niedziela, 3 stycznia 2016

Rozdział 22: Wiem to lepiej niż ktokolwiek inny

Poniedziałek zaczął się jak zawsze. Zaspałyśmy z Rose, więc musiałyśmy szykować się na dwa razy większych obrotach. Pogoda też nie dopisywała. Wiał chłodny, listopadowy wiatr, ale przynajmniej nie padał deszcz i nie było jeszcze mrozu, chociaż ja czułam, jakby było ponad dziesięć stopni poniżej zera, ale to urok bycia magiem ognia. Wiecie jak łatwo nas rozpoznać w szkole podczas okresu jesienno-zimowego? Wystarczy przejść się po korytarzu i już wiadomo. Każdy kto ma czapkę, rękawiczki, dodatkową bluzę, czy drugą parę spodni na sobie jest na sto procent magiem ognia. Cieszę się, że nie jestem sama w klasie. Mam Marcusa, który mnie rozumie. Również chodzi ubrany wielowarstwowo tak jak ja. Podczas zimy licytujemy się, kto ma więcej warstw ciuchów  na sobie.
Moim dzisiejszym celem było porozmawianie z Davidem. Byłam przygotowana i postanowiłam objąć taktykę, którą doradziła mi Nora. Niestety złapanie Davida choć na sekundę było niemożliwe. Na jednej przerwie rozmawiał ze Stokrotką, a na kolejnych znikał nie wiadomo gdzie. Mówiłam już mu raz, że ma spędzać przerwy w naszym towarzystwie, ale nie! Pan wszechwiedzący arogant, wie przecież lepiej! Miałam mieć zabawę z uprzykrzania mu życia, a jak na razie tylko się denerwowałam. W całym roku szkolnym Will rozmawiał z Davidem może z cztery razy i nie przesadzam! Whitlock postawił nie naciskać, kiedy zauważył, że ten idiota nie chce z nim nawiązać żadnej nici porozumienia...nie, chwila! David z nikim nie chciał nawiązywać nici porozumienia! Theresa jak to ona nie wypowiadała się na jego temat zbyt wiele, twierdząc, że to my (ja i Rose) kiedyś się z nim przyjaźniłyśmy, więc powinniśmy we dwie sobie z tym poradzić. Z kolei moja przyjaciółka powiedziała, że David jest zwykłym tchórzem (w pełni się z nią zgadzam), a że ona nie rozmawia z tchórzami, to nie zamieni z nim ani jednego słowa. Koniec końców ten niebieskooki idiota został na mojej głowie. W końcu, przez przypadek udało mi się go złapać podczas trwania długiej przerwy.             
David od razu po dzwonku wyszedł z sali lekcyjnej, więc nawet nie miałam szans go złapać. Poszłam więc razem z pozostałymi z mojej grupy na stołówkę. Byłam strasznie głodna, bo latanie po całej szkole i szukanie tego idioty pochłonęło dużo mojej energii. Nie zdążyłam też zjeść śniadania, ani przygotować sobie czegoś na obiad, bo przecież zaspałyśmy z Rose, więc musiałam się zadowolić szkolnym posiłkiem. Kucharki nie są u nas jakieś złe, ale mimo wszystko wolę sama sobie robić jedzenie.
Byłam już przy końcowej stacji z napojami, kiedy drzwi do kuchni otworzyły się, bo jedna z kucharek wiozła brudne naczynia. Mimowolnie spojrzałam w stronę otwierających się drzwi i zauważyłam Davida, wyjmującego naczynia z jednej ze zmywarek. Zaskoczona tym widokiem, odstawiłam tackę z moim obiadem na bok i zgrabnie przeskoczyłam blat. Jakaś kucharka krzyknęła na mnie, ale druga szybką ją uspokoiła:

- Spokojnie to tylko Mercy.

Tylko Mercy? Dobra, nie to jest teraz ważne. Przeszłam przez drzwi do kuchni i ruszyłam po cichu w stronę Davida. Miał na sobie fartuszek, a na dłoniach miał żółte, gumowe rękawiczki. Wyglądał jak męska wersja jakiejś gosposi. Ugryzłam się w język, żeby nie zacząć się śmiać i nie powiedzieć czegoś głupiego. Podeszłam bliżej i oparłam się o blat. Wyjmował właśnie czyste naczynia ze zmywarki, więc oglądałam jego plecy. Nie wytrzymałam czekania.

- Cześć! - odezwałam się, a on zaskoczony wypuścił jeden talerz z ręki. Na szczęście miał dobry refleks, bo udało mu się go złapać.

- Jak widać, jestem zajęty i mi przeszkadzasz, więc zabierz stąd całą swoją osobę i idź do swoich przyjaciół - powiedział, patrząc na mnie tylko przez sekundę. Oddychaj Mercy...- uspokoiłam siebie w duchu. Pamiętać: muszę mu się naprzykrzać.

- Nie pójdę dopóki nie porozmawiamy - powiedziałam stanowczo.

- Przecież właśnie rozmawialiśmy. Twój cel został spełniony, więc możesz sobie iść - wzruszył ramionami. Zacisnęłam ze złości pięści, ale nie powiedziałam nic zgryźliwie. Wzięłam oddech.

- Słuchaj, muszę wiedzieć, czy przeprowadzasz się do tych swoich dalszych krewnych, czy zostajesz tutaj, bo Stokrotka mi powiedział...

- Z tym, to muszę cię zmartwić - przerwał. - Zostaję. Temu wujowi, u którego byłem, chodzi tylko o kasę moich rodziców.

- Jest! - krzyknęłam mimowolnie. David spojrzał na mnie zdziwiony. Jego lodowate spojrzenie mnie przeszyło. Aż mnie przeszły ciarki.

- A ty z czego się tak cieszysz? - spytał, marszcząc brwi. Dopiero kiedy mnie zapytał, zorientowałam się, co zrobiłam. Może to wyglądało tak, że cieszyłam się z tego powodu, że on zostaje, ale tak naprawdę cieszyłam się, bo nadal mam szansę na zdobycie pozwolenia na magię. Musiałam to szybko wyjaśnić, żeby nie wymyślił niczego takiego.

- Mam swoje powody, żeby się cieszyć - powiedziałam szybko. - Pan Daisy poprosił mnie, żebym ci pomogła w nauce, bo ostatnio strasznie się opuściłeś...

- Nie, dzięki. Obejdzie się - uciął szybko, jednak ja nie chciałam dać za wygraną.

- Mam w tym swój interes, więc nie możesz odmówić.

- Jakbyś nie zauważyła, mam wolną wolę, więc mogę odmówić. W dodatku jestem wystarczająco inteligentny, żeby wiedzieć, że z własnej woli byś do mnie nawet słowa nie powiedziała, a co dopiero pomagała mi. Stokrotka ci pewnie coś obiecał.

- Nawet jeśli, to co? - spytałam, zwijając ręce na klatce piersiowej.

- Nie dam się wykorzystać. Nie jestem taki głupi - wzruszył ramionami.

- Słuchaj! - podniosłam ton i pociągnęłam, go za fartuch, żeby stanął ze mną twarzą w twarz. Był wyższy ode mnie o jakieś dziesięć centymetrów, ale to mi nie przeszkadzało. Nigdy nie czułam się przez to gorzej.

- Ty na tym skorzystasz, bo Daisy się od ciebie odczepi, ja też skorzystam. Nie wykorzystuje cię, bo ty też będziesz miał korzyści - powiedziałam twardo. Mierzyłyśmy się wzrokiem. David patrzył mi prosto w oczy, swoimi świdrującymi, lodowato błękitnymi tęczówkami, jakby chciał mnie przewiercić na wylot. Jednak myliłyśmy się z Rose. Brunet nie był tchórzem, bo gdyby był, to już dawno odwróciłby wzrok. Nie chciał odpuścić, ale ja też nie miałam zamiaru. Staliśmy tak przez dłuższą chwilę, że zaczęłam się lekko irytować. Czułam jak czas się dłuży. Już miałam coś powiedzieć, ale wreszcie David odwrócił się do mnie bokiem, ciężko wzdychając.

- A z resztą, co mnie to obchodzi - powodził, wzruszając ramionami. - Rób se co chcesz. Możesz mnie uczyć, ale nie mówię, że będę cię słuchał. Miej ten swój zysk, mnie i tak to nic nie obchodzi.

Wygrałam! Ale nie, chwila... Znowu to zrobił. Najpierw zachowuję się jak człowiek, a potem nagle, tak jakby sobie o czymś przypomniał, znowu wraca do trybu "zombiaka". Nic go nie obchodzi, i tylko robi to co musi, choć też nie zawsze. Postanowiłam coś z niego wyciągnąć.

- Czemu w ogóle pomagasz w kuchni, jakaś kara czy coś? - zapytałam, ale nie otrzymałam odpowiedzi. David wyciągał naczynia ze zmywarki, wycierał je i odkładał na stertę, jakby był w jakimś transie. O czym on myśli...?

- Ej, David! - krzyknęłam. Byłam już na skraju wytrzymałości, ale nie dawałam tego po sobie poznać. Marzyłam wtedy tylko o chwili, kiedy już nie będzie go w pobliżu i będę mogła całą moją frustrację wylać na Rose.

- Co? O, nadal tu jesteś? - spytał, udając zaskoczenie.

- Tak, nadal tu jestem. Nie odpowiedziałeś mi na pytanie! - nie ukrywałam dłużej swojego zdenerwowania. Zaszczyciłam chłopaka i powtórzyłam pytanie.

- Spytałam, czemu pomagasz na zmywaku?

- Bo chcę - odpowiedział, nie patrząc na mnie.

- Śmieszny jesteś. Karę masz, czy coś? - nie odpuszczałam. Nie lubię być spławiana.

- Jeżeli tak bardzo chcesz widzieć, to brakuje mi pieniędzy, bo do osiemnastki mam zamrożone konto w banku. Teraz wiesz wszystko, więc możesz już sobie iść.

W tym momencie do głowy przyszedł mi pewien pomysł. Czułam, że tak jak w kreskówkach, nad moją głową pojawiła się właśnie świecąca żarówka.

- Idziesz ze mną teraz i po szkole, skoro potrzebujesz kasy - powodziłam szybko.

- Co?

- Nie "co", tylko zostaw te naczynia i chodź ze mną! - prawie wykrzyczałam. - Załatwię ci pracę w kawiarni mojej cioci, na pewno zarobisz więcej niż tutaj na zmywaku! I przestań wreszcie zachowywać się jak wieczny męczennik.

David zmroził mnie wzrokiem. Który to już raz w tej rozmowie? Odpowiedziałam mu twardym spojrzeniem. Nie dam się tak łatwo!

- Kto cię prosił, żebyś pchała swoje buty w moje życie?! Nie masz takiego prawa! Nie masz nawet pojęcia...- powiedział ostro, ale mu przerwałam . Wtedy właśnie moje hamulce puściły.

- Ha! Kto mnie prosił? Ty mnie prosiłeś idioto, tym swoim zachowaniem! Uwierz mi, że w twojej sytuacji powinieneś mi teraz buty czyścić za to, że w ogóle się do ciebie odzywam. Mogłam olać sprawę po całości, bo co mnie ty obchodzisz, ale nie robię tego dla ciebie. Nie mogę po prostu patrzeć jak odcinasz się od innych! Tak nie może być! Wiem to lepiej, niż ktokolwiek inny. To, że będziesz tak się zachowywał, nie przywróci życia twoim rodzicom ani Alex! Musisz dać sobie pomóc!

Nawet nie zauważyłam, kiedy złapałam go za koszulę. Patrzyłam mu ze wściekłością prosto w oczy. Nagle poczułam jak łza spływa mi po policzku. Dlaczego?

Zdałam sobie wtedy sprawę, o czym mówię. To samo było ze mną na początku, kiedy mama umarła... Z nikim nie chciałam rozmawiać, unikałam jakiegokolwiek kontaktu z ludźmi, zamknęłam się w sobie. Nigdy nie wypowiedziałam tego na głos, aż do teraz. Musiałam być przecież silna, nie? Zresztą, nadal muszę. Puściłam go i wbiłam wzrok w nieokreślony punkt. Brunet zdjął fartuch i poprawił koszulę.

Nie patrzył mi w oczy, każdy swój ruch wykonywał tak, żeby nie napotkać przez przepadek mojej twarzy. Nie skomentował też mojego zachowania przed chwilą. W sumie byłam mu wdzięczna, bo nie chciałam o tym rozmawiać…
Kiedy szliśmy do stolika, powiedziałam mu, że ma się zachowywać jak normalny człowiek i ma się odzywać do innych. W odpowiedzi wzruszył tylko ramionami, więc nie wiedziałam jak to będzie, ale był postęp, bo przynajmniej zgodził się dosiąść do stolika. Rose rozmawiała o czymś z Willem i Theresą, ale zauważyła, że idę i zawołała wesoło:

- Mercy, gdzie zginęłaś? - wtedy zobaczyła, że za mną idzie David, jej ton i wyraz twarzy diametralnie się zmieniły.

- A ten tu czego? - spytała chłodno. Rose, nie utrudniaj mi tego!

- Mówiłem, że jestem tu niepotrzebny... - mruknął cicho David i już miał się odwracać, kiedy to Will odkaszlnął, zwracając na siebie uwagę. Blondyn odsunął nogą krzesło koło niego i wskazał na nie brodą.

- Siadaj i nie zwracaj na nią uwagi. Rose jest... -  Will spojrzał na szatynkę i dokończył - specyficzna...

- Wiem, już ją kiedyś poznałem  - odpowiedział David cicho i usiadł. Tak! On usiadł. O mój Boże, Will jak ja cię uwielbiam! Myślałam wtedy, że rzucę mu się na szyję. Pomyślałam, że będę musiała mu się odwdzięczyć, za tą pomoc. Tylko jak? Może zeswatam go z Rose... Co, jak co, ale przyznać trzeba, że Will nawet nie próbował jakoś mocno ukrywać, że ona mu się podoba. Każdy głupi mógłby to potwierdzić. Teraz jego obiekt uczuć patrzył się na niego wzrokiem zabójcy. Rose pewnie była wściekła, że chłopak zrobił coś przeciwko niej. Eh... Biedny chłopak, że też musiał sobie wy haczyć akurat ją. Będzie miał z nią nie lada problemy, to na pewno.
Usiadłam koło Rose i stuknęłam ją lekko łokciem w bok, żeby się tak nie dąsała, ale ona tylko wywróciła oczami i wyjęła ze swojej torby słodką bułkę z budyniem. Will próbował jakoś zagadnąć Davida, ale ten tylko krótko odpowiadał, nie był skory do rozmowy, ale i tak się cieszyłam, że tu siedzi... Przynajmniej tyle dobrego.

***

Lekcje minęły szybko. Ten dzień mogłam nazwać sukcesem, bo David chodził razem z nami wszędzie. Co prawda nie odzywał się za dużo, ale i tak progres był. Rose była nadal obrażona na mnie i na Willa. Stokrotka od razu zobaczył mój sukces i mi pogratulował, ale oczywiście musiał nadmienić, żebym tego nie popsuła żadnymi bójkami przez następne półtora roku szkoły.
Kiedy kończyliśmy lekcje, David prawie mi się wymknął. Nie wiem, czy po prostu zapomniał o tym, że ma iść ze mną po szkole, czy zrobił to umyślnie, ważne, że go złapałam w ostatniej chwili. Wyszedł z szatni przede mną. Ubranie się w wierzchnie ciuchy zajęło mi więcej czasu, ale co się dziwić, skoro on miał tylko jakąś lekką kurtkę, kiedy ja ubieram się na cebulkę, na szczęście udało mi się go złapać. Rose poszła prosto do akademika, nie mówiąc ani słowa mnie, czy Willowi.
Szłam w ciszy z Davidem, w stronę bramy głównej. Okazało się, że czeka tam na mnie Judy... znowu! Pomyślałam, że coś się stało, dlatego szybko do niej podbiegłam, zostawiając bruneta daleko w tyle.

- Coś się stało? – spytałam szybko, kiedy do niej dobiegłam. Drugi raz już po mnie przyjeżdża, a to nie było normalne. Brunetka spojrzała na mnie zaskoczona.

- A co miałoby się stać? Przyjechać nie można?
Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo doczłapał do nas David, którego zostawiłam w tyle, kiedy biegłam do cioci.

- O! Dzień dobry Davidzie. Co cię tu sprowadza?
Czułam w jej tonie nutkę złośliwości. Nie dałam odpowiedzieć chłopakowi, bo sama to zrobiłam:

- Bo ja chciałam cię ciociu poprosić, żebyś znalazła miejsce dla Davida w kawiarni... Jest spłukany i...

- Wcale nie jestem spłukany - mruknął pod nosem. Zasadziłam m
u szybko, mocne uderzenie łokciem w brzuch, że aż się zgiął się w pół. Może przesadziłam, ale nie lubię jak ktoś mi przerywa, kiedy mówię, a że już dawno wyczerpał mi się limit cierpliwości, to jakoś tak wyszło. A on jeszcze zawsze musi zaprzeczyć!
Judy spojrzała na mnie zdziwiona. W odpowiedzi wzruszyłam tylko ramionami.

- Wsiadajcie obydwoje do samochodu... - powiedziała po chwili. David się wyprostował, ale nadal trzymał się za brzuch. Ruszyliśmy do samochodu za ciocią. Zaparkowała w tym samym miejscu co ostatnio. Usiadłam koło niej z przodu na miejscu pasażera, Harvey usiadł z tyłu. Zastanawiało mnie jaki był prawdziwy powód tego, że ciocia znowu po mnie przyjechała. O tej sprawie w piątek już mało było w wiadomościach, ruch wrócił do normy, więc dlaczego? Postanowiłam spytać ją o to później, kiedy Davida już nie będzie w pobliżu.
Niespodziewanie ciocia mnie zagadała:

- Co dziś jadłaś w szkole, Mercy?

Zdziwiło mnie to pytanie. Judy nigdy nie zadawała pytań typu "Co tam w szkole?".

- Kanapkę...

Przez to, że wyciągałam Davida ze szkolnej kuchni, zapomniałam o moim obiedzie.

- Dostałam kilka informacji od Rose, Mercy. Od dziś masz szlaban na jakąkolwiek magię poza szkołą - powiedziała tak ostro, że aż przeszły mnie ciarki. Dopiero po chwili doszło do mnie, co powiedziała.

- Co?! - spytałam, niedowierzając.

- To samo! - Judy uniosła głos, przez co, zaczęła mówić trochę piskliwie. - Nie rozumiesz, że to może się dla ciebie źle skończyć?! Jeszcze do tego nie odżywiasz się dobrze! Myślałam, że jesteś bardziej odpowiedzialna, dlatego dałam ci luz, ale jednak nie jesteś! I pomyśleć, że chcesz ratować życie innym ludziom w przyszłości, a sama nie dbasz o swoje zdrowie!

- Ale ja NIGDY nie miałam szlabanu!

- Zawsze musi być ten pierwszy raz - odezwał się z tyłu David. O! Nagle znalazł język w gębie? A prawie przez cały dzień nie powiedział ani słowa! Odwróciłam się do niego i rzuciłam mu złowrogie spojrzenie. Jeszcze bardziej wkurzyło mnie to, że się uśmiechał! Ten padalec się uśmiechał! I że ja zgodziłam się mu pomagać! Nie do wiary!

- No, David wreszcie powiedział coś mądrego - odezwała się ciocia.

- Ale... - jęknęłam, lecz kobieta mi przerwała;

- Nie ma żadnego "ale", Mercy. Rose mi powiedziała jak ty wyglądasz! Jesteś wychudzona! Mogłam tego nie zauważyć, bo rzadko się widzimy, ale to już załatwiłam. Codziennie będę przyjeżdżać po ciebie pod szkołę i zabierać cię do domu. Poprosiłam Rose, żeby spakowała trochę twoich rzeczy. Przyjdzie dziś wieczorem i je przyniesie, a przy okazji poprosiłam ją, żeby nocowała, bo trochę mi szkoda, że przez twoją głupotę będzie musiała spać sama pokoju... A i jak tylko dojedziemy na miejsce to zjesz obiad dwudaniowy...
Zatrzymaliśmy się na światłach. Judy poprawiła lusterko wsteczne i zauważyła, co robi David.

- A na twoim miejscu błękitnooki chłoptasiu, to bym się tak nie cieszyła, bo jesz z nami.

Po tym zdaniu chłopak zrobił się niezwykle gadatliwy. Naprawdę! Nie widziałam takiego Davida od czasów dzieciństwa, kiedy by tak rozmawiał. Przez całą drogę starał się wybić cioci z głowy pomysł zjedzenia razem obiadu. Mówił, że to nie potrzebne, że nie potrzebnie ze mną szedł i w ogóle zgodził się na moją propozycje, że to tylko problemy. Myślałam, że wyjdę z siebie, pojawię na siedzeniu obok niego i uduszę go gołymi rękami.
Byliśmy już na miejscu, a on dalej swoje. Dobrze, że Judy wreszcie jakoś udało się do niego dotrzeć.

- Jesteś w tym świetny, naprawdę - powiedziała, wysiadając z samochodu. - A Mercy twierdzi, że jesteś mało gadatliwy. Podałeś mi co najmniej dziesięć argumentów, dla których nie powinno cię tu być lub dlaczego nie powinieneś pracować u mnie w kawiarni. Rozum to ty masz chłopaku, ale nie wykorzystujesz go w odpowiednim celu. Zwykle, kiedy ludzie są na rozmowie o pracy, to mówią o swoich zaletach, a nie wymyślają jak najwięcej wad. Tyle krzyku o jeden obiad. Zdziczałeś czy co?

David nie odpowiedział. Zgasiła go! Ha! Nareszcie!

Weszliśmy po schodach do mieszkania i ciocia od razu zagoniła mnie do pomagania jej w kuchni. Na obiad była marchewkowa zupa krem i pieczony łosoś z dodatkami. Judy lubi wszystko co związane z kuchnią, nie ważne czy to pieczenie, czy gotowanie, ona po prostu to uwielbia. Sama jednak nie jadła z nami. Stwierdziła, że ma dużo roboty w kawiarni i odgrzeje sobie łososia na kolacje.

- I co będziesz tak siedzieć nic nie mówiąc? - odezwałam się Davida, po dłuższej ciszy. - Jakoś jak jechaliśmy to jadaczka ci się nie zamykała.

Chłopak spojrzał na mnie spode łba.

- Lepiej jak się nie odzywam. Jestem tutaj intruzem i...

Przerwałam mu głośnym westchnięciem;

- Znowu tryb emo ci się włączył?

- To nie jest żaden tryb emo...

- To co w takim razie?!

- Ty po prostu nie wiesz jak to stracić... - nagle urwał. Wbił wzrok w talerz. Czyżby przypomniał sobie co mu mówiłam? Koniec. Przestałam trzymać nerwy na wodzy.

- Co? No mów! Nie wiem jak to stracić kogoś bliskiego? Oboje dobrze wiemy, że znam to uczucie lepiej niż ktokolwiek inny. Chyba już zapomniałeś z kim rozmawiasz!

On też się wkurzył i uderzył otwartą dłonią w blat stołu. Podskoczyłam zaskoczona, bo się tego nie spodziewałam.
- Nie wiesz za to jak to jest stracić całą rodzinę jednego dnia - patrzył się ze wściekłością w oczach, prosto na mnie. Może i nadepnęłam mu na odcisk, ale on w tym momencie zrobił to samo mi. Wstałam od stołu i uśmiechnęłam się gorzko do niego.

- Może i nie wiem. Ty za to nie wiesz, jak to jest być porzuconym przez własnego ojca.

Wypowiedziałam te słowa z takim spokojem, że nawet byłam zaskoczona, że tak potrafię. Wzięłam swój talerz i podeszłam do niego, żeby wziąć i jego.

- Dokładkę może? - spytałam słodko, znowu się uśmiechając. Czułam, jak emanuję czystym sarkazmem. Brunet wpatrywał się we mnie zaskoczony, ale nic nie odpowiedział.

- Nie to nie - wzruszyłam ramionami i sprzątnęłam jego talerz.
Kiedy wstawiłam naczynia do zmywarki w mieszkaniu pojawiła się ponownie Judy. Przyniosła dla Davida spis wszystkich deserów, ciast itp. do nauczenia się, jeżeli chce pracować u niej jako kelner. Na początku próbował się jakoś wywinąć, albo proponował, że pomoże na zmywaku, ale ciocia była nie ugięta. Stwierdziła, że taka twarzyczka nie może marnować się w kuchni. Ja miałam ochotę taką twarzyczką uderzyć kilka razy o blat stołu.
David ani razu nie spojrzał w moją stronę, nie odezwał się też słowem. Szykował się już do wyjścia. Podziękował za obiad i przeprosił po raz kolejny za kłopot. Słyszałam jak David otwiera drzwi. Wyczekiwałam tego radosnego dźwięku zatrzaśnięcia zamka, ale zamiast niego usłyszałam znajomy pełen nienawiści ton głosu:

- A ty tu co? Czemu tu jesteś?


---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Drugi rozdział z rzędu obiecany ^^ Mam nadzieję, że się spodobał :> Chciałam strasznie podziękować Kasi (klik) za korektę tych dwóch rozdziałów <3 Też prowadzi bloga, więc zajrzyjcie do niej ;)

sobota, 2 stycznia 2016

Rozdział 21: To coś mówi?!

Theresa słuchała muzyki i coś przeglądała na telefonie, Rose drzemała na kanapie, a ja próbowałam wykminić, o co chodzi z tą moją bronią. Rozmowa się nie kleiła. I tak było przez najbliższą godzinę. No, ale nie mogło być przecież spokojnie. Szczególnie, kiedy trzy wybuchowe dziewczyny zostały same w jednym pomieszczeniu. Zaczęło się, kiedy wreszcie nie wytrzymałam braku postępu z szukaniem informacji o Insidiosie i rzuciłam nią o podłogę. Odbiła się, poleciała prosto w stronę Theresy i centralnie uderzyła ją w czoło. Dziewczyna zgromiła mnie wzrokiem.
- Sama się prosiłaś... - powiedziała blondynka, chwytając za Insidiosę. Byłam gotowa do zrobienia uniku, ale kiedy dziewczyna zrobiła zamach, nagle wrzasnęła i upuściła broń na podłogę. Zaczęła przeklinać i pobiegła prosto do zlewu w kuchni. Odkręciła wodę i włożyła pod nią dłoń.

- To pieprzone cholerstwo mnie poparzyło! Co z tobą jest nie tak?! - krzyknęła do mnie, budząc przy okazji Rose.

- Czego drzecie ryja?! - warknęła Rose, nie podnosząc się z kanapy.

- Spytaj Uchihy - powiedziała wściekła Theresa.

- Tylko nie po nazwisku! - krzyknęłam w jej stronę. - Z resztą, ja ci nie kazałam jej dotykać.

- A skąd miałam wiedzieć, że mnie poparzy?! Mogłaś mnie ostrzec przynajmniej! Czuję jakbym włożyła rękę w żywy ogień!

- A myślisz, że ja wiedziałam? Insidiosa nigdy mnie nie poparzyła – wzruszyłam ramionami.

Blondynka odburknęła tylko coś pod nosem i odwróciła się do mnie plecami. Z kanapy wstała Rose i ruszyła leniwym krokiem do mojej broni. Złapała ją ostrożnie przez koc. Potem dotknęła jej jednym palcem drugiej ręki. Wzruszyła ramionami i złapała ją normalnie.

- Mnie tam nic nie parzy - powiedziała, odwracając głowę w stronę blondynki, machając bronią. Theresie opadła szczęka.

-A-a-ale jak to? - spytała zaskoczona. - Przecież ja mam już pęcherze na dłoni. To nie możliwe - pokręciła przecząco głową. Rose wbiła wzrok w jakiś punkt w salonie. Trwało to chwilę. Uśmiechnęła się pod nosem i podrzuciła Insydiosę do góry. Oho… Wpadła na jakiś genialny pomysł.

- Mercy znasz jakieś zaklęcie na rany po poparzeniach? - spytała brunetