może blondyn? Tylko nie mów mi, że rudy. -Rose nadal wypytywała.
-Jezu szatyn... Daj mi już spokój.
-Ty wiesz co? Powinnaś być bardziej otwarta na innych kochana. -brunetka ułożyła usta w dzióbek. Theresa w odpowiedzi tylko warknęła.
-Nie wiem jak wy dziewczyny... -odezwałam się. -Ale ja idę dalej spać.
-Dobry pomysł. -odpowiedziała Rose i walnęła się koło mnie na łóżko. Blondynka ruszyła w stronę swojego i zrobiła dokładnie to samo.
-Teee, Rose... Nie masz przypadkiem swojego łóżka? -powiedziałam to leżącej koło mnie dziewczyny.
-Nie mam. Ukradli.-odpowiedziała niewyraźne. Położyłam się koło niej. Nie pierwszy raz spałyśmy w jednym łóżku. Modliłam się tylko żeby nie chrapała, bo czasem jej się to zdarzało.



Dziewczyny obudziły mnie, jak szykowały się na śniadanie. Zdziwiło mnie zachowanie Rose. Zwykle to ja musiałam ją wyciągać z łóżka, a nie ona mnie. Była już ubrana. Miała na sobie krótkie dżinsowe spodenki i biały top z krótkim rękawem z jakimś napisem. Włosy miała spięte w wysoki kucyk. Rose nie jedna dziewczyna pozazdrościłaby jej urody. Jasna cera, ale nie za blada, pełne usta, duże niebieskie oczy, długie rzęsy i jeszcze te kruczoczarne włosy. Figurę też ma super. Może jest trochę niska (167 cm wzrostu) w porównaniu ze mną (176 cm wzrostu). Spojrzałam zaspanym oczami na Therese. Była podobnego wzrostu i budowy ciała co ja. Miała oliwkową cerę tak jak ja (w sumie, to jednak ja mam odrobinę ciemniejszą), obcięte do ramion proste, blond włosy. Ubrała się w luźne podarte dżinsy i czarną bluzkę na krótki rękaw z nazwą jakiegoś zespołu.


-Czemu mnie nie obudziłaś? - odezwałam się do Rose i usiadłam na łóżku, ziewając.
-Nie budziłam cie, bo tak smacznie spałaś. W ogóle to przedłużyli czas śniadania. Można przyjść nawet o dwunastej jak ktoś chce. -odezwała się do mnie brunetka poprawiając kucyk.
-Tak. Jeszcze dziś ma być taki luźny dzień. Cały czas mamy wolne.- dodała blondynka.
-To po co się ubieracie? -spytałam. Nie rozumiałam ich pośpiechu.
-Ja idę na rozeznanie. Coś czuję, że panienka Thunder nie powiedziała mi wszystkiego. -odpowiedziała Rose, przeglądając się w lustrze przy drzwiach wyjściowych.
-Mnie ojciec wezwał. -powiedziała Theresa.
-Od razu jak wrócisz to powiesz mi co nowego wiesz.
-Nic ci nie powiem Polk.
Blondynka minęła Rose i wyszła z pokoju.
-Ja też już spadam Mercy. Do zobaczenia na stołówce. -też wyszła. Postanowiłam pójść wziąć prysznic, bo poprzedniego dnia zasnęłam jak dziewczyny gadały i się nie umyłam.
Po prysznicu założyłam na siebie dresy koloru pieprzu zmieszanego z solą i jakąś pierwszą lepszą koszulkę na krótki rękawek. Związałam włosy w kucyk (co zajęło mi jakieś pięć minut, bo... bo to moje włosy) i wyszłam z pokoju. Miałam zamiar skierować się od razu na stołówkę, bo byłam głodna. Przechodząc po korytarzu usłyszałam z za pewnych drzwi rozmowę:

-Daliśmy się złapać w pułapkę... Przecież to było takie oczywiste. -usłyszałam bardzo wyraźnie męski głos. Rozmawiają o tym co wydarzyło wczoraj... Zbliżyłam ucho do drzwi.
-Rada oficjalnie ustaliła, że oddajemy im kawałek ziemi. Wysiedlamy wszystkich magów z tamtych terenów. Co mamy jeszcze do przedyskutowania?
To musiał być ojciec Theresy...Był zapewne bardzo blisko drzwi, bo dobrze go słyszałam.

-Sądzę , że nie powinniśmy oddawać im tej ziemi. Zaatakowali naszych uczniów z całego kraju, a my mamy jeszcze oddawać im nasze ziemie?! -powiedziała jakaś kobieta.
-To się nazywa taktyczny odwrót. Gdybyśmy wywołali im wojnę były by większe szkody. Jeżeli to wszystko to ja już może wyjdę.
Nie zdążyłam odskoczyć od drzwi, bo otworzyły się do wnętrza pokoju, a ja poleciałam jak długa na ziemie.

-Mercedes? -powiedziała Theresa. Okazało się, że ona też tam była. Tak samo jak wszyscy nauczyciele i ojciec blondynki.
-Znasz tą dziewczynę? -odezwał się do Tessy jej ojciec.
-Tak, to Mercedes Uchiha. -powiedziała. Nie no super! Ciekawe co teraz ze mną zrobią? Podniosłam się ostrożnie na kolana. Zobaczyłam jak Stokrotka patrzy na mnie wzrokiem pełnym nagany. Pan Thunder ukucnął przede mną.
-Panienka wie, że podsłuchiwanie jest złe? -odezwał się.
-Ale ja nie podsłuchiwałam. Po prostu oparłam się o drzwi, bo zabolało mnie kolano i akurat ktoś otworzył drzwi. -powiedziałam poddenerwowana.
-Kłamać też nie można. -pogroził mi palcem przed nosem. - Dodatkowo, z tego co mi wiadomo to panienka nie była jeszcze przesłuchiwana... Tak się składa, że mam teraz czas...



