sobota, 4 kwietnia 2015

Mercy i wycieczka cz.1.

Przez cały tydzień czytałam te trzy gigantyczne książki, w każdej wolnej chwili. A co się z nich dowiedziałam? Że moja broń jest bardzo wybredna i złośliwa! Jak broń może być złośliwa i wybredna? Przecież to jest rzecz! Przeczytałam jeszcze, że nie lubi współpracować z właścicielem. Jak może nie lubić? I tylko tyle udało mi się dowiedzieć z tych trzech cegieł. Przestudiowałam je całe, ale wszędzie było tylko „masło maślane” i nic specjalnego się nie dowiedziałam. Wiem jeszcze tylko, że moja Insidiosa tak jak każde inne muszą zostać rozpracowane przez operatora, bo każda aktywuje się inaczej. W międzyczasie wychowawca powiedział nam o pięciodniowej wycieczce, która ma się odbyć już za dwa tygodnie. Nie będzie nas od środy do niedzieli. Wycieczka ma polegać na tym, że grupami będziemy musieli odnaleźć drogę do naszego ośrodka, w którym spędzimy resztę wycieczki.
Minął kolejny tydzień i nadal nie widziałam jak aktywować moją broń. Opiekunem grupy, w której byłam, okazała się pani Mabley. Powiedziała mi, że dopóki nie odblokuję mojej Insidiosy, muszę ćwiczyć ze wszystkimi rodzajami broni i tak robiłam. Rozmawiałam też ze Stokrotką o... Davidzie.
-Mercy zostań na chwilę. -powiedział pan Daisy, kiedy wychodziłam już z sali. Obróciłam się na pięcie i podeszłam do jego biurka.
-Czy coś się stało?
-Właściwie to nie, ale mam do ciebie prośbę. Związaną z Davidem. -słysząc jego imię, automatycznie wróciłam się do drzwi.
-Wiesz Mercy, to nie uprzejmie tak ignorować nauczyciela. Wysłuchaj mojej propozycji.
-Przykro mi panie Daisy, ale jeżeli chodzi o niego to nic nie mam zamiaru robić.
-Mercy, wysłuchaj mnie...
-No dobrze.
-Wiesz pewnie doskonale w jakiej teraz sytuacji znajduje się David, czyż nie?
Kiwnęłam potakująco głową.
-Jak widzisz, nie radzi sobie z nauką i chciałem cię poprosić, żebyś mu w niej pomogła.
-Dlaczego niby ja. Nie mógł pan wybrać sobie kogoś innego?
-Nie! Przecież jesteś najlepszą uczennicą w klasie... Podwyższyłbym ci ocenę z zachowania i...
-Myśli pan, że jestem przekupna? Aż tak nie zależy mi na dobrej ocenie. W dodatku, przez to, że David pogorszył się w nauce, już nie muszę starać się być od niego lepsza w zachowaniu. Przykro mi panie Daisy, ale nie skorzystam.
-Nie dałaś mi dokończyć. Chciałem powiedzieć, że podwyższyłbym ci ocenę z zachowania i na koniec szkoły poprosiłbym dyrektora, aby wysłał podanie do rady, o pozwolenie dla ciebie, na używanie magii w miejscach publicznych. Dobrze wiem, kim chcesz zostać, a bez tego raczej ci się nie uda...
C-c-co? Nie mogłam uwierzyć w to co usłyszałam. Pozwolenie na magie?! Takie pozwolenie trudno jest zdobyć. Naprawdę trudno. Zwykle trzeba zobowiązać się do stałej służby w wojsku, ale i tak mało osób ją dostaje. Można też, jakimś cudem dostać się do Rady, ale to już w ogóle prawie nie możliwe. Pozwolenia jeszcze otrzymują np. magowie ognia gdy pracują w straży pożartej. Wyjątkowe osoby, pod wyjątkowymi warunkami mogą dostać tzw. Złotą Kartę, takim sposobem, jaki zaproponował Stokrotka.
-Ale pan serio mówi?-spytałam, jeszcze nie dowierzając jego słowom.
-No nie wiem... Wyraziłaś się dość jasno, jeżeli chodzi o tą sprawę...
-A gdzie! Tak tylko żartowałam. -zaśmiałam się nerwowo. -Wie pan... To jak mam się za to zabrać?
-Nie wiem. -wzruszył ramionami. -Musisz po prostu doprowadzić jego oceny, do poprzedniego stanu. I tyle.
-Nie ma problemu! -powiedziałam z uśmiechem.
-Na pewno? -jego prawa brew powędrowała do góry.
-Tak! Trzymam pana za słowo. -wybiegłam z sali jak najszybciej, żeby przypadkiem nie zrezygnował. Stokrotka zawsze dotrzymywał obietnicy. Po chwili doszło do mnie co zrobiłam. Skazałam sama siebie na Davida. Ale ja jestem przekupna...
I wreszcie przyszedł dzień wycieczki. Kto mógł się spodziewać, co się na niej stanie? Cała szkoła wyjechała autokarami. Tak. CAŁA. Każdy przedział wiekowy jechał gdzie indziej. Wyruszyliśmy o piątej nad ranem. W autokarze udało nam się zająć ostanie miejsca tj.: mnie, Rose, Willowi i Theresie. Na szczęście David nie chciał z nami usiąść i zamiast niego dosiadł się jeszcze Mike. Godzinę przed dotarciem na miejsce Stokrotek opisał dokładnie co będziemy musieli robić. Każda grupa wyruszać będzie co pół godziny z tego samego miejsca, ale będzie miała wyznaczoną inną trasę. Mapa jest zaszyfrowana, ale powinniśmy znać wszystkie zawarte w niej szyfry. Wygrywa ta grupa, która dotrze w najkrótszym czasie, ze wszystkimi osobami z drużyny. Na miejsce dotarliśmy po dwunastej.
Kiedy wszystkie autokary opustoszały, pojechały inną drogą do ośrodka, do którego mieliśmy dotrzeć. My musieliśmy czekać, aż wszystkie grupy z klasy pierwszej „A” i trzy pierwsze grupy z naszej wyruszą. Docelowy czas drogi miał wynosić co najwyżej godzinę/półtorej. Moja grupa miała wyruszyć o 16.30. Theresa i Will od razu rzucili się na mapę, a ja zostałam z dwójką pozostałych. Rose i David siedzieli na kamieniu.
-Na serio musimy iść? -powiedziała leniwie moja przyjaciółka, siedzący koło niej brunet się nie odzywał, jak zwykle.
-Rose, im szybciej wyruszymy, tym szybciej wrócimy.... -starałam się ją zachęcić, o dziwo udało mi się za pierwszym razem;
-Masz racje. -wstała i poszła w stronę pozostałej dwójki, która najprawdopodobniej już kończyła rozszyfrowywać mapkę. Zostałam tylko ja i David. Że też, muszę to robić. Podeszłam do chłopaka i pociągnęłam go za sobą za nadgarstek.
-Już ci powiedziałam, co sądzę o twoich dąsach... -powiedziałam cicho. On pociągnął mnie za rękę, z taką siłą, że się odwróciłam od niego.
-Nie wtrącaj się w nie swoje sprawy! Coś ty się mnie tak uczepiła hę? Nie wiesz NIC o mojej siostrze, ani o mnie. NIE WIESZ NIC. Masz kochającą się rodzinkę, a ja wszystkich straciłem jednego dnia! Zostaw mnie wreszcie w spokoju!
Przegiął. Musiałam wytrzymywać całe tygodnie, pracując z nim w grupie. Od rozmowy ze Stokrotką starałam się coś wskórać. Ale ten pieprzony idiota był nadal idiotą. I to się chyba nigdy nie zmieni...
-Ja nic nie wiem?! -zaczęłam mówić niskim głosem.
-Ha! Słyszałaś go Rose? Ja?! -krzyknęłam.
-Może i masz racje... -zwróciłam się z powrotem do niego. -Nie mogę nic wiedzieć, bo moi bliscy mnie nie zostawili jednego dnia... Jednego dnia, nie. Wiesz co? Powinieneś DZIĘKOWAĆ, że umarli w jednej chwili. Nie miałeś nadziei, że będą jeszcze żyć. Nikt się ciebie nie wyrzekł... -głos mi się zaczął łamać. -Wiesz co jest gorsze od tego co tobie się stało?! WIESZ?! Odebrana nadzieja. Twoja matka nie umarła po tym jak wszystko wskazywało na to, że będzie w porządku . Ciebie ojciec, by nigdy się nie wyrzekł. Nikt by cię nie zostawił! A TY teraz siedzisz i myślisz jaki jesteś biedny. Masz racje. Strasznie biedactwo... -kiedy chciałam wziąć oddech, poczułam jak łzy napływają mi do oczu. Puściłam jego nadgarstek, odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę reszty mówiąc.
-Zostawiamy tą łajzę tutaj. Powiemy, że złamał nogę, czy coś i stąd go ktoś odbierze, ma to gdzieś... -po policzku spłynęła mi pojedyncza łza. Zagryzłam dolną wargę z całej siły. Podbiegła do mnie Rose i objęła mnie.
-Nie musisz się przez niego tak denerwować... -powiedziała cicho, nie uwalniając mnie z uścisku.
-Właśnie muszę. Musze dotrzymać obietnicę...
-Hej... -odchyliła mnie do siebie. -Zawsze możesz na mnie liczyć. Wystarczy, że poprosisz...
-Mhm... -otarłam twarz rękawem kraciastej koszuli i poszłam razem z Rose do Theresy i Willa, żeby zobaczyć jak im poszło rozszyfrowywanie. Nikt nie skomentował tego co przed chwilą się stało. Po prostu ruszyliśmy według mapy. Niestety David ruszył za nami...
Chodziliśmy prawie dwie godziny po lesie, a raczej błądziliśmy...
-Jak to się zgubiliśmy? -krzyczała na Willa Rose.
-No tak to! Czemu w ogóle na mnie naskakujesz? To też jej wina! -wskazał na Theresę, która próbowała złapać zasięg. Znajdowaliśmy się na małej polance w kształcie okręgu. Tessa stała właśnie przy dość sporej skarpie. David siedział przy samym końcu polanki, na starym, przewróconym pniu drzewa. Podeszłam do Rose i Willa.
-Trzeba będzie prze analizować jak szliśmy i wrócić na miejsce startu... I potem z dobrze rozszyfrowaną mapą dość do ośrodka, tam gdzie miała być meta... -mówił, drapiąc się po swojej blond czuprynie, która jak zwykle była w nieładzie.
-Chyba cię Bóg opuścił! -naskoczyła niego Rose.- Nie będę z powodu waszej głupoty łazić po tym lesie jakieś kolejne półtorej godziny! Daj mi to! -wyrwała mu mapę. -Pamiętam dokładnie całą drogę. Po prostu źle ją rozszyfrowaliście. Ja to zrobię i znajdę najkrótszą drogę do ośrodka...
-A nie mogłaś tego zrobić wcześniej? -spytałam.
-A niby jak miałam to zrobić, ja ta dwójka – wskazała najpierw na Willa, a potem na Therese przy skarpie – nie pozwoliła mi nawet do niej zajrzeć!
-Tak, tak... Nawet nie zaproponowałaś pomocy...- powiedział blondyn.
-Schyl mi się tutaj blondasie. -nakazała mu Rose.
-Dla czego miałbym się niby schylać?
-A co niby mam siadać na ziemi? Nie będę robić tego na kolanie tak jak wy...
-Nie będę się schylać, po prostu oprzesz się na moich plecach... Nie przesadzaj.
Rose w odpowiedzi tylko pokręciła głową i zaczęła rozszyfrowywać mapkę. Nagle zrobiło się cicho. Na prawdę cicho... A może tylko mi się wtedy tak wydawało? Nie wiem. Może to było tylko moje przeczucie? W wysokich krzakach koło Davida coś się poruszyło. Nie wiem jak to zrobiłam, ani skąd wiedziałam, że to nie była np. wiewiórka. Po prostu rzuciłam moją torbę, którą miałam na ramieniu, wyjmując z niej moją Insidiosę o momentalnie znalazłam się przed Davidem.

----------------------------------------------------------------------------------------------
Chciałabym Wam życzyć zdrowych i spokojnych Świąt Wielkanocnych <3 Żebyście spędzili je miło z rodziną... Nie wiem, czy będę miała czas wstawić oddzielny post z życzeniami, dlatego piszę je tutaj ;) Chciałabym wam podziękować strasznie za prawie 1000 wejść <3 Naprawdę dziękuję, bo to sprawia, że chętniej mi się pisze. W dodatku jestem już strasznie bliziutko jednego z moich ulubionych momentów <3 Rozdział może nie jest za długi, ale mam nadzieje, że następny Wam się spodoba, bo będzie akcja :D No nic, strasznie się rozpisałam... Jeszcze raz Wesołych Świąt ode mnie, Mercy, Rose, Theresy, Willa i od, jak go moja imienniczka nazwała,  Łajzy (Davida), bo będzie go coraz więcej ;)

piątek, 3 kwietnia 2015

Mercy i przywołanie broni

Nie mogłam doczekać się pierwszej wtorkowej lekcji. Miała to być wiedza o broniach, na której wreszcie będziemy przyzywać swoją broń! Szłyśmy razem z Rose na specjalnie wyznaczone miejsce na szkolnym podwórku, które jest ogromne (podwórze, nie miejsce). Mamy cztery zwykłe boiska przystosowane do piłki nożnej, koszykówki, siatkówki i tenisa. Są też trzy specjalne boiska, przystosowane do trenowania ataków magicznych. Znajdują się one dosyć daleko od budynku szkoły z wiadomych powodów. Mamy jeszcze osiem tak zwanych stref, gdzie mamy w-f z plusem i czasami wychowanie magiczne. W-f z plusem polega na ćwiczeniu kontrolowania swojego potencjału magicznego podczas wyczerpującego wysiłku fizycznego. Wychowanie fizyczne z plusem jest o wiele (bardzo wiele) intensywniejszy od tradycyjnego w-f, dlatego jest on na dwóch ostatnich lekcjach w piątek. Większość osób z tego powodu zapisała się na niedziele, na dowolne wybrane zajęcia sportowa. Ze względu na to, że jestem straszne inteligentną osobą (a jakże mogło by być inaczej) zapisałam się na sobotę... Na początku zeszłego roku to była po prostu tragedia, ale po kilku tygodniach przyzwyczaiłam się i dzięki temu mam o wiele lepszą kondycje... W strefach na wyżej wymienionych lekcjach ćwiczymy razem z magią oraz odbywają się kontrolowane walki. Pierwsza strefa jest głównie do ćwiczeń z magią (tych mniej destruktywnych), w strefie drugiej zazwyczaj ćwiczyliśmy walki z bronią białą, oraz bez niej. Strefa trzecia, to coś w stylu strzelnicy (każdy mag musi nauczyć się strzelać z broni). Czwarta. Czwarta... No właśnie... Jest jedyną zamkniętą strefą. Od wakacji ją remontują, nikt nie wie na co, po co, ani kiedy oddadzą ją do użytku. Piąta ma funkcję identyczną jak pierwsza. Szósta jest taka jak druga, a siódma taka jak trzecia. Ósma jest zwykle wykorzystywana do średnio destruktywnych ćwiczeń magicznych, a jest tylko jedna, ponieważ strawnie dużo zużywa się na nią energii magicznej i ciężko jest utrzymać silne runy, którymi są wykreślone granice strefy. Każda strefa ma swoich opiekunów, którzy przekazują swoją energię na runy, żeby utrzymać barierę. Strefy są po prostu kawałkiem ziemi, udzielonym od reszty właśnie przez barierę (i małe ogrodzenie) , chroniącą, by magia nie wyciekła poza wyznaczone pole. Strzelnica jest tylko półotwarta, żeby było bezpieczniej.
My kierowaliśmy się do szóstki. Mably (nauczycielka od wiedzy o broniach) rozmawiała z dzisiejszym opiekunem strefy. Korzystając z okazji postanowiłam pogratulować Rose chwalebnego czynu, a mianowicie śliwy pod okiem Bena. Nie wiedziałam kiedy, ale byłam pewna, że to jej sprawka. Może wieczorem jak już się uspokoiła i go niechcący spotkała na korytarzu, mu przywaliła?
-Nieźle przyozdobiłaś twarzyczkę Benowi...- ukułam ją delikatnie ramieniem. Dziewczyna popatrzyła na mnie zdziwiona.
-Ja tego nie zrobiłam przecież. -zaśmiała się. - Jak miałabym to zrobić? Zapomniałaś, że siedziałam cały czas w pokoju?
-Czyli kto to zrobił? - spytałam bardziej sama siebie. Nagle pewien blondyn objął nas ramionami;
-O czym to moje dziewczęta gadają? -spytał z uśmiechem na twarzy Will.
-O śliwie na twarzy pewnego bruneta... -odpowiedziała Rose wyswobadzając się z objęć chłopaka. Ja zrobiłam to samo.
-Hmmm... Nic nie wiem o żadnym brunecie, i o żadnej śliwie. -udał, że się zamyśla. Nawet zaczął się drapać głowie, robiąc śmieszną minę.
-Ty! Czyś ty zwariował? -naskoczyła na niego Rose. -A jak powie nauczycielom? Masz przerąbane. Po co w ogóle to zrobiłeś?
-Nie martw się milady. Z faceta pipka jest i się wystraszył jak mu zagroziłem.
-Ha! A z ciebie to nie pipka, geniuszu? -wyskoczyła naprzeciw niego niebieskooka. -przecież przegrałeś z Mercy na siłowanie się! Przegrałeś z dziewczyną!
-EJ!- krzyknęłam.
-Daj spokój, Mercy. Przecież jesteś dziewczyną prawda? -zaśmiała się. Nie odpowiedziałam, bo miała racje, w sumie to nie wiem nawet, czemu wtedy wyskoczyłam z tym „Ej”.
Pani Mably pozwoliła nam wejść do strefy. Rozdała nam po kredzie i kazała nam się rozsypać po całej strefie. Ja z Rose byłyśmy tak gdzieś w środku, po lewej stronie. Każdy musiał narysować kredą wzór kręgu magicznego, który przyzywa broń. Ja oczywiście pomyślałam, że nie potrzebuję rysować, bo wcześniej dobrze wytrenowałam magie, do tworzenia tego kręgu i nie potrzebowałam wzoru... Mably stanęła na specjalnym podeście (jest dosyć niską osobą), tak żeby każdy ją widział i słyszał.
-Z tego co widzę to wszyscy już narysowali swoje kręgi. Dobrze w takim razie przypominam, że tę broń, którą wezwiecie, będzie wam towarzyszyć już zawsze. Nie będziecie mogli wymienić tej broni, ponieważ połączy się ona z naturą waszej magii. No dobrze! Możecie zacząć. -na końcu klasnęła w dłonie. Rozejrzałam się po strefie. Każdy już zaczął formować magię. Zerknęłam w stronę Rose. Z białych linii jej kręgu zaczęła wydobywać się bladoniebieska poświata. Od zewnątrz, do środka, linia, po linii zaczynały delikatnie migotać błękitnym światłem. Nad kręgiem pojawiła się kropa wody, która po chwili opadła. Zwiększając swoją objętość, rozlała się na całej powierzchni kręgu. Po chwili woda zaparowała, a na ziemi coś leżało. Dwa pistolety. Chwila! Dwa? A nie powinien być jeden?
Dziewczyna podniosła bronie. Podeszłam do niej i dzięki temu mogłam się im lepiej przyjrzeć. Były to dwa pistolety, coś na podobieństwo Coltów. Rose patrzyła ze zdziwieniem raz na mnie raz na bronie.
-Chyba coś poszło nie tak... -podrapała się po głowie. -Trudno! -położyła broń na ziemi i patrzyła na mnie.
-Mercy, Mably już zaczęła sprawdzać...
-Co!? Już? Kurde, muszę się pośpieszyć! -odwróciłam się od mojej przyjaciółki, wybrałam kawałek ziemi, na której ma znaleźć się mój krąg. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie dokładnie jak ma wyglądać. Wyciągnęłam delikatnie do przodu rękę i zaczęłam formować moją magię. Powoli krąg zaczął się wypalać na ziemi. Tam gdzie ziemia czerniała po chwili pojawiała się płomienna poświata. Kiedy już cały okrąg się wypełnił, nad nim pojawił się płomyk i podobnie jak kropelka Rose, opadł na ziemie, podpalając całą powierzchnie okręgu. I w tym właśnie momencie, zrobiło mi się ciemno przed oczami. Chyba zaczęłam upadać. Poczułam się strasznie słabo. O coś się oparłam. Ktoś coś do mnie mówił, ale na początku nie rozumiałam, bo miałam głucho w uszach. Po chwili zaczęłam wyłapywać pojedyncze słowa.
-Mer...cy.. Żart...sobie...- to chyba był głos Rose. Tak, to ona... Chyba mną potrząsała. Nagle poczułam piekący ból na policzku, który całkowicie zwrócił mi moje zmysły. Mimowolnie złapałam się za piekący policzek.
-Cholera jasna! Mercy nie mdlej mi tu! -krzyczała na mnie moja przyjaciółka.
-Nie musiałaś mnie od razu bić!- powiedziałam z wyrzutem.
-A jakbyś mi tu zeszła?
-Nie zeszła... O cholera! CO TO MA BYĆ?! -spojrzałam na miejsce, gdzie wcześniej znajdował się mój krąg. Na ziemi leżał miecz... ale chyba zapomniał ostrza! Na pokrytej popiołem ziemi leżała zwykła rękojeść miecza. Podbiegłam do tego „czego”, bo bronią tego nie można nazwać i zaczęłam obracać.
-Nie... To nie możliwe... Coś poszło nie tak... Ale jak? Czemu? -rozpaczałam oglądając rękojeść ze wszystkich stron. A co jeśli to przez to, że nie narysowałam kręgu?!
-Mercy, nie wiem co ty teraz z tym zrobisz, ale Mably się zbliża...
-Co?! -krzyknęłam i schowałam „cośka” za plecami. Pani Mably zbliżała się do Rose.
-Świetni ci się trafiło Polk! Masz jednego z Multiplej'ów. Pamiętasz może, czym były Multipleje?
-Tak... To były, te... Te bronie, które mogą zmieniać swój kształt i funkcję tak?
-Bardzo dobrze. Twoja broń może być dowolną bronią palną, również ma funkcję rozdziału, jak widzisz teraz. Dobrze to teraz Mercedes...
-Wie pani, ja się źle czuję... Prawie zemdlałam... Rose potwierdzi... Prawda Rose?
Brunetka odpowiedziała kiwnięciem głowy.
-Nie zdążyłam nawet przyzwać broni...
-Mercy... Przestań mi tu mydlić oczy! Przecież widzę popiół, a przecież twoją naturą jest ogień prawda? Więc pokazuj mi to co przyzwałaś.
Cholera. Ostrożnie wyciągnęłam zza pleców rękojeść miecza. Z ust Mably znikł dotychczasowy uśmiech.
-Mówisz, że prawie zemdlałaś?- spytała poważnie.
-Mhm... -opowiedziałam cicho.
-Dobrze przyjdź do mnie po lekcjach.
-Ale... -nie zdążyłam dokończyć, bo poszła do następnej osoby. Upadłam na ziemie, przy okazji ciskając z całej siły moją „niby bronią” o ziemię. Czułam, że chyba się załamie. Poczułam na ramieniu czyjąś dłoń. To była dłoń Rose.
-Trzeba było narysować krąg, a nie szpanować. - powiedziała, próbując się nie śmiać. A miałam nadzieje, że mnie pocieszy, ale chyba z jej strony nie mogłam tego oczekiwać teraz...
-Tak! Dobij mnie bardziej!
-Oj nie przesadzaj. Na pewno ktoś ma coś gorszego... O! Patrz idzie do Davida.
Podniosłam wzrok z ziemi i pokierowałam nim w stronę końca strefy. Mably klepała go po ramieniu i się uśmiechała. Wyglądało to komicznie, bo pani profesor ma może z 162 cm wzrostu i chłopak był od niej o wiele wyższy. Kiedy kobieta odsłoniła mi widok zobaczyłam, że chłopak trzyma katanę. Załamałam się jeszcze bardziej.
-Rose...?
-Hmm...
-Co jest ze mną nie tak?
-Z tobą? Wydaję mi się, że jak najbardziej w porządku. Patrz na tego głupiego blondasa. Cieszy się jak głupi do sera. -wskazała na Willa, który z uśmiechem oglądał swój miecz półtora ręczny, z rozszerzonym ostrzem. Śmiał się coś do chłopaków, z którymi o czymś przed chwilą rozmawiał. Po chwili spojrzał w naszą stronę. Pewnie poczuł nasz wzrok na plecach. Po chwili ruszył do nas.
-Jak tam, co macie?- zapytał jak zwykle z prawie nieznikającym z jego twarzy uśmiechem
-Więc ja mam Multipleja, a Mercy... A Mercy...
Skuliłam się, chowając moją "broń"
-Ej no! Pokaż! Nie może być tak źle...
-Nie... -powiedziałam cicho.
-No weź... -ukucnął przede mną. -Wiesz, że jak teraz siedzisz, to ci się mundurek brudzi? Cholera. Ma rację. Wstałam szybko jak oparzona, i zaczęłam jedną ręką otrzepywać spódnice, bo w drugiej dłoni chowałam „broń”. Niestety mimo że nie starłam się jak najdokładniej ją otrzepać, nadal była brudna.
-Will, czy mógłbyś...?-spytałam najgrzeczniej jak tylko potrafiłam.
-No może, ale pod warunkiem, że raczy panienka pokazać mi swoją broń.
Chyba będzie lepiej wytrzymać jego śmiech z tego co przywołałam i iść w czystym mundurku do szkoły.
-Okej, ale najpierw wyczyść mi mundurek.
Chłopak ruszył dwoma palcami, jakby kazał mi podejść, ale zanim zdążyłam się ruszyć, z mojej spódnicy zaczęły odrywać ziarenka piachu i zaczęły lecieć w stronę ręki blondyna. Po chwili nie było już nawet pół ziarenka na mundurku.
-Pokazuj!
-No dobra, ale jak coś powiesz to cię zabije! - zagroziłam mu. Powoli wyciągnęłam zza pleców rękojeść. Przez chwilę wyglądał na zmieszanego, ale szybko się odezwał.
-Fajny miecz bez ostrza... A może to miecz świetlny? Jak myślisz? -zażartował. O dziwo nie zdenerwowałam się na niego.
-Chciałabym. -odparłam, lekko się uśmiechając.
-Ale tak na serio, to co ty zrobiłaś, że masz tylko rękojeść?
-A myślisz, że wiem? Zrobiłam wszystko dobrze, nawet dużo magii zużyłam, bo prawie zemdlałam!
-Dziwne...-mruknął cicho.
-No co ty nie powiesz?!-oparłam dłonie na biodrach.
-Ej dziewczyny, paczcie na to! - wsadził z całej siły ostrze miecza w ziemię. Po drugiej stronie strefy pojawiło się otrze, które wcześniej zniknęło w ziemi.
-Ha! To nic! Patrz na to.- odpowiedziała Rose i złączyła w dłoniach swoje pistolety, które momentalnie zamieniły się w wodę i uformowały się w karabin snajperski.
-Woah! Super! -krzyknął Will i zaczął oglądać broń Rose.
-Wy na serio chcecie żebym się załamała?-spytałam.
-Mhm... Najlepiej idź skoczyć z krawężnika! - powiedział żartobliwe Will, ale mi nie było do śmiechu. Byłam naprawdę załamana, w dodatku Mably kazała mi przyjść po lekcjach.
-Może masz racje... Jeszcze mi dopisze szczęście i skoczę akurat przed jadącego z niezwykle wysoką prędkością tira...- powiedziałam cicho odwracając się na pięcie. Profesor już zdążyła wrócić na swój podest.
-Chodźcie bliżej! -zawołała, machając ręką. Wszyscy ruszyli do przodu. Ja ociągałam się na samym końcu, nawet David mnie wyprzedził.
-Wszystkim wspaniale udało się przyzwać swoją broń! - Coś mi się nie wydaje...- Od dziś będziecie połączeni grupowo, razem z pozostałymi dwiema drugimi klasami. Wszyscy z bronią białą będą mieli zajęcia w tej strefie, osoby z bronią palną, w trójce wszyscy z bronią palną, ci z łukami też. Osoby, które mają broń powiązaną z walką wręcz na początku będą chodzić na sale gimnastyczną. Jutro na głównym holu będą wywieszone listy, razem z nazwiskami nauczycieli. Teraz proszę odeślijcie swoje bronie. Powinniście to zrobić instynktownie, ale jak ktoś będzie miał problemy, to pomogę.
Rozejrzałam się na około siebie. Broń Rose zmieniła się w wodę i została wchłonięta przez dziewczynę. U Willa wyglądała to troszeczkę inaczej, gdyż jego miecz najpierw zamienił się w skałę, a potem opadła na ziemię jako drobniutki piasek.
Instynktownie mam to zrobić? Spojrzałam na moją „broń” i obróciłam nią w dłoni. Może przynajmniej dziś mi się coś uda... Podrzuciłam ją do góry z zamiarem zamienienia jej w płomień. Ona tylko okryła się płomieniem, który po chwili zniknął i osmolona rękojeść spadła, uderzając mnie mocno w głowę. Dopiero potem w jakiś dziwny sposób zamieniła się w popiół i znikła. Nie no świetnie. Gładziłam się po głowie. Moje wyczyny niestety musiał ktoś zobaczyć. A tym kimś była Theresa. Śmiała się, trzymając się za brzuch. Po chwili podeszła do mnie i położyła mi dłoń na ramieniu.
-Co to miało być? -spytała z uśmiechem.
-Już ty mnie lepiej nie dobijaj, dobrze? -powiedziałam zdenerwowana.
-To musisz odwrócić, bo będę odsyłać swoją broń. -odparła, ale zanim zdążyłam to zrobić, dziewczyna wyciągnęła zza pleców noże do rzucania. Podrzuciła je do góry jeden po drugim. Każde z nich zabłysło jasnym, złotym światłem i rozpłynęło się w powietrzu. Ja wiem, że ona zrobiła to specjalnie, żeby mnie zdenerwować.
Do końca lekcji byłam przygaszona i nie udzielałam się zupełnie. Unikałam też tematu o broniach. Kiedy ktoś tylko zaczął temat, to Rose pierwsza opowiadała, a ja znikałam. Po ostatniej lekcji poszłam do sali, w której zwykle była pani Mably. Otworzyłam ostrożnie drzwi. Kobieta stała na małym krzesełku szukając czegoś w szafce za biurkiem. Podeszłam do niej i ułożyłam ręce w geście błagalnym;
-Bardzo przepraszam panią, bo ja... Ja nie posłuchałam, żeby narysować najpierw kredą... I ja... Byłam nierozsądn... -moje przeprosiny przerwał huk. Pani Mably położyła trzy gigantyczne książki, wyglądające dosyć staro, przy okazji robiąc właśnie ten huk.
-Nie masz za co przepraszać. Twoja broń nie jest niekompletna tak jak ci się wydaje.
-Ale jak to?
-Wszystko jest tutaj. -położyła dłoń na książkach. -Zostałaś właścicielką bardzo rzadkiego rodzaju broni , czyli Metavlitosu. A dodatkowo, twoja broń to tak zwana Insidiosa.
-Ale o czym pani mówi? Przeczytałam podręcznik od deski do deski i nic tam o tym nie było.
-To prawda, bo jak mówiłam to bardzo rzadka broń i w podręcznikach jej nie opisują. Nawet w tych książkach jest nie za wiele wiadomości, ale wiele ci pomogą. Dobrze zabieraj te książki ze sobą. Dostaniesz też ode mnie specjalną zgodę, na posiadanie broni. Oczywiście nie możesz jej używać poza szkołą, ale specjalną zgodę motywuję tym, że aby wezwać swoją broń, zużywasz duże ilości swoich zasobów magicznych, bo gdybyś miała przyzywać ją co tydzień to byś się wykończyła. -mrugnęła do mnie. Wzięła książki i położyła mi na rękach, a na książkach położyła zgodę.
-Mercy możesz już iść. Przyjemnej lektury. -powiedziała na do wiedzenia kiedy wychodziłam i sama zaczęła się pakować.

Po powrocie do akademika wzięłam jedną książkę i od razu pojechałam do cioci pomóc jej w kawiarni, chociaż już ciężko nazwać to kawiarnią. Lepszym określeniem będzie cukiernia. Jak zwykle był duży ruch i tak jak codziennie musiałam się sklonować, ale już się do tego przyzwyczaiłam.


---------------------------------------------------------------------------------
Ze względu na to, że w zeszłym tygodniu dałam tylko jeden rozdział, to ten dodaje dzień wcześniej ;) Dedykuję ten rozdział mojej imienniczce <3 Jeszcze raz wszystkiego najlepszego ode mnie i od biednej łajzy <3
Jutro dodam następny rozdział

piątek, 27 marca 2015

Mercy i casanova od siedmiu boleści

W poniedziałek, na pierwszej lekcji pojawił się nie kto inny jak David. Podziwiałam z zachwytem moją robotę. Nikt nie mógłby powiedzieć, że dwa dni temu był w takim stanie. Nawet zadrapania nie było. Miał na sobie szkolny mundurek; białą koszulę, na którą zarzucona była granatowa marynarka z herbem naszej szkoły na piersi po lewej stronie, na sercu i na prawym ramieniu. Na jego szyi wisiał luźno zawiązany krawat w srebrno-granatowe paski, taki jak ma każdy uczeń naszej szkoły. Do tego miał ciemne, długie spodnie z podwiniętymi na końcu nogawkami. Przed lekcją rozmawiał ze S
Stokrotką. Pewnie o jego nie obecności. Ciekawe o czym nakłamał... Oby nie powiedział mu o tym co zrobiłam! Cholera... A co jeśli powiedział? Już nie żyję!

Pierwsze pięć lekcji szybko minęło. Na długiej przerwie siedziałam razem z Tessą, Rose i Willem Tak jak Stokrotka kazał, siedzieliśmy grupami. Byli wszyscy oprócz Davida, ale ja w sumie byłam zadowolona i nie powiedziałam nic przez całą przerwę. Oczywiście ktoś musiał jednak o tym wspomnieć, a tym kimś byłą Theresa;

- Czemu David nie siedzi z nami? - oderwała się od swojej książki.

- Siedź cicho i dalej czytaj tą swoją książkę. - powiedziałam.

- Nie będziesz mi tu mówić co mam robić? - naskoczyła na mnie.

- Spokój! - syknęła Rose. -Mercy, Theresa ma racje...

- Thessa. -upomniała się.

- Dobrze, Thessa ma racje. Ktoś musi po niego pójść... - powiedziała Rose. Wszyscy wlepili wzrok we mnie. Nawet Will, który nie zamienił z nim ani słowa. Wszyscy wlepiali te swoje oczęta, we mnie. Aż mnie dreszcz przeszedł. Nie dam im się tak łatwo złamać.

- Ja nigdzie się stąd nie wybieram. - związałam ręce na piersi.

- Ehh... Nadal chowa urazę... - zaczęła blondynka.

- Jaką znowu urazę? O co ci chodzi dziewczyno?! Czemu ty ciągle starasz się mnie zdenerwować?!- wstałam szybko od stołu. Deja vu?

- Ja zdenerwować? Ciebie? To ty mnie ciągle wkurzasz! -chciała coś powiedzieć, ale nagły huk jej przerwał. Obie spojrzałyśmy na Rose, bo to właśnie ona była sprawczynią huku. Ale nie tylko my patrzyłyśmy na nią. Wszystkie stoliki na około nas, siedziały cicho i patrzyły w naszą stronę

- Dosyć tego! Mercy idź do Davida, ale to już! - powiedziała zdenerwowana brunetka.

- Nie...

- Uważaj, bo ci żyłka pęknie... - zaśmiała się pod nosem Tessa.

- Uważaj, bo za chwilę będziesz cała mokra! - odgryzła się Rose. Zauważyłam jak Will chowa twarz za zeszytem. Był czerwony jak burak. Zapewne od śmiechu

- A ty czego się tak śmiejesz? - nachyliła się nad nim moja przyjaciółka. Oho! Dostanie rykoszetem... Rose ma nieziemską cierpliwość, ale kiedy dusi całą złość w środku, to powoli ten zapas cierpliwości się kończy... W końcu nie wybuchła ani razu w zeszłym tygodniu, a prawie codziennie się kłóciłam o coś z Theresą...

Obie z Tessą patrzyłyśmy co robi Will. Chłopak wstał i dał pstryczka Rose w czoło. Spojrzałyśmy na siebie i wybuchnęłyśmy śmiechem. Zupełnie zapomniałyśmy, że przed chwilą mogłyśmy skakać sobie do gardeł.

- Co ty zrobiłeś? - spytała zaskoczona Rose, pocierając swoje czoło.

- A myślałem, że jesteś inteligenta... Pstryknąłem cię w czoło. - odparł z uśmiechem chłopak.

- Wiem co to było. Pytałam czemu to zrobiłeś?

- Nie. - pokręcił palcem. - Spytałaś dokładnie co zrobiłem, więc odpowiedziałem.

- Mniejsza... A czemu to zrobiłeś? - po Rose nie dało się zobaczyć żadnych emocji. Po prostu stała z założonymi ramionami na piersi i patrzyła się na Willa, który był od niej o ponad głowę wyższy.

- Jak moje młodsze siostry są niegrzeczne to wtedy dostają pstryczka, ty też nie mogłaś się opanować więc sprawdziłem, czy na ciebie też to działa. I działa! Wybiłem cię kompletnie, co nie?

- Po pierwsze nie jestem twoją młodszą siostrą, a po drugie naruszyłeś moją przestrzeń osobistą.

- Mogę to zrobić jeszcze raz jeśli chcesz... - powiedział żartobliwe chłopak. Rose usiadła, wyjęła telefon, podłączyła do niego słuchawki i zaczęła słuchać muzyki.

- Co teraz zamierzasz mnie ignorować i się nie odzywać? - spytał zawiedziony. - Daj spokój...

Nagle mój telefon zabrzęczał. Wyjęłam go z torby.

To był SMS od Rose:

"IDŹ PO D!"

Spojrzałam na moją przyjaciółkę. Patrzyła na mnie zmrokiem, który mroził krew w żyłach. Jeszcze do tego jej czysto błękitne oczy. Spojrzałam w stronę stolika, przy którym siedział David. Siedział do nas plecami i miał kaptur na głowie. Dobra co mi szkodzi... Co mnie nie zabije to mnie wzmocni.

Wstałam od stolika i ruszyłam w stronę chłopaka. Po drodze minęłam stolik grupy, do której należała Martha. Chyba nie było tak źle jak myślałam. Bałam się, że chłopaki będą ją ignorować, jak to było wcześniej, albo dziewczyna będzie ich unikać. A tu proszę, siedzią i się wszyscy śmieją.
Doszłam do stolika, przy którym siedział David.

- Musisz usiądź z nami przy stoliku. Stokrotka kazał...

Brak reakcji.

- Ej...

Znowu nic.

- Czy ty mnie słuchasz?!

I znowu cisza.

Dobra, skoro tak... Ściągnęłam z jego głowy kaptur i zobaczyłam, że miał słuchawki. Już chciałam je zdjąć, ale zadzwonił dzwonek, ogłaszający koniec przerwy. David się na mnie dziwnie spojrzał, potem wzruszył ramionami i ruszył w stronę wyjścia bez słowa.Ja mu naprawdę kiedyś krzywdę zrobię. Westchnęłam głęboko i odwróciłam się. Za moimi plecami czekała na mnie reszta moje grupy. Rose nadal słuchała muzyki i przeglądała coś w telefonie, Will zaglądał jej przez ramie, a Tessa się lekko uśmiechała. Mimo porażki z zaproszeniem Davida do stolika uważam tą przerwę za udaną, bo udało mi się w jakiś sposób dogadać się z Theresą, a to cud. Nawet jeżeli tylko się śmialiśmy.

***

Po lekcjach poszłam jeszcze na dodatkowy parkour, więc nie szłam pomagać cioci. Po godzinie osiemnastej wróciłam do akademika. Wchodząc po schodach zauważyłam Bena, chłopaka Rose. Nie szedł on jednak na to piętro, gdzie znajdował się pokój mój i Rose. Na pierwszym piętrze skierował się do pokoju, gdzie mieszkała Maggie, z drugiej „A”. Zapukał do drzwi, które po chwili się otworzyły. Wyskoczyła z nich Maggie i przywitała chłopaka namiętnym pocałunkiem. Aż mnie ścisło coś w żołądku, już chciałam tam wparować, ale pomyślałam o moje przyjaciółce. Wbiegłam po schodach na następne piętro od razu kierując się w stronę naszego pokoju. Otworzyła mi drzwi i potknęłam się o czyjeś buty.

- Choler by to wzięła. - podniosłam się z podłogi. -Jaki idiota stawia buty przed drzwiami?

Zza ściany wyjrzał Will:

- Zgłasza się idiota. Trzeba patrzeć pod nogi, a nie wbiegać na oślep do pokoju...

- A co ty tu robisz? Nie, chwila... Nie po o tak się śpieszyłam. - weszłam głębiej do pokoju.

- Rose, Ben je...

- Wiem. - opowiedziała mi nie podnosząc wzroku spod ekranu telefonu.

- Wiesz? - spytałam zaskoczona. Oparłam się o drzwi od łazienki.

- Ale co wiesz? - wtrącił się William.

- Że Ben jest u Maggie.- opowiedziała moja przyjaciółka.

- A Ben jest...? - dopytywał się.

- Moim chłopakiem... Niebawem byłym...

- Czyli chcesz mi powiedzieć, że ten Ben siedzi sobie teraz z inną, zamiast być tu z tobą? - spytał zbulwersowany. Widać było, że się zdenerwował.

- Nie wydaje mi się czy siedzi...

Sekundę za późno zorientowałam się co powiedziałam. Mogłabym czasem ugryźć się w język. Usiadłam szybko koło Rose, która leżała na moim łóżku. - Przepraszam, nie powinnam była tego mówić...

- Myślisz, że nie wiem, co teraz robią? - spojrzała na mnie. Nie wiedziałam jak odpowiedzieć. Postanowiłam zmienić temat:

- Will, czemu przyszedłeś do nas?

- Victor mnie wygonił z pokoju, bo zaprosił tą jego Weronike... -zerknął na Rose, a potem spojrzał znacząco na mnie. Cholera. Nie potrzebnie pytałam... Zmienić temat, zmienić temat... Rozglądałam się po pokoju szukając czegoś, co by mnie zainspirowało... Tylko, że jak na złość nic takiego nie było. Zerknęłam na komodę, która była między łóżkiem Rose, a moim. Zdjęcie mojej mamy, moje i Rose jak byłyśmy małe, budzik, który jest znienawidzony tak samo przeze mnie jak i przez moją współlokatorkę. Dalej był pluszowy pies bez ucha, który mam od małego... Zdjęcie rodziców Rose...Mam!

- Mówiłeś, że przeprowadziliście się tutaj ze względu na to, że twoja siostra szła do gimnazjum?

Rose prychnęła.

- Aż tyle zajęło ci znalezienie innego tematu? - zwróciła się do mnie. - Nie musicie się obchodzić ze mną jak z jajkiem...

Znowu nie wiedziałam jak odpowiedzieć. Na szczęście blondyn mnie wyręczył;

- Nikt nie ma zamiaru obchodzić się z tobą jak z jajkiem Rose. Mercy mnie spytała czemu tu jestem, odpowiedziałem normalnie. Nie omijałem tematu, więc nie wiem o co ci chodzi...

- A to zerknięcie na mnie jak odpowiadałeś?

- A co nie mogę już na ciebie spojrzeć? Raz zerkam na ciebie, raz na Mercy... Od tego mam chyba oczy...

Rose wzruszyła tylko ramionami, poprawiła poduszkę i znowu wróciła do przeglądania czegoś w telefonie.

- Wracając do pytania... To nie był jedyny powód naszej przeprowadzki. Jeszcze przeprowadziliśmy się ze względu na prace taty, bo w Sul Tower nie mógł otworzyć sklepu. Mama pracuje w innej branży, w której łatwiej znaleźć prace...

- A czym się twój ojciec zajmuje?

- Robi...

Przerwało mu pukanie do drzwi. Wstałam z łóżka i poszłam sprawdzić kto pukał. Uchyliłam drzwi i zobaczyłam wysokiego, krótko obciętego szatyna. Ben.

- O! Kogo ja...

- Do widzenia panu. - spróbowałam zamknąć mu drzwi przed nosem, ale chłopak je przytrzymał.

- Mercy wpuść go... - zawołała Rose.

- Ale..?

-Wpuść!

Nie chętnie otworzyłam drzwi. Nie spuszczałam chłopaka z oczu.

- Hej kochanie... - chciał podejść do Rose, ale Will zagrodził mu nogą drogę.

- A ty kim jesteś? - spytał Ben.

- Will odpuść... - powiedziała brunetka. Usiadła na łóżku.

- Gdzie byłeś? - spytała. Chłopak zrobił zdziwioną minę.

- Jak to gdzie? Na treningu, a gdzie miałem być?

- Dobrze, a potem?

Czemu Rose po prostu mu nie przywali? Świerzbiło mnie, żeby to samej zrobić, ale wolałam jednak odpuścić. Will tak samo jak ja próbował zabić wzrokiem szatyna.

- Potem poszedłem do pokoju. O co ci chodzi Rose? - zbliżył się do niej, ale tym razem brunetka wyciągnęła rękę przed siebie, żeby się zatrzymał.

- Do czyjego pokoju poszedłeś?

- No jak o czyjego? - zaśmiał się. - Mojego.

- Pudło... - wtrąciłam się.

- Cicho siedź Mercy! - Rose podniosła na mnie głos. - Jeszce raz pytam. W czyim pokoju byłeś?!

Chłopak przełknął ślinę.

- Byłem w swoim pokoju! - powiedział po chwili.

- Wyjdź! - krzyknęła i wskazała w stronę drzwi.

- O co ci cho?

- Powiedziałam wyjdź!

- Ale kochanie.. - nadal próbował rżnąć głupa.

- Wiesz co? Myślałeś, że jesteś taki sprytny. Że jesteś mądrzejszy ode mnie. Myliłeś się. Myślisz, że nie wiem, że od miesiąca spotykasz się z Maggie?! Ha?! Co? Mowę odjęło?! A może powiesz kolejne kłamstwo? Wypierdalaj stąd, ale to już! - krzyknęła i rzuciła o podłogę komórką, która miała w dłoni. Odbiła się od podłogi i poleciała na moje łóżko, gdzie siedział Will, próbujący ochronić się, przed lecącą w jego stronę telefonem. Rose rzuciła się z powrotem na moje łóżko, chowając twarz w poduszce.

- Nie słyszałeś co powiedziała? - stanęłam za chłopakiem i złapałam go za ramię. Wzdrygnął się, a następnie wyrwał z mojego uścisku i powiedział:

- Sam sobie poradzę – i szybkim krokiem wyszedł z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. Podeszłam szybko do Rose.

- Hej... Nie masz się co przejmować nim...

Wzdrygnęła się. Zaczęłam głaskać ją po ramieniu. Po chwili Will też podszedł. Ukucnął na ziemi przy twarzy mojej przyjaciółki. Miał mocno zaciśnięte dłonie, tak jakby coś tam trzymał.

- Hej, nie przejmuj się. Wyciągnę cię jutro na coś słodkiego. Wiem, że uwielbiasz słodycze... Ja stawiam!

- Obiecujesz? - odezwała się Rose lekko przyduszonym głosem.

- Przysięgam!

- Super! - Rose zerwała się z łóżka. Nie wyglądała na załamaną zupełnie. Czyżby ona tylko udawała..? Nagle pstryknęła Willa w czoło.

- Musiałam się odegrać. - pokazała mu język

- Jak mogłaś? - udawał oburzenie. - A ja chciałem ci dać to... - otworzył dłonie. W dłoniach miał śliczną różę zrobioną ze szkła.

- Skąd to wziąłeś? - spytałam zaskoczona.

- Mój ojciec robi biżuterię.... Nauczyłem się od niego wytwarzać szkło i różne metale... W końcu są związane z ziemią.

- Ale super... - Rose już wyciągnęła rękę, żeby wziąć różę, ale chłopak szybko zamknął dłoń i wyciągnął ją poza zasięg Rose.

- Nie ma tak łatwo. - zaśmiał się. - Nie dostaniesz tego... Na razie tylko mam cię wyciągnąć na coś słodkiego... Na różę nie zasłużyłaś...

- Nie to nie! - udała, że się obraża i odwróciła się w moją stronę. A jednak. Rose płakała, jej rzęsy były pozlepiane od łez. Wchłonęła swoje łzy z poduszki, żeby nie było plamy, ale mnie nie tak łatwo oszukać. Za dobrze ją znam. Wiem kiedy się czymś przejmuje, albo denerwuje i to po portu było nie możliwe, żeby po zerwaniu z Benem była taka wesoła... No, ale nie będę się odzywać. Będę musiała odwdzięczyć się Willowi, za to, że tak dobrze poprawił jej humor...

Następnego dnia zobaczyłam Bena ze śliwą pod okiem. A najciekawsze jest to, że to nie ja byłam autorką tego arcydzieła. Jestem ciekawa, kto jest winny tej pięknej ozdobie na jego twarzy casanovy od siedmiu boleści....

------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Już prawie 700 wyświetleń dziękuję <3
Coś popsułam dodając ten post ;-; Ale chyba naprawiłam, więc miłego czytania ;)

niedziela, 22 marca 2015

Mercy i spotkanie w parku

Pierwszy tydzień w szkole minął spokojnie, co było dosyć dziwnie, jak na moją klasę. Może to przez pogodę? Przez cały tydzień padało, więc ja musiałam sobie radzić z żyjącym sobie własnym życiem, gniazdem na mojej głowie. Na szczęście na następny tydzień zapowiedzieli ładną pogodę. Ze względu na to, że grób mojej mamy znajduje się w takim jakby dołku, to w sobotę postanowiłam, przed pójściem do cukierni cioci odwiedzić mamę i sprawdzić, czy jej grobu nie zalało. 

Wysiadając z autobusu wdepnęłam w kałuże. Świetnie, teraz mam całe mokre trampki. Przynajmniej już nie pada. Ruszyłam w stronę cmentarza zostawiając mokre ślady. Kiedy byłam przy grobie z ulgą odetchnęłam, że nie został zalany. Wytarłam go, postawiłam kwiaty, które wcześniej kupiłam, zapaliłam znicz i ruszyłam w stronę parku, w którym ostatnio widziałam Davida. Właśnie! Davida nie było przez ten tydzień w szkole. Czułam, że jakbym go spotkała znowu, to bym mu na wsadzała. Myśli, że można mu wszystko...

O dziwo nie było go przy tej ławeczce, gdzie był wcześniej. Jednocześnie się zdenerwowałam, ale i ucieszyłam. Jakoś nie chciałam jednak oglądać jego twarzy. Pod koniec drogi zauważyłam jak trójka wyrostków kopie coś pod murem. Od razu ruszyłam w ich stronę. Pociągnęłam jednego z całej siły za kaptur, że aż upadł, drugiego odepchnęłam ramieniem. Nie zwróciłam uwagi na trzeciego, bo tym czymś, co kopali okazał się David. Cały był umorusany błotem i odrobiną krwi. Kulił się. Przez to, że skupiłam się na nim, nie zauważyłam jak trzeci typek się do mnie zbliżył. Złapał mnie za nadgarstek i przeciągnął do siebie:
- Kogo my tu mamy?

- Fajna lasia. - podszedł i chwycił mnie za drugi nadgarstek ten, którego wcześniej przewróciłam. O, bardzo dziękuję panu, teraz mogę zrobić to... Odepchnęłam się z całej siły od ziemi, złapałam obu "panów" za ręce, używając ich jako podpory i zrobiłam salto do tyłu przy okazji wykręcając im ręce... Oczywiście miałam taki zamiar. Oboje od razu mnie puścili.

- A to sucz! - syknął jeden. Chłopak, którego wcześniej odepchnęłam już ruszył w moją stronę. Rozejrzałam się szybko czy nie ma nikogo, kto mógłby na mnie nagadać do władz. Na szczęście nikogo nie było. Całą moją pięść pokryły płomienie (jak dobrze, że miałam wtedy bluzkę na krótki rękawek i moje ubranie nie zajęło się ogniem). Gdy tylko zobaczył płomienie od razu się zatrzymał.

- Chłopaki zmywamy się. Laska jest magiem. - powiedział i zaczął szybkim krokiem iść w stronę wyjścia z parku. W jego ślady poszła pozostała dwójka. Nie miałam zamiaru ich gonić, czy atakować, bo używanie magii w miejscach publicznych jest zakazane. Miałam tylko nadzieje, że dostali nauczkę. A gdybym ich pobiła, mogli by to zgłosić i bym miała kłopoty... Tak ja bym miała, nie oni. Podbiegłam szybko do Davida. Od razu poczułam zapach alkoholu. Od tamtych kolesi też tak waliło. Chciałam go dotknąć, ale odepchnął moją rękę.

- Staram się ci pomóc! - powiedziałam i ponownie spróbowałam go dotknąć. Obrócił się w moją stronę. Cholera. Jest jednak mocno poobijany. Miał już opuchnięte lewe oko, a z pod jego ciemnej grzywki, przez całą twarz ciekła krew. Odchyliłam ostrożnie grzywkę, na co syknął z bólu. Uformowałam odpowiednio moją energię magiczną w dłoni, w której po chwili pojawiło się turkusowe światło. Zaklęcie, którego użyłam jest bardzo skomplikowane, bo nie ma dokładnych instrukcji jak formować magie. Nie ma ani magicznych kręgów, ani run. Po prostu musiałam nauczyć się trudnej sztuki formowania magii na wyczucie? Tak, chyba tak to mogę nazwać. Zbliżyłam dłoń do rany na czole chłopaka. Poczułam przyjemne ciepło. Jest! Działa! Widziałam jak rana się zabliźnia. Normalnie potrzeba by było kilka szwów i pewne zostałaby blizna, a tu szybko i bez krzyku. Zajęłam się jego okiem.

- Czemu nie pozwalasz mi umrzeć?

- Co? - spytałam zaskoczona.

- Czemu nie pozwalasz mi umrzeć? - powtórzył głośniej za chrypniętym głosem.

- Żartujesz chyba? Nie umarłbyś od takich zadrapań i siniaków...

Może bredzi przez ten alkohol, który od niego wyczuwam? Zaczęłam regenerować otarcia na jego nogach, bo tam miał ich najwięcej.

- Ja nie powinienem żyć! - podniósł głos. Wyprostowałam się.

- Jak możesz tak mówić!? Czy ty sobie wyobrażasz, przez co przechodzi teraz Alex? Nie dość, że urywasz się z lekcji, spotykasz się z dziwnymi typkami... To, że twoi rodzice nie żyją nie oznacza końca świata.

- Ty nie wiesz jak to jest stracić kogoś bliskiego...

Ja nie wiem!? Straciłam dwie najbliższe mi osoby, i to w gorszy sposób niż on... I JA NIC NIE WIEM? Wzięłam głęboki oddech.

- Skąd wiesz, że nie wiem? Nie, to nie jest ważne. Alex się pewnie o ciebie martwi...

- Nie martwi.

- O czym ty mówisz?! Alex zawsze stawiała ciebie na pierwszym miejscu! Zawsze kiedy czegoś potrzebowałeś była przy tob...

- I WŁAŚNIE DLA TEGO NIE ŻYJE! -krzyknął. C-co? Alex nie żyje? Jak to? Przecież rozmawiałam z nią w wakacje.

- Wszystko moja wina... Gdybym wtedy nie zadzwonił... Gdybym wtedy nie kazał jej przyjechać do szpitala wszystko było by dobrze. Ona by nie umarła...

Zaczęło mi świtać. Tego dnia kiedy rozmawiałam z Alex, ktoś do niej zadzwonił. Powiedziała, że musi szybki pojechać. Nie powiedziała gdzie... Po prostu pobiegła do samochodu. To się stało wtedy. Zakryłam usta dłońmi.

- Gdybym nie powiedział jej o rodzicach, nic by się nie stało. Nie powinienem żyć... - zerknął na mnie. Po jego policzkach ściekały łzy. Nagle jego wyraz twarzy się zmienił.  - Co? Już nie masz nic do powiedzenia?! Nie masz najmniejszego pojęcia co teraz cz... 

Spoliczkowałam go.

- Jak możesz!? Myślisz, że Alex chciałaby tego? - wstałam. - Alex nigdy nie chciałaby widzieć czegoś takiego. Nawet jeśli umarła, to TY nie powinieneś myśleć o śmierci! Dla tych, których się kocha, się żyje, a nie umiera! Co by powiedziała, gdyby cię tu zobaczyła?! - miałam łzy w oczach. Szybko obróciłam się na pięcie i wybiegłam z parku, zostawiają Davida samego. A niech tam gnije jak chce! Boże Alex, mam nadzieję, że go nie obserwujesz.

***

Szłam prosto do cukierni ciotki. Kiedy weszłam przez szklane drzwi zadzwonił przywieszony do nich dzwoneczek. Nagle wszyscy w środku umilkli i patrzyli na mnie. Carol, kelnerka, która pracowała u nas od nie dawna, spadła tacka z talerzykami.

- Boże święty... - jęknęła. Ciocia wyszła z kuchni. Przez chwilę stała jak wryta, ale za raz odżyła.

- Carol posprzątaj to co się zbiło i wróć do pracy. - powiedziała spokojnie. Równym krokiem podeszła do mnie, objęła mnie ramieniem i zaprowadziła w stronę kuchni.

- O co wszystkim chodzi? - spytałam. Ciotka mnie przytuliła.

- Boże, jesteś cała? - powiedziała łamiącym się głosem. Zaczęła mnie całować i przytulać na zmianę. - Czemu nie zadzwoniłaś, że coś ci się stało. Przyjechałabym po ciebie. Chodź na górę. 

Nie rozumiałam tego wylewu czułości.

- Ale co się stało ciociu? - spytałam. Spojrzała na mnie ze zdziwieniem. Po czym znowu mnie przytuliła:

- Spokojnie... - zaczęła gładzić mnie po włosach

- Ale ja na prawdę nie wiem o co ci chodzi! - odsunęłam się delikatnie od niej i zobaczyłam siebie w odbiciu lustra. Spodnie i buty miałam w błocie, a biała bluzka była dodatkowo umorusana odrobiną krwi.

- Nie, nie, nie, ciociu! Ze mną nic nie jest! Wszystko w porządku. To krew Davida! Nie moja. Ja nie mam nawet zadraśnięcia. Wszytko ci opowiem. Chodźmy na górę! - uspokajałam ją.

Widziałam w jakim stanie była ciocia Judy. Tak się o mnie martwiła... Po drodze upewniłam ją, że nic mi nie jest, dzięki czemu się uspokoiła. Nad cukiernią jest mieszkanie cioci i w sumie moje też. Judy kazała mi się najpierw umyć i wziąć czyste ubranie. Dopiero po tym miałam jej opowiedzieć co się stało.

- Mercy... Ja myślałam, że zejdę na zawał jak cię zobaczyłam... Nie zorientowałaś się, jak wyglądasz?

- Nie... Chociaż przechodnie na mnie dziwne patrzyli... Już wiem dlaczego! - siedziałam umyta i przebrana na fotelu, na przeciwko cioci, w dużym pokoju i wycierałam włosy ręcznikiem.

- Boże, ale nie strasz mnie już tak więcej. -przytuliła mnie już chyba setny raz.

- I na pewno jesteś pewna, że nikt nie widział cię jak miałaś płomienie, na dłoni, ani jak leczyłaś tego Davida?

- Tak jestem pewna... - oberwałam gazetą w głowę. Co ja jestem pies?

- Czyś ty do reszty zgłupiała?! Mogli by zgłosić to na policje! - podnosiła głos. A co się stało z tą czułością co była przed chwilą?

- Mogli by mi ciebie zabrać... Nigdy więcej tego nie rób! Magia tylko w szkole, albo jak jestem gdzieś w pobliżu! Jasne?

- Mhm...

- Nie chcę żadnych pomruków, tylko pełne słowo!

- Zrozumiałam...

- No i tak ma być. - schyliła się i pocałowała mnie w czoło. Kiedy to robiła ktoś za pukał do drzwi.

- Jesteś pewna, że nikt cię nie widział, bo nie chciałbym teraz zobaczyć przed drzwiami policji. -ruszyła w ich stronę. Wychyliłam się, żeby zobaczyć kto przyszedł. Błagam tylko nie policja! Błagam!
- Dzień Dobry. Jest Mercy? Nie było jej na dole, a jedna z kelnerek jak ją spytałam, co się stało, dziwnie się zachowywała... - rozpoznałam głos Rose i odetchnęłam z ulgą. Wychyliłam się jeszcze bardziej, bo nadal nic nie widziałam.

- Jest w środku. Wszystko z nią w porządku, wychodźcie. Ja muszę zejść na dół i wszystko wyjaśnić... - powiedziała Judy i przeszła przez drzwi. Do środka weszła Rose i Will. Zapomniałam nadmienić, że przez cały tydzień ta dwójka codziennie przychodziła tutaj po szkole. Strasznie dobrze się dogadują...

- He... O mój Boże! -krzyknął blondyn kiedy mnie zobaczył. -C-c-c-co ty masz na głowie?

Na głowie? Dotknęłam moich włosów...

- Nie no fajnie... Już zdążyły same wyschnąć?

- Pobiegłam po szczotkę i zaczęłam je z całej siły rozczesywać.

- Miło Mercy, że zajmujesz się gośćmi... - krzyknęła z ironią Rose.

- A jaki z ciebie gość? Byłaś tu tyle razy, że czujesz się jak w domu, prawda?

- Ale jest tu też Will...

- Przecież ja wiem. Nie jest przezroczysty. Zajmij się nim, przecież wiesz gdzie wszystko jest...

- No dobra... Pokaże mu twoje albumy jak byłaś małym rudzielcem... -ciemnowłosa ściszyła głos. Co? Ruszyłam z łazienki do szafki pod telewizorem i zakryłam ją rękami.

- Ty na serio byłaś ruda, skoro tak chronisz te albumy. Ha ha! - zaśmiał się Will.

- A teraz siadaj tu i wszystko opowiadaj! - nakazała mi Rose. Aha? Czyli użyła podstępu , żeby zmusić mnie do przyjścia...

- No dobra... - i zaczęłam opowiadać wszystko od nowa.

- Ale się porobiło. - zaczął Will, przeczesując palcami swoją blond czuprynę.Rose się nie odzywała, bo pewnie dogłębnie analizowała całą sytuację.

- Co zamierzacie z tym zrobić? - spytała ciocia Judy, która zdążyła już wrócić.

- Na razie nic. - odezwała się nagle Rose. - Z tego co mi wiadomo, to jest zapisany do akademika, więc nie wypisali go ze szkoły. Jeżeli w tym tygodniu nie przejdzie, to ktoś z opiekunów chłopaków z akademika będzie musiał go sprowadzić siłą... Pamiętasz jak było z Carlem z pierwszej A?

- No pamiętam... - odpowiedziałam jej.

- Właśnie... Więc mamy pewność, że wróci do szkoły. A do póki nie wróci nic nie robimy...

- Dobra, ale ja nie wiem nic o żadnym Carlu. - wtrącił Will.

- Obcięli mu ręce i nogi żeby nie mógł używać magii. - odpowiedziała szybko i śmiertelnie poważnie Rose.

- CO?! - krzyknął.

 -Spokojnie, Rose żartuje. - uspokoiłam go. - Najpierw ściągnęli go do szkoły, a jak nadal się wymykał, dali podanie do góry, żeby usunęli z niego całą magie... Co w sumie jest nawet gorsze od obcięcia ręki...

- To tak można? - spytał zdziwiony.

- Dla wiadomości publicznej? Nie. Ale ogólnie jest to w właśnie takich przypadkach. - odpowiedziała niebieskooka.

- To musi być strasznie... Szczerze? Nie wyobrażam sobie życia bez mojej magii. No dobra Mercy, ja już chyba będę się zbierał - blondyn wstał.

- I ja też. Mercy idziesz z nami, czy zostajesz? - spytała Rose.

- Zostaję dziś u cioci. - odpowiedziałam i odprowadziłam ich do drzwi.

- Cześć Mercy. Do widzenia pani! -krzyknął Will wychodząc razem z Rose.

- Do widzenia. -odpowiedziała ciocia.

- Oni są parą? Pierwszy raz tego chłopaka widzę. To ten William, który dołączył do twojej klasy? - spytała, kiedy już zamknęłam drzwi.

- Nie są parą... Rose jeszcze nie zerwała z Benem.

- Jeszcze? Dziewczyna niszczy sobie wspomnienia z młodości...

- Już nie długo... Powiedziała, że jak on do niej przyjdzie, to z nim zerwie... Mam taką nadzieję...

Judy zrobiła siebie na dziś wolne i siedziała cały wieczór ze mną. Następnego dnia pomogłam jej w cukierni, poszłam na grób Alex, który znalazłam na mapce naszego, lokalnego cmentarza i wróciłam do akademika.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
I nowy rozdział już jest...Trochę krótki, w porównaniu z poprzednimi, ale jest! Następny już w sobotę. Zapraszam do komentowania i obserwowania mojego bloga :3

piątek, 20 marca 2015

Mercy i lekcja wychowania fizycznego

Wychowanie fizyczne mamy podzielone na chłopaków i dziewczyny, ale od trzeciej gimnazjum ćwiczę razem z przedstawicielami płci męskiej. Pan, który wtedy prowadził tą lekcje z nami, powiedział, że się marnuje i mam ćwiczyć z chłopakami. To prawda, jestem silniejsza i oczywiście zwinniejsza, od kilku chłopaków z naszej klasy, a przecież ta szkoła właśnie stawia duży nacisk na wychowanie fizyczne, więc nie ma tutaj jakiegoś grubaska, albo chuderlaka. Nie jestem też jakąś kulturystką, czy coś... Korzystam po prostu ze swojej magii, czyli ze swojego potencjału. Nadrabiam siłę wpisaną w genach u chłopaków, magią. Bo mogę, prawda? Nikt mi nie zabroni.

Założyłam strój, wszystkie dziewczyny miały taki sam, różniły się tylko kolorem. My drugoklasistki mamy granatowe, krótkie spodenki i białe bluzki z krótkimi rękawkami tego samego koloru.
Związałam włosy w kucyk, grzywkę zaczesałam do tyłu i spięłam spinką. Usiadłam na ławce, czekając na dzwonek. Sporo dziewczyn już po przychodziło. Nie tylko z mojej klasy. Oprócz mojej drugiej B wychowanie fizyczne miały jeszcze trzy pierwsze klasy liceum i chyba trzecia gimnazjum. Usłyszałam rozmowę dwóch dziewczyn, chyba były właśnie z trzeciej gimnazjum:

- Ty wiesz, że w tym roku będzie nowy trener? - trajkotała jedna.

- Nooo, on jest taki przystojny. Może dziś będzie miał z nami! - odpowiedziała jej druga.

- Nieee, pewnie będzie miał z nami za tydzień. Podobno ma mieć dziś z drugą... - rzuciła w moją stronę zabójczy wzrok. Aż dreszcz mnie przeszedł. Co te dziewczyny sobie myślą? Nowy facet i od razu by za niego zabiły! Gimnazjalistki ściszyły ton i zaczęły się z czegoś śmiać, co chwila zerkając na mnie. Nie podejdę do nich, bo nic nie usłyszałam, ale jestem pewna, że to nie były żadne pochlebne komentarze. Nie rozumiem takich dziewczyn. Tylko faceci im w głowach. Ja nie miałam nigdy chłopaka i dobrze mi z tym! Nie, żebym nie chciała mieć. Znalezienie sobie drugiej połówki, po prostu nie jest moim priorytetem.

Pod koniec przerwy, kiedy już wszystkie dziewczyny z naszej klasy się przebrały, do szatni weszła Rose i oświadczyła mi, że nie mam zamiaru ćwiczyć. Zmusiłam ją, mówiąc, że nie będzie miała wstępu do cukierni mojej ciotki przez miesiąc. Wiedziała, że nie blefuje, bo już raz dotrzymałam takiej obietnicy. Moja przyjaciółka jest miłośnikiem wyrobów cioci Judy. Od zwykłych drożdżówek, po torty najróżniejszej maści. Jest strasznym łasuchem. Jedna rzecz mnie niepokoi, a mianowicie, że Rose je na potęgę różnych słodkości, a i tak ma idealną figurę. Niesamowita przemiana materii.

Po dzwonku wyszłyśmy z szatni na boisko. Miałyśmy mieć zbiórkę, razem z chłopakami. Wychodząc, rozejrzałam się szukając, jednego wyróżniającego się osobnika. W końcu w tej szkole jest mało dwumetrowych afro-amerykanów, prawda? Mam go! Mike i reszta chłopaków stoją przed boiskiem do piłki nożnej.

- Dziewczyny tam! - zawołałam i ruszyłam w stronę chłopaków. Mamy wiele boisk na terenie szkoły, więc trzeba się trochę rozejrzeć. Nasza szkoła w ogóle, ma duży teren, ale o tym kiedy indziej.

Ustawiłyśmy się w rzędzie, od najwyższej do najniższej, koło chłopaków. Po chwili przyszedł pan Evans, który prowadzi zajęcia z chłopakami (i mną), pani Candelaria, która prowadzi zajęcia z dziewczynami. Razem z nimi szedł jeszcze ktoś. Mężczyzna, miał może z dwadzieścia pięć lat, był bardzo podobny do Candelarii. To pewnie ten nowy wuefista. Przywitaliśmy się z trenerami. Tak jak myślałam, był młodszym bratem pani Candelarii i na imię miał Celio.

- Pan Celio, będzie prowadził wychowanie fizyczne u chłopaków, więc dziewczyny, wy już idźcie z panią Candelarią - powiedział Evans i odprowadził je wzrokiem. Ja oczywiście zostłąm Kiedy już opuściły boisko, zwrócił się do pana Celio:

- Oddaję ich w twoje ręce - i usiadł wygodnie na ławce.

- No dobrze - zaczął Celio z lekkim hiszpańskim akcentem. Dokładnie takim jak pani Candaleria. Przeszedł się przed wszystkimi i oczywiście swój wzrok zatrzymał na mnie

- Czy pan Evans, nie powiedział, że dziewczęta mają iść z panią Candalerią?

 Tak jak myślałam. Trzeba będzie mu wytłumaczyć... Z szeregu wyjrzał zdziwiony Will. Pewnie nie zauważył wcześniej, że zostałam...

- Słyszałam, co pan Evans powiedział, ale ja nie mam wu-efu z panią Candalerią.

- Chcesz mi wmówić, że taka dziewczyna jak ty, ćwiczy razem z chłopakami?

Taka jak ja?

- Wolne żarty. Chciałaś mnie prze testować, czy co? Dziewczęta są za słabe, żeby ćwiczyć z chłopcami, dlatego właśnie wu-ef jest rozdzielony. No już zmykaj!

Więc taki trener szowinista mi się trafił?! Czułam jak robi mi się coraz goręcej... No dobrze, skoro ma zamiar tak ze mną rozmawiać proszę bardzo. Wzięłam głęboki oddech, by wypowiedzieć wiele wyszukanych obelg w jego kierunku, ale uprzedził pan Evans:

- Spokojnie Celio. Mercy jest wyjątkowa, z reszta sam się przekonasz.

Celio spojrzał na mnie, potem się delikatnie uśmiechnął:

- Dobrze, więc panienka Mercy poprowadzi dziś rozgrzewkę!

Okej, skoro tak, to niech mu będzie!

- Chłopaki! Dyszka wokół boiska! - krzyknęłam i zaczęłam biec. Oczywiście, żaden nie był zadowolony, ale tak zawsze jest, kiedy to ja mam rozgrzewkę. Musiałam im tym razem dać trochę w kość, bo trzeba było pokazać temu trenerowi co potrafię. Przebiegałam właśnie ósme kółko, kiedy zaczepił mnie Will.

- Dziesięć, to nie przesada? - spytał lekko dysząc.

- Nie, a i tak rzadko prowadzę rozgrzewkę, więc jak trochę pobiegacie, nic wam nie będzie. -odwróciłam się i zaczęłam biec tyłem, żeby móc mu patrzeć twarzą w twarz.

- Popisówa?

- Dokładnie! Muszę pokazać temu Celio, żeby lepiej ze mną nie zadzierał.

- Szczerze nie spodziewałem się, że możesz ćwiczyć razem z nami.

- Co ty też uważasz, że - zaczęłam udawać hiszpański akcent - taka dziewczyna nie może ćwiczyć z chłopcami?

Zaśmiał się:

- Nie, to po prostu była niespodzianka. Które kółko?

- Ósme.

- Serio? Ja dopiero siódme kończę.

- Dobra ja lecę już dalej swoim tempem - Odwróciłam się i przyśpieszyłam. Rozgrzewkę przeciągałam, tak, żeby trwała całą pierwszą godzinę. Cały czas czułam wzrok Celio na sobie, więc dawałam chłopcom cięższe ćwiczenia. Pewnie będą na mnie  Na przerwie poszłam do łazienki obmyć twarz razem z Rose.

- Niezłe ćwiczenia nawymyślałaś. Chciałaś zaimponować nowemu trenerowi? - spytała wycierając twarz swoim ręcznikiem.

- Ha! Zaimponować? Może, ale nie z własnej woli. On mnie do tego zmusił! Dziewczyny są słabsze od chłopaków – znów udawałam hiszpański akcent i pokazałam jej język.

- Widzę, że już ci zaszedł za skórę, co?

- Mhm. Pieprzony szowinista...

- Uhuhuhu! Mercy jest zła.

- No tak! Mam nadzieję, że tylko jedną lekcje będziemy z nim mieli...

- Mercy? - Rose oparła się o ścianę i spojrzała mi prosto w oczy - Co zrobimy z Davidem?

- O co ci znowu chodzi? - spytałam lekko poddenerwowana.

- Dobrze, wiesz o co. On znajduje się w podobnej sytuacji, jak ty się znajdowałaś...

- Przejdź do rzeczy...

- Wiesz, że on nie ma przyjaciół, co nie?

- Ha! Jak nie ma, jak ma?! A cała zgraja, która się koło niego kręci?

- Mercy, dobrze wiesz, że to nie są prawdziwi przyjaciele - powiedziała naciskając na przedostanie słowo. - Ty miałaś mnie, Luka, a on został zupełnie sam...

- Sam sobie taki los zgotował. I nie został zupełnie sam. Ma Alex...

- A ty masz ciotkę... Rodzice nie żyją...

- Moi też..

- Mercy, nie żyje TYLKO twoja mama.

- Ojciec też jest dla mnie martwy, i dobrze o tym wiesz...

- Dobra, nie ważne. Jednak coś będziesz musiała zrobić. David jest w naszej drużynie i wiesz, że teraz wszystko będziemy musieli robić razem. A ja nie chcę żadnych spięć. Wystarczy, że ty i Theresa już zalazłyście mi za skórę.

- Dobra, nie będę wszczynać kłótni, jeżeli o to ci chodzi. Ale też nie będę się jakoś z nim spoufalać... – Ruszyłam w stronę drzwi, ale usłyszałam, jak moja przyjaciółka mówi pod nosem:

- Jesteś taka dziecinna -  Lekko się zaśmiała.

- Dziecinna? - odwróciłam się w jej stronę.

- No tak, a jak inaczej nazwiesz swoje zachowanie. Nic konkretnego ci nie zrobił, a ty jesteś na niego tak cięta...

- Bo nie byłaś z nim tak zaprzyjaźniona jak ja. Był mi tak bliski jak ty, Rose, a tu nagle bum! I go nie ma. Na listy nie odpisywał, a jak przyjechał miał mnie kompletnie w dupie...

-Właściwie... - próbowała wciąć coś brunetka.

- Nie uważasz, że to jego zachowanie jest dziecinne? Schodzić na złą drogę, żeby zwrócić na siebie uwagę? To jest dopiero dziecinne! Powinnyśmy iść, za chwilę będzie dzwonek...

Rose tylko westchnęła i poszła za mną. Wiedziałam, że kiedyś do tego wrócimy, bo nie doprowadziła do momentu, kiedy nie wiem co powiedzieć, a to w jej stylu.

***

- Ze względu na to, że jest to wasz pierwszy wu-ef po wakacjach, to zagramy w coś przyjemnego. -zaczął pan Celio, kiedy zebraliśmy się na zbiórkę. Przez chwilę się zastanawiał, a potem rzucił;

 - W zbijaka! - zatarł dłonie i wskazał na niskiego blondyna, pytając jak się nazywa.

- Victor – odpowiedział chłopak

- Ty będziesz wybierać jedną drużynę, a drugą będzie wybierać Mike.

Nie dziwię się, że zapamiętał Mike'a. W końcu bardzo się wyróżnia na tle klasy. Chłopcy jak zwykle rozstrzygnęli, kto ma wybierać pierwszy za pomocą gry w kamień, nożyce, kamień. Mike wygrał. Rzucił na wszystkich wzrokiem.

- Mercy chodź do mnie - zawołał. Wiedziałam, że mnie wybierze. Zawsze jestem wybierana jako pierwsza, albo druga... Zależy jeszcze kto wybiera i do czego. Czasem zdarza mi się być trzecią, ale to rzadko. Podeszłam do niego i przybiłam mu piątkę.

- To w takim razie ja biorę Lucasa - odezwał się Victor.

Na końcu został Tobias i doszedł do grupy Victora. Ja byłam z oczywiście Mike'm, Nathanielem, Leonem, Marcusem i Thomasem. Victor był z Lucasem, Tobiasem, Jeremim, Luisem i Willem. Ustawiliśmy się na boisku. Mike był matką, w końcu tak wielkiego kolesia jak on, bardzo łatwo jest zbić i by się tylko zmarnował, a cela ma bardzo dobrego, więc matka to zadanie dla niego idealne. Matką w drugiej grupie był Jeremi. Celio odbił piłką od ziemi, rozpoczynając grę. Złapał ją Victor.

- No może się odwdzięczę Mercy, za ten mój złamany nos. Co ty na to? - zaśmiał się do mnie. Już się na mnie nie gniewa za ten nos, ale i tak często mi to wypomina...

- Najpierw musisz mnie trafić. - krzyknęłam do niego. Stanęłam na środku boiska, rozłożyłam ramiona i krzyknęłam:

- Bierz mię, ah, całą!
Chłopak się zaśmiał. W zeszłym roku mieliśmy parami przedstawić scenę balkonową z „Romeo i Julii”. Mieliśmy się dobrać w pary chłopak-dziewczyna, ale ze względu na to, że chłopaków było mniej, to ja byłam z Rose. Victor zamachnął się piłką i rzucił w moją stronę. Bez problemu ją złapałam.

- Chyba nie tym razem mi się odpłacisz. Musisz zejść z boiska - i za nim się zdążył zorientować, został przeze mnie zbity.

- Nie, no! Dzięki Mercy! Mogłabyś czasem dać trochę pograć - powiedział schodząc z boiska. Celio kazał mu obiec boisko pięć razy, żeby się przypadkiem nie nudził. Każdy kto został zbity, musiał to zrobić.
Teraz piłkę złapał William. Jestem ciekawa jak on gra. Popatrzył na piłkę, obrócił ją w rękach, podrzucił, znowu obrócił w rękach i rzucił. Od dawna nie mogłam złapać jakiejś piłki. Gdybym spróbowała odbiłaby mi się od dłoni i zostałabym zbita. Leciała bardzo szybko, więc i ja zrobiłam szybki unik. Udało mi się zejść z drogi piłce, ale niestety za mną stał Leon, który zaskoczony oberwał piłką w brzuch. Pewnie schował się za mną, bo myślał, że tam będzie bezpieczny. Niestety nie tym razem. Nie mogłam też zacząć atakować, bo piłka poleciała z powrotem na drugą stronę boiska.

- A myślałem, że uda mi się ciebie zbić. No niestety, jak widać jesteś też dobra w unikach – zaśmiał się Will. Wydawał się lekko zawiedziony. Chłopaki z jego drużyny zaczęli przybijać mu piątki. Zaczęło się we mnie gotować. Nie byłam przyzwyczajona do porażek, a nagle taka opcja się pojawiła. Blondyn znowu miał piłkę. Tym razem nie wycelował we mnie, a w Nathaniela. Na szczęście chłopak zrobił unik. Piłek Willa nie dało się złapać. Rzucał z taką szybkością, albo pod takim kontem, że było to niemożliwe. Kiedy piłka niefortunnie uderzyła o ziemie i zaczęła się turlać, Nathaniel szybko to zauważył i pobiegł po nią, żeby przypadkiem nie doturlała się do matki przeciwnej drużyny. Sekundę potem zbił Lucasa.

Piła przelatywała z jednej strony na drugą. Czasem zbijając kogoś, czasem nie. W ciągu ponad dwudziestu minut na boisku został Will i ja. Blondyn był przy piłce, a ja za cholerę, nie mogłam jej przechwycić. Jedyne co mogłam robić to uniki.

- Jeszcze się nie zmęczyłaś? - spytał rozbawiony.

- J-Jeszcze nie.... - opowiedziałam lekko zdyszana. Chłopak rzucił piłkę, a ja zanurkowałam w powierzchnię boiska. Wszystko, byle by mnie nie trafił. Piłka doleciała do Jeremiego. Gdyby tylko on spróbował we mnie trafić to bym miała już piłkę, ale niestety nie. Już raz zobaczył, że mogę złapać jego piłkę, więc podaje górą do Willa, który we mnie celuje. Miałam już po obcierane nogi, ale zbytnio się tym nie przejmowałam, bo po w-fie się tym zajmę. Gorzej było z tym, że jestem już zmęczona tymi ciągłymi unikami. Blondyn znowu we mnie rzucił. Tym razem w nogi, więc musiałam podskoczyć. Byłam już naprawdę zmęczona, ale nie chciałam się poddać, bo czegoś takiego nie uznaję. Walczyłam dalej. Unikałam jeszcze jakieś dziesięć minut i wpadłam na pewien pomysł. Jedynym sposobem żeby dostać piłkę, było dać się nią trafić. William ciągle się do mnie uśmiechał z pożałowaniem. Ha! Za chwilę wygram! Czas wyciągnąć mojego asa z rękawa.

- Chyba wystarczy tego, co Mercy? - spytał.

- Wiesz co? Masz racje... - odpowiedziałam mu z uśmiechem, co go chyba zaskoczyło. Blondyn wycelował i rzucił we mnie. Wychyliłam się w tak, żeby piłka uderzyła mnie... w twarz! Tak, w twarz. Nagle zgasło światło, a cała twarz zaczęła mnie mrowić. Leżałam i zaczęłam się śmiać. Wszyscy do mnie podeszli i pytali czy wszystko w porządku, a ja się śmiałam. W dodatku nie wiedziałam co mnie tak rozśmieszyło. Celio uznał to za faul i kiedy wstałam, dał mi piłkę.

- Nie myślałem, że dasz się specjalnie uderzyć w twarz... - zaczął Will.

- Nie mogłam przecież pozwolić, żeby nowy mnie pokonał, prawda?

Dziwnie się mówi z całą odrętwiałą twarzą. Cholera, strasznie mocno rzucił tą piłką...

- Zawsze musi być ten pierwszy...

- Cicho tam... - przerwałam mu. - Słuchaj Mike! Ja ci rzucę piłkę a ty go zbijesz - wskazałam na blondyna. - Okej?

- Okej – odparł.

Miałam tylko nadzieje, że załapał, że mówiłam prawdę. Specjalnie powiedziałam to tak, żeby Will słyszał. Pewnie pomyślał, że tak nie zrobię i będzie czekał na piłkę ode mnie. Wycelowałam najpierw niego, a potem zamachnęłam się i rzuciłam górą do Mike'a. Will zdezorientowany chciał się obrócić, ale został już zbity piłką w dłoń przez ciemnoskórego. Chłopaki z mojej drużyny ruszyli w moją stronę i zaczęli wiwatować, przybijać piątki mi i Mike’owi. Niby to tylko zbijak, ale każdy mag poważnie traktuje rywalizacje. Za chwilę zawołał nas Celio. Powiedział, że podobała mu się lekcja z nami oraz, że ma nadzieję na kolejną lekcje. Ja jakoś sceptycznie do tego podeszłam. Nie specjalnie go polubiłam, nie wniósł niczego ciekawego w naszej lekcji. Wysłał nas wcześniej do szatni, żebyśmy mogli wziąć prysznic. Tak, mamy w naszej szkole prysznice i nie, nie chodzę pod prysznic z chłopakami. Idę do damskiej szatni.

***

Po w-fie na przerwie szłam do sali razem z Rose. Kiedy przekroczyłyśmy próg klasowych drzwi, z krzesła poderwał się William.

- Ty! - wskazał na mnie palcem - Chodź tu, ale to natychmiast!

Spojrzałyśmy zaskoczone na siebie z Rose, zaśmiałyśmy się i podeszłyśmy do niego.

- Nie pozwolę, żeby dziewczyna mnie pokonała. Rewanż? - spytał. Chyba nie mógł się pogodzić z porażką. Biedy Will.

- No dobra, ale w czym? - spytałam gotowa na wszystko.

- Dawaj, siłujemy się na rękę - zaproponował.

- Na rękę…? - spytałam zawiedziona. Miałam nadzieję, że będę mogła się bardziej wykazać.

- Boisz się, że przegrasz?

- Oczywiście, że nie! - podwinęłam rękaw od marynarki. Oparłam łokieć o blat ławki. Blondyn zrobił to samo. Złapaliśmy się za dłonie. Rose sprawdziła, czy wszystko jest równo, złapała za nasze splecione dłonie i odliczyła do trzech:

- Jeden... Dwa... Trzy... Start! - i puściła. Postanowiłam dać mu fory i pozwolić do połowy obniżyć moją rękę. W końcu miałam nad nim dużą przewagę. Kiedy moja ręka była już w połowie drogi do blatu skoncentrowałam energię magiczną w całej prawej ręce. Chłopak wydał się zaskoczony, że nagle moja ręka z łatwością przechylała jego rękę w stronę blatu. Jeszcze chwilka.... Jeszcze momencik...

- Jest! - krzyknęłam puszczając jego rękę, która dotykała ławki - W ogóle to, ty wiesz, że wcześniej nie przegrałeś ze mną, tylko z Mike'm? To on cię zbił - wskazałam kciukiem na stojącego za mną chłopaka - Więc teraz sam się wkopałeś i przegrałeś ze mną z własnej woli - Pokazałam mu zadziornie język. Rose podeszła do niego i położyła dłoń na jego ramieniu.

- Nie martw się. Wiem w czym jest kiepska...

- I ty się śmiesz nazywać moją przyjaciółką? - teatralnie odwróciłam się do niej plecami. Po chwili Rose mnie objęła.

- Oj daj spokój... Trzeba dać mu fory... - zerknęła na Willa.

- Wy wiecie, że ja to wszystko słyszę? - spytał.

- Ależ oczywiście, że wiemy – powiedziałyśmy równo i poszłyśmy do naszych ławek, bo zadzwonił dzwonek.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

No i już koleiny rozdział, a na blogu 300 wyświetleń! Oczekuję na wytknięcie mi wszystkich błędów, które popełniłam c: W następnym rozdziale zacznie się już trochę dziać c: Mogę Wam powiedzieć, że będzie bliższe spotkanie z Davidem :3 Piszcie co myślicie o tym rozdziale, bo komentarze są dla mnie bardzo ważne i zachęcają do dalszego pisania <3 Zapraszam też do zaobserwowania mojego bloga ;)

EDIT 01.02.2016

Zredagowałam rozdział, więc nie powinno być już błędów, czy powtórzeń.