Ja mam po prostu talent do pakowania się w kłopoty! Po pierwsze, jako jedyna z całej wycieczki trafiłam na tego dziwnego faceta z kataną, po drugie za podsłuchiwanie rozmowy, z której i tak wszystko wiedziałam wcześniej zostałam w plątana w samorząd szkolny! Nie mogło się stać nic gorszego. Nie dość, że przepytywali mnie przez godzinę, to jeszcze mam być zastępczynią Theresy! Dlaczego? A no, dlatego, bo wiem więcej od innych. Okazało się, a raczej ja się dowiedziałam, że każdy przewodniczący samorządu szkolnego jest wplątany w sprawy rady. I tak jest we wszystkich szkołach w naszym kraju. Dowiedziałam się jeszcze tylko kilku, mało istotnych dla mnie rzeczy, musiałam złożyć przysięgę, podpisać jakiś papier. W ten sposób stałam się mimo wolni zastępcą przewodniczącej. Teraz będę kablem. Extra! Nie dziwię się czemu nikt nie lubi Theresy, skoro ona donosi wszystko do dyrektora. Byłam jeszcze wściekła na Rose, bo ona też o wszystkim wie, ale oczywiście nie dojdzie do samorządu, bo Tessa nie chce, żeby wydało się, że cokolwiek mówiła.
Szłam korytarzem razem z blondynką w stronę jadalni. Modliłam się, żeby zostało dla mnie coś do jedzenia. Umierałam z głodu. W dodatku potrzebowałam dużej ilości jedzenia, żeby moja energia magiczną się zregenerowała. Przy jadalni poczułam znajomy zapach. Nikt chyba by go nie wyczuł, ale ja byłam CHOLERNIE GŁODNA. Z wielką chęcią rzuciłabym się do środka pomieszczenia, ale nie, nie mogłam! Oczywiście moje kolano przypomniało o sobie (już chyba setny raz tego dnia) i musiałam poczłapać zwykłym tempem. Kiedy tylko weszłam do stołówki zobaczyłam, że mało stolików jest po zajmowanych. Pewnie wszyscy już zdążyli zjeść. Skierowałam wzrok w stronę szwedzkiego stołu. Jajecznica! To ona tak pięknie pachniała. Co prawda pewnie była już zimna, ale kogo to obchodzi? Bo na pewno nie mnie. Byłam za bardzo wygłodniała, żeby martwić się o temperaturę mojego przyszłego posiłku. Wzięłam dwa talerze. Jeden oczywiście na jajecznice, bo miałam zamiar wpakować jej tyle ile się da, a drugi na kanapki. Ruszyłam w stronę mojego ukochanego posiłku, ale przed nosem przeleciało mi coś, a raczej ktoś. Kto inny, jak nie David, mógł sprawić, że mój dzień stanie się jeszcze gorszy?! Pomyśleć, że wczoraj poczułam odrobinę sympatii do jego osoby. Aż dreszcz mnie przechodzi!
Jeszcze ma zamiar zjeść mi moją jajecznice! O nie, drogi panie! Tego ci nie pozwolę zrobić! Jajecznica jest moja!
-Byłam tu pierwsza. -powiedziałam chłodno, pchając go w bok.
Cisza.
-Nie ignoruj mnie!-podniosłam głos
-Coś mówiłaś?- spytał, udając greka.
-Tak! Mówiłam, że byłam pierwsza!
-Spokojnie. Nie mam zamiaru jeść zimnej jajecznicy jeżeli o to ci chodzi.
Przynajmniej tyle!
Nałożyłam sobie jajecznicy, tyle ile się dało, zrobiłam kanapki i miałam zamiar ruszyć do stolika, gdzie wcześniej zauważyłam Willa i Rose, ale przypomniałam sobie jedną rzecz. Chwyciłam szybko Davida za kaptur (talerz z jajecznicą położyłam na talerzu z kanapkami, który trzymałam w lewej ręce).
Kierował się w przeciwnym kierunku, niż stolik, do którego ja zmierzałam, a to oznaczało, że nie posłuchał mojej prośby.

-Myślisz, że co ty robisz? -spytałam gniewnie.
-Myślę, że idę zjeść śniadanie. -wysyczał przez zęby. -A teraz łaskawie puść mnie. Ja nic to ciebie nie mam i nie wchodzę ci w drogę...
-A ja do ciebie mam i to dużo. A teraz chodź! -pociągnęłam go za kaptur i ruszyłam w stronę odpowiedniego dla niego stolika. Nie będzie mnie lekceważył! Co to, to nie! Zauważyłam, że do stolika zdążyła dosiąść się Theresa. David nadal się opierał, ale już nie tak bardzo jak na początku.
-Słuchaj no! Już zapomniałeś co ci wczoraj mówiłam?
-Nie, ale nie mam zamiaru słuchać żadnych rozkazów!
-O mylisz się! Będziesz! I to moich.
Doszliśmy do stolika. Rose podniosła głowę z blatu i spojrzała na nas.
-Siadaj. -powiedziałam.
-Nie mam za...
-Siadaj! -podniosłam ton, chwyciłam go za ramie i pociągnęłam do dołu. Dzięki Bogu, usiadł. Usiadłam między Rose, a Theresą. Miałam już dość bruneta.
-Proszę, proszę... Któż to nas zaszczycił swoją obecnością... -powiedziała niebieskooka sarkastycznym tonem . -Wiesz, nie wiedziałam czy kiedykolwiek nadejdzie ten dzień, ale o niebiosa! Nadszedł
David tylko groźnie na nią spojrzał. Rose tylko prychnęła i położyła się na blacie stołu. Will przyglądał się raz mi, raz Davidowi. Ja zabrałam się od razu za moją jajecznicę. Kiedy przełknęłam pierwszy kęs, pomyślałam, że lepsza byłaby ciepła, więc spróbowałam ją podgrzać. Ustawiłam dłoń nad talerzem i zaczęłam wydobywać moją magię. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Ktoś złapał mnie za ramiona.
-Cholera Mercy! -usłyszałam głos mojej przyjaciółki.
-Wszystko w porządku? -spytał Will. Poczułam przyjemny wietrzyk na twarz. Powoli odzyskiwałam wzrok. Ujrzałam Willa machającego jakąś kartką, ulotką, albo czymś w stylu. Za ramiona trzymała mnie Rose. Usiadłam powoli na swoje miejsce. To nie było przyjemne uczucie...
-Co się stało? Wszystko okey? -spytał ponownie blondyn. Spojrzałam na moje dłonie. Trzęsły się! Super! Coś jest nie tak z moimi zasobami magii.
-Tak, po prostu nie zregenerowała mi się do końca energia magiczna...
-Może chcesz iść do pielęgniarki? Jest tutaj jedna... -zaproponowała Theresa.
-Później... Na razie mam zamiar zjeść tą jajecznicę! Co z tego, że jest zimna... Jakoś przeżyję... -odpowiedziałam i zabrałam się za jedzenie.
-A ty co? - do Davida zwróciła się Rose. -Dziewczyna cię uratowała, a ty ani me, ani be. Co z ciebie za facet?
Zakrztusiłam się jajecznicą. Zapomniałam powiedzieć Willowi i Rose, żeby nic nie mówili.
-Rose.. -zaczęłam.
-Czekaj daj mi dokończyć... -powiedziała do mnie i z powrotem zwróciła się do chłopaka. - Czy ty zdajesz sobie sprawę, że ta dziewczyna -wskazała na mnie palcem. -niosła cię ponad DWIE godziny, jak nie więcej, na barkach. Była ranna, ale nie zostawiła cię w lesie. Nie wydaje mi się, że nawet jej podziękowałeś, za to co zrobiła... Co z ciebie za dupek się zrobił?
-Nic o tym nie wiedziałem -powiedział, prostując się na krześle.
-Co? -spytała zaskoczona.
-No tak to. Panna wybawicielka, której teraz dziękuję przy świadkach, żeby nie było, powiedziała, że to ty i Will mnie znaleźliście.
Wszyscy nagle spojrzeli na mnie. Powili zniżałam się pod stół.
-Czemu nie powiedziałaś mu?! -powiedziała z wyrzutem Rose.
Co tu zrobić? Co tu zrobić? Wiem!
-Tessa, zaprowadzisz mnie do pielęgniarki? Trochę gorzej się poczułam. -odwróciłam głowę do blondynki, ale kontem oka zobaczyłam jak jedna brew niebieskookiej się podnosi.
-Tak... -opowiedziała, podnosząc się Theresa. Uratowana!
-Siadaj... Ja zaprowadzę naszą Mercy. -powiedziała Rose. Jednak nie...
-Nie wiesz gdzie jest pielęgniarka... -powiedziałam, próbując się jakoś uratować.
-Ale za raz się dowiem. -podeszłą do Theresy. Blondynka, jak na złość dała jej szczegółowe instrukcje jak pójść do pielęgniarki. Mam przechlapane!



-Czemu mu nie powiedziałaś? -spytała Rose, kiedy wyszłyśmy ze stołówki.
-A po co miałabym mu mówić. Nie musi wszystkiego wiedzieć...
-Czy ty już w ogóle nie myślisz? -spytała kręcąc głową. Oparła się o ścianę i założyła ręce na piersi.
-O co ci chodzi?
-Chodzi mi o to rudzielcu, że gdybyś u powiedziała, że go przyniosłaś to by teraz skakał w okół ciebie i nie zachowałby się tak jak wczoraj...
-Znowu nazwałaś mnie rudzielcem?!
-A ty tylko tyle wyłapałaś z mojej wypowiedzi?
-Rose, słuchaj. Nie widziałaś go... Nie wiesz w jakim on był stanie...
-Oh, uwierz domyślam się. Zapewne był bliski załamania i postanowiłaś powiedzieć mu, ze może odpłacić swoje winy, czyż nie? I oczywiście najpierw poprosiłaś go o pomoc przy ranie. Tu był twój błąd. Gdybyś zaczęła od nakazania mu posłuszeństwa... Boże jak to dziwnie brzmi... -zaśmiała się. -To by od razu się zgodził.
-To co mam teraz zrobić? W ogóle to strasznie mi się nie podoba, że Stokrotka wybrał akurat mnie. Ha! I pewnie nie wierzy, że mi się uda, ale mu pokażę!
-O to mu właśnie chodzi. Stokrotka nie jest taki głupi, jak ci się wydaje. Wie, że się nie znosicie. Dodatkowo jesteście w tej samej drużynie. Chodziło mu głównie o to, żeby wasz relacje się poprawiły...
-Niech ten stary pryk nie wyobraża sobie za wiele. Nawet jak będę pomagać Davidowi, to przyjaźnić się z nim nie będę!
-Może nie od razu...
-WCALE!
-Ile lat ja już cie znam Mercy? Znam cię na tyle dobrze, żeby wiedzieć co będzie. W podstawówce się przyjaźniliście, prawda?
-No tak, ale nie był taki jak teraz!
-Ty też nie jesteś taka jak wcześniej... Na przykład nie jesteś już ruda. -zaśmiała się.
-Wiesz co? Za to ty wcale się nie zmieniłaś! -pokazałam jej język. Podeszła do mnie i objęła mnie ramieniem.

-I się nie zmienię. Przecież za to mnie kochasz. -zaśmiała się i poszłyśmy razem w stronę pokoju, gdzie miała być pielęgniarka. Po drodze opowiedziałam, ze szczegółami jak zostaliśmy zaatakowani. Pielęgniarka powiedziała mi, to co sama wiedziałam, a mianowicie, że moje zasoby magiczne się nie zregenerowały. Niestety z tego powodu zostałam uziemiona w pokoju żeby się nie przemęczać i "naładować akumulatory magiczne". Od małego nienawidziłam, nienawidzę, i będę nienawidzić taką bezczynność. Nie cierpię nic nie robić. Musiałam do końca wycieczki (przez cały tydzień) siedzieć w moim pokoju. Miałam jednak sporo rzeczy do roboty i nie nudziło mi się aż tak. Próbowałam rozszyfrować jak to się stało, że moja Insidiona się odblokowała i przybrała formę sztyletu. Mały postęp już był. Udało mi się w pokoju (mimo zakazu pielęgniarki) sprawić, żeby przybrała tę samą formę dwa razy. Niestety nadal nie wiem jak to się dzieje. Nie znalazłam jednego tego samego sposobu, ale i tak postęp był. Często do naszego pokoju przychodziły różne osoby z klasy. Najczęstszym gościem był oczywiście Will, którego strasznie zainteresowała moja broń. Po tych sześciu dniach siedzenia w pokoju wycieczka się skończyła i wróciłam razem z innymi do akademika.


-------------------------------------------------------------------------------------------

No i jest! Już pod dłuższej przerwie wracam! Sporo się u mnie działo i dlatego rozdział nie jest może najlepszy, ale jest! :D W tym tygodniu pojawi się już kolejny rozdział, więc zaglądajcie na bloga ;) 

czwartek, 16 kwietnia 2015

Mercy i wycieczka cz.3

Koszmar, tortury, gehenna, męczarnia, cierpienie, ból, utrapienie - te kilka słów opisywało, czego doznałam, idąc z Davidem na barkach. Kilka razy prawie zemdlałam, raz zwymiotowałam ze zmęczenia... W dodatku moją rana otworzyła się kilkanaście razy po drodze. Wszystkie mięśnie mnie obolały, prawa noga wyjątkowo odmawiała mi posłuszeństwa. Byłam zmuszona pić przegotowaną w dłoniach wodę z rzeki. Ale cieszę się, że postanowiłam iść wzdłuż niej. Okazało się bowiem, że przepływa koło dużego budynku, a tym budynkiem był nasz ośrodek.
Trafiłam tam razem z chłopakiem kiedy już się ściemniało. I nie, David nie raczył się obudzić mimo moich starań.
Zobaczyłam czerwono-niebieskie światła, które dochodziły z ulicy przed ośrodkiem. Mimo tego, że byłam wykończona, przyspieszyłam i ostatkiem sił ruszyłam pod górę w stronę świateł. Przed ośrodkiem stały trzy karetki i jeden czarny wóz, z przyciemnianymi szybami. Wiele osób kręciło się pomiędzy trzema pierwszymi ambulansami.
Kilka osób zaczęło biec w moją stronę. Nie wiedziałam co się na około mnie dzieje. Ktoś zdjął Davida z moich ramion. Trzech chłopaków niosło go w stronę jednego ambulansu. Nagle ktoś objął mnie w pasie z całej siły.

-Nigdy mnie tak nie strasz! - powiedziała najprawdopodobniej Rose łamiącym się głosem.
-Co się stało? -spytałam bezwiednie.
-Nauczyciele nie chcą dużo mówić... Pan Celio, Tessa i Will poszli cię szukać... Co ci się stało w ramię?
Mimowolnie spojrzałam na lewe ramię. Nie było widać rany, ale ślady krwi pozostały.

-A nic... Nic mi się nie stało. To nie moja krew. Mam tylko kilka siniaków, ale tak to jestem cała...- wysiliłam się na uśmiech
-Wyglądasz strasznie! Zaprowadzę cię do trójki, bo w pozostałych dwóch jest kilka opatrywanych osób.
Kiedy usłyszałam, że ktoś jest ranny od razu się obudziłam.

-Mogę pomóc jeżeli ktoś jest ranny!
Nie myślałam o tym, że prawie nie mam już zasobów magii. Nie myślałam też o swoim stanie fizycznym. Ważne było to, że, zawsze mogłam się na coś przydać.

-Ah tak? -lewa brew mojej przyjaciółki poleciała do góry. Rose podwinęła prawy rękaw do góry:
-To może najpierw mi pomożesz... Mam krwiaka pod skórą i mnie strasznie boli. -powiedziała przyciągając samogłoski.
Nic nie widziałam na jej ręku, ale to mogło być po prostu ze zmęczenia, więc postanowiłam rzucić odpowiednie zaklęcie. Kiedy zaczęłam formować swoją magię, której tak na prawdę prawie w ogóle nie było, nagle zrobiło mi się głucho, gwiazdki pokazały mi się przed oczami... A potem... Właśnie, a potem?
Chyba zaliczyłam zgona.
Nie... Chwileczkę. Jednak nie.


Leżałam na łóżku. Chyba. Moje powieki były ciężkie, ale powoli je otworzyłam. W pomieszczeniu panował półmrok. Z mojej prawej dochodziło do mnie blade, niebieskie światło. Obróciłam głową w tamtą stronę, na co moje ciało zareagowało bólem. Ujrzałam Rose, siedząca koło mnie i przeglądającą telefon. Kiedy zorientowała się, że na nią patrzę, podniosła wzrok na mnie.
-No królewna raczyła się z obudzić?
-C-co się stało?- spytałam zdezorientowana. Powoli podparłam się na dłoniach, żeby usiąść i od razu tego pożałowałam. Złapałam się za lewe ramię, bo zaczął od niego promieniować ból. Poczułam, że mam opatrunek.
-No, wiesz... Tak bardzo chciałaś mi pomóc, że aż zemdlałaś. -powiedziała i podała mi kubek z wodą. Rozkoszowałam się jej smakiem, bo był milion razy lepszy, od smaku wody z rzeki.
-Czekaj... -próbowałam wszytko siebie poukładać. Wiem!
-Ty mnie podpuściłaś! -oskarżyłam ją.
-Ja? Gdzie tam... - machnęła ręką. -Po prostu widziałam w jakim jesteś stanie. Wiesz co? Powinnaś myśleć bardziej o sobie. Mogłaś poczekać, aż ktoś was znajdzie, a nie przez taki kawał nieść na barach faceta i to w dodatku w takim stanie!
-Daj spokój. Ile w ogóle spałam?
-Nie dużo... Może z godzinkę.. -podniosła ze stolika obok kubek i napiła się z niego. Poczułam zapach kawy.
-Ta twoja rana na ramieniu... -wskazała na nią palcem. -Wiesz, że sama się otworzyła? Jak Will razem z Celio zanieśli cię do trójki i pielęgniarka zakładała ci opaskę usztywniającą na kolano. Nie wiedziałam, że takie obrażenia jakie ty miałaś można nazwać siniakami, ale okej...
Oczywiście musiała mi wypomnieć wcześniejsze słowa.

-Czekaj, czekaj... Skąd się wziął Will i Celio?
-Widzisz byłaś w tak złym stanie, że nawet nie ogarnęłaś, że razem z Tessą byli za tobą.
Spojrzałam na nią pytająco.

-No prawdę ci przecież mówię! -zaśmiała się. Ktoś zapukał i otworzył drzwi.
-Mercedes już się obudziła?-usłyszałam głos jakiejś dziewczyny.
-Tak! -krzyknęła Rose, odwracając się w stronę drzwi.
-To idź na przesłuchanie, a ja się nią zajmę... -do pokoju weszła szatynka. Chyba chodziła do 2A. Zauważyłam grymas na twarzy mojej przyjaciółki.
-Na serio muszę?-spytała błagalnie.
-Mhm, spokojnie ja się zajmę Mercedes...
-Nie trzeba! Nie potrzebuję niańki. -powiedziałam oburzona. Może i ramię mnie boli, ale nie aż tak żebym potrzebowała niani! Spojrzałam porozumiewawczo na niebieskooką.
-Taa. Daj jej spokój... -dodała Rose.
-Na pewno? -spytała dziewczyna.
-Tak, chodźmy. -powiedziała moja przyjaciółka, odkładając telefon na stolik koło łóżka. Poruszyła bezdźwięcznie ustami "Masz u mnie przysługę" i wyszła razem z szatynką. Teraz mogłam lepiej rozejrzeć się po pokoju. Usiadłam na łóżku, które okazało się piętrowe. Dziwne, że wcześniej nie zwróciłam na to uwagi. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to moja torebka, która leżała na stoliku w drugim końcu pokoju. Wstałam szybko i to był już kolejny nieprzemyślany ruch z mojej strony. Od razu poczułam ból w całym ciele. Powoli, lekko kulejąc doczłapałam się do stolika (po drodze zapalają światło w pokoju) i zaczęłam szukać mojego telefonu. Mam! Wyjęłam go z torebki... Był cały popękany, ale postanowiłam go włączyć... Niestety, nie włączył się. Nie no świetnie! Teraz będę musiała zainwestować w nowy!
Przypomniałam sobie o ranie na ramieniu. Odzyskałam przez godzinę snu odrobinę zasobów magii, więc postanowiłam spróbować dowiedzieć się czemu ona się ciągle otwiera, mimo mojego zaklęcia.
Rana w łydce Davida nie otworzyła się już później... A może to dlatego, że ja zwalczyłam zaklęcie, a z Davida "samo" zeszło.
Miałam już pewien pomysł. Wzięłam lusterko z torby Rose , która leżała na ziemi oraz jej telefon ze stolika. Chyba się nie pogniewa jak to pożyczę...
Zdjęłam z ramienia opatrunek. Ustawiłam lusterko tak, żebym mogła widzieć ranę. Luke mnie kiedyś tego nauczył. Policzyć czas ile trwa zaklęcie. Mnożąc później wynik przez 17 i zapisać runy, które odpowiadają cyframi można odszyfrować zaklęcie. Na końcu wystarczy tylko przepisać runy od tyłu i wykonać zaklęcie. Najtrudniejsze jest to, że w liczeniu czasu trzeba być dokładnym co do setnej sekundy. Włączałam telefon i ukazała mi się strona:
"Sny - przeczucia i przepowiednie."
Rose serio traktuje te sny...


Rzuciłam na ranę zaklęcie regeneracji i włączałam stoper. Siedziałam i patrzyłam się w lusterko na szramę. Kiedy szyja mi już prawie zdrętwiała, rana raczyła się otworzyć. Zatrzymałam stoper. Otwieranie rany wyglądało dziwnie. Nie potrafię tego nawet opisać, bo nie wyglądało to naturalnie.
Przykryłam cięcie opatrunkiem. Wzięłam zeszyt, ołówek i zapisałam czas.
10 minut, 6 sekund i 47 setnych.
Otworzyłam kalkulator i mnożyć liczyć każdą liczbę z osobna. Wyniki zapisałam obok. Potem zapisałam runy od tyłu i zbliżyłam rękę do rany, zdejmując wcześniej opatrunek. Uformowałam moją magię w runy i zaczęłam wydobywać moją magię. Z pod mojej reki wydobyła się złocista poświata. Nie poczułam jakiejś różnicy, ale postanowiłam sprawdzić czy zadziałało więc rzuciłam zaklęcie regeneracji i czekałam dokładnie taki sam czas, żeby zobaczyć czy się otworzy czy nie.
Szrama się otworzyła.

-No to jeszcze raz! -powiedziałam do siebie. Ze względu na to, że byłam uparta powtarzałam tą samą czynność jeszcze trzy razy. Dwie próby dały dwa zupełnie inne wyniki, a trzecia była taka sama jak pierwsza. Wszytki wyniki były w pobliżu 10 minut. Najbardziej dziwiło mnie to, że Rose przez ten długi czas nie wróciła do pokoju.
Aż tak ich maglują?
W tym samym momencie ktoś zaczął pukać do drzwi. I chyba nie miał zamiaru przestać. Założyłam opatrunek, podniosłam się i ruszyłam w stronę drzwi. Natarczywe pukanie nie ustępowało. Kiedy byłam przed samymi drzwiami, ktoś je otworzył. Górujący nade mną chłopak, o czarnej czuprynie, i lodowato błękitnych oczach, gapił się na mnie z otwartą buzią. Potem upadł na kolana i zaczął się trząść. David?

-Myślałem, że cie zabiłem. -powiedział cicho. Oprócz tego, że byłam oszołomiona tym, że upadł na kolana, to jeszcze te słowa... Zabić mnie? Ale jak... I wtedy sobie przypomniałam. Przecież on zemdlał od razu jak oberwałam w ramie. A co jak dopiero przed chwilą się obudził?
Uklękłam koło niego co nie było kolejnym dobrym pomysłem, ze względu na kolano, ale zagryzłam dolną wargę i nie zważałam na ból. Ostrożnie dotknęłam jego ramienia.

-Nikt mi nie chciał powiedzieć gdzie ty jesteś... -zaczął. -I co się z tobą stało. Każdy nagle milkł...
O cholera! Brzmiał jakby zaraz miał się załamać... Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się, że tak zareagował, ze względu na jego rodzinę... Miałam po prostu takie przeczucie.

-Chodziłem z pokoju do pokoju...
-Hej!- klepnęłam go w bark. -Człowieku jestem tutaj. Heloł! - machałam mu dłonią przed twarzą, kiedy już podniósł głowę.
-Jesteś facet, czy nie facet? -spytałam, a on patrzył na mnie tymi błękitnymi oczami. Jego szczęka się poruszyła.
-Facet nie dałby się przejąć i nie zranił by kogoś z drużyny. Nawet jeśli nie za bardzo za nią przepada...- odwrócił wzrok. Nie wiem dlaczego, ale poczułam się urażona. Powiedział mi wprost, że mnie nie lubi... Chociaż w sumie ja też tego nie ukrywałam. Ba! Chyba każdy w szkole wiedział, że nie pałam do niego sympatią. Ale teraz, chwilowo moja złość na niego minęła... Tak po prostu... Zrobiło mi się go żal.
-Gdybym mógł... -zacisną rękę w pięść. -Nie, nic nie mogłem zrobić...
Oho! Coraz bliżej załamania... Co by zrobiła pani Winters (moja pani psycholog)...? Blisko załamania... Poczucie winy... Mam!

-Ej kolego!-zaczęłam wesoło.
"Kolego"? Do czego ja się zmuszam dla jego dobra?!

-Chcesz odpokutować swoje winy? -dodałam.
Kurde... Źle dobrałam słowa... Modliłam się w duchu, żeby to co powiedziałam go nie załamało. 

-A niby jak?
Jest! Połknął haczyk! Wstałam energicznie, co było kolejnym głupim pomysłem. Nie mogłam się przyzwyczaić do obolałego ciała. Przed jego twarzą pokazałam trzy palce.

-Musisz zrobić trzy rzeczy! Po pierwsze musisz mi pomóc z raną...
Od razu wbił wzrok w opatrunek na moim lewym ramieniu.

-To byłem ja...
Cholera.

-Słuchaj to nic takiego! -zaczęłam wymachiwać rękami. Kolejny idiotyczny pomysł. Od razu lewe ramie mnie zabolało. Ale z ciebie idiotka Mercy! -skarciłam siebie w duchu.
-Po prostu nie lubię mieć jakiś ran... A żeby wyleczyć tą ranę potrzebuje drugiej osoby... Rose wyszła na przesłuchanie, a ty przyszedłeś w odpowiednim momencie. -dodałam z uśmiechem.
-Co mam robić? -spytał poważnie.
Uff... Dobra teraz będzie z górki...
Powiedziałam chłopakowi co ma robić. Mianowicie jego zadaniem było zmierzenie czasu, kiedy się otworzy rana. Nie powiem, był trochę przerażony jak mu powiedziałam że się otwiera, ale szybko się uspokoił. Może mu się uda odpowiednio zmierzyć czas.

-Czyli mam się po prostu patrzeć i jak coś zauważę nacisnąć stopa, tak?-upewnił się.
-Mhm.
Usiadłam na krześle, on okrakiem na drugim koło mnie. Zdjęłam ostrożnie opatrunek. Rzuciłam zaklęcie regeneracji, a on patrzył z otwartą buzią jak rana się sama regeneruje. Włączył stoper.

-Czemu moja rana na nodze się nie otwiera? -spytał po chwili.
Kurde. Jednak nie jest taki głupi.

-Em... Chyba dlatego, że...
-Nie wiesz prawda?
-Powiedzmy... -odpowiedziałam cicho, żeby nie usłyszał.
-Jak się tu w ogóle znaleźliśmy?-spytał. Kolejne nieodpowiednie pytanie.
-My... Zostaliśmy znalezieni, przez Rose i Willa...
Zanotować: powiedzieć Rose i Willowi, że nas uratowali.
Nie chciałam mówić Davidowi, że niosłam go przez te dwie godziny na barkach. Może kiedyś... Ale teraz nie był to najlepszy moment.

-Rozumiem.- kiwnął głową. Był naprawdę blisko. NAPRAWDĘ BLISKO. Za każdym razem kiedy coś powiedział, ba, nawet jak oddychał, to czułam jak wydmuchiwane przez niego powietrze mnie łaskocze. To było strasznie denerwujące.
Zastanawiałam się, czemu go tak bardzo nienawidzę... Teraz nie był denerwujący. Wydawał się normalny... Może to ze mną było coś nie tak... Nie! Definitywnie nie! Byłam stuprocentowo normalna... No dobra powiedzmy, że mam jakieś takie swoje odchyły, ale nie takie jak on. Teraz i może jest spokojny, ale to był ten sam David, który na początku wycieczki rzucał we mnie oskarżeniami. To był ten sam David, który denerwował mnie na każdym razem kiedy dostawał lepszą ocenę. Ten sam, który nie odezwał się ani słowem kiedy wrócił do naszej szkoły. Ten sam, co nie odpisał na żaden mój list... Ding! Ding! Ding! Czyżbym znalazła powód mojej nienawiści?
-Już. -powiedział chłopak wyrywając mnie z zamyślenia. Podał mi telefon. 10 minut 6 sekund i 59 setnych. Pomnożyłam, zapisałam runy i rzuciłam zaklęcie.
-To teraz trzeba odczekać te dziesięć minut. -powiedziałam. Siedzieliśmy w ciszy przez pięć minut. Przez dziesięć... Przez piętnaście, żeby się upewnić. Nie otworzyła się! Nawet nie wiecie jak mi ulżyło. Nie chciałam mieć blizny.
-To ja już chyba się zbieram. -David wstał i ruszył w stronę drzwi.
-Ej, chwileczkę! -powiedziałam i gwałtownie wstałam, zapominając o tym, że wszystko mnie boli. Przynajmniej ramię miałam z głowy. Chłopak odwrócił się w moją stronę.
-Co?-spytał oschle. I w tym momencie już mnie zaczął denerwować. Czyżby przeszło mu, kiedy zobaczył, że już nie ma się za co obwiniać?
-Miałeś zrobić trzy rzeczy, a zrobiłeś tylko jedną.
-No to słucham. -westchnął ciężko. Jakby mi robił łaskę! Już wiem, dlaczego go tak nienawidzę. Jest po prostu zakochanym w sobie debilem!
-Masz zacząć być bardziej towarzyski. -związałam ramiona na piersi. - Nie możesz wiecznie unikać długich przerw.

Brak odpowiedzi. Po prostu patrzył się na mnie tym lodowatym wzrokiem.
-I trzecią prośbą jest, to że musisz się mnie słuchać! -powiedziałam z powagą.
-SŁUCHAM?! -podniósł głos. - Dlaczego miałbym niby słuchać ciebie?!
-Stokrotka ze mną rozmawiał. Powiedział, że mam cię ogarnąć! Oceny masz słabe i w ogóle! -też podniosłam głos.
-Dzięki wielkie, ale nie potrzebuję ogarnięcia. -odwrócił się na pięcie i wyszedł, trzaskając za sobą drzwi. Daję słowo, że następnej podobnej sytuacji zostawię go w lesie na pastwę wilków! A jak nie przytrafi się taka okazja, to po prostu rozkwaszę mu mordę i tyle.
Po dosłownie sekundzie do pokoju weszła Rose z Theresą.
-Łooo. A wy jak zwykle. -odezwała się ciemnowłosa.
-Co on tu właściwie robił? -spytała blondynka.
-Kurde, przylazł jakiś załamany, że nie mógł nic zrobić i w ogóle, to ja mu dobre serce okazałam i pozwoliłam mu pomóc mi z tą raną na ramieniu... I go o coś poprosiłam. A on?! Ha! Niech tylko spróbuje znowu przyleźć do mnie... O... To będzie już po nim! -czułam jak się we mnie gotuje.
-A o coś go poprosiła?- spytała Rose.
-O co? A o to, żeby się mnie słuchał.
Theresa prychnęła śmiechem:
-Nic dziwnego, że chłopak uciekł.
-Oj zamknij się... -powiedziałam.
-Co?! -ruszyła w moją stronę, ale moja przyjaciółka złapała ją za kaptur.
-Daj jej spokój. Plecie głupstwa, bo przeżyła szok i pewnie nadal źle się czuje.
"Druga przysługa" -poruszyła bezdźwięcznie ustami.
Usiadłyśmy we trójkę; ja na łóżku, Rose usiadła koło mnie, a Thessa przysunęła sobie krzesło i usiadła na nim okrakiem w naszą stronę.
-To powiesz nam co się dzieje? -spytała niebieskooka, zwracając się do blondynki.
-Dlaczego ja miałabym to wiedzieć? -spytała.
-Po pierwsze jesteś w samorządzie szkolnym i to nie dla tego, że cię wybrali uczniowie. Wszystkie trzy o tym wiemy, prawda? Prawda. Po drugie, twój ojciec jest w radzie i na pewno coś powiedział.
-Jeszcze nic nie wiem...
-Kłamiesz kochaniutka.
Oho! Rose wkroczyła w bojowy nastrój. Kiedy chce się czegoś dowiedzieć, to nie odejdzie bez wiedzy. Nienawidzi niewiedzy. Przyglądałam się ich dialogowi.
-Skąd ta pewność, że kłamię?
-Bo odwróciłaś wzrok. Mów!
-Dobra powiem tyle ile mogę.
Widzicie? Rose się udało. Założę się, że i tak wyciągnie z niej wszystko.
-To byli ci, co już od jakiegoś czasu napierają na nasze granice. Dostaliśmy info, nie wiem skąd, że mają zaatakować uczniów z magicznych szkół. Więc wszystkie szkoły tego dnia miały "wycieczki" -zaznaczyła cudzysłów palcami.
-I wpadliśmy w pułapkę... -odezwała Rose...
-Tak... Ale we wszystkich szkołach, nie zostały zaatakowane czwarte klasy. Pewnie przez to, że oni już mogliby sprawiać problemy.
-Ale jaki był w tym cel? Były jakieś ofiary śmiertelne? -spytałam.
-Jedna, ale nie bezpośrednio przez atak. Spadła ze wzgórza... Sądzę, że ataki miały na celu...
-Zastraszenie.- przerwała jej Rose.
-Mhm... Ale z łaski swojej nie przerywaj mi, dobrze?
Brunetka uniosła dłonie w geście przeprosin...
-Ale po co mieli by nas zastraszać?
-Pokaz broni. Zawsze kiedy zaczyna się wojna, przeciwnicy ścigają się w wynalazkach. -opowiedziała mi Rose.
-Ale co miałoby być ich bronią? -spytałam. Chodziło na przykład o ten miecz?
-Obrona. Czy wasze ataki działały na nich? Chodzi mi o te magiczne. -powiedziała blondynka.
-Tak! Wtedy jak uderzałam ogniem w tego faceta, to moje płomienie tak jakby wchłaniały się w jego strój. -powiedziałam
-U mnie i Willa ataki też nie działały...
-I to właśnie chcieli pokazać... Że ataki magiczne na nich nie działają. -posumowała Theresa.
-I to wszystko? -spytała Rose
-Tak. -kiwnęła głową blondynka.
-Na pewno?
-TAK! Jeeezuuu daj mi spokój. Myślisz, że mogę wiedzieć wszystko tylko dlatego, że ojciec jest w radzie?! Mi też wszystkiego nie mówią! -Tessa podniosła głos. Zobaczyłam, że była poddenerwowana całą sytuacją.
-Czyli co, wojna się zaczyna? -spytałam.
-Nie... Nie chcemy, żeby sytuacja taka jak w Trzeciej Wielkiej Wojnie Magicznej. Rząd chce oddać kawałe... -chyba zorientowała się, że mówi za dużo, bo zakryła sobie usta dłońmi.
-Mów! -nakazała jej Rose.
-Nie mogę.
-Daj spokój. Jak już zaczęłaś, to dokończ.
-Nie mogę... Sama to podsłuchałam...
-Mów, że kobieto! -tym razem nie wytrzymałam. Byłam strasznie ciekawa o co chodzi. Obie spojrzały na mnie. Brunetka uśmiechnęła się pod nosem.
-Dobra, ale jak któraś coś powie, to uduszę...
-Ta, ta... Mów. -odezwała się ponownie Rose.
-Rząd chce oddać kawałek ziemi, tam gdzie się kotłowali przy granicy. Tylko, że oni nie chcą, żeby żaden mag tam został.
-Ja pierdziele, znowu chodzi o magie. -powiedziałam.- Ale czekaj... Przecież oni używali magii... Te bronie...
-Nie do końca. Na naszej wyciecze tylko ty miałaś styczność z takim dziwactwem...
-Zaznaczyłaś, że na naszej wycieczce... Czyli na innych były takie przypadki?- spytała Rose.
Cisza.
-Czyli odpowiedź brzmi tak.
-Nie powiedziałam tego.-zaprzeczała blondynka
-Ale nie zaprzeczyłaś...

I to były ostatnie słowa, które usłyszałam. Po prostu zasnęłam. Musiałam być zmęczona tym wszystkim.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tak wiem, że ten rozdział był jednym wielkim dialogiem ;-; Wstawiam posta wcześniej, bo w piątek jadę do szpitala na cztery dni i nie miałabym jak wstawić T^T Następny powinien pojawić się do środy, a potem rozdziały będą pojawiać się już regularnie w weekendy ;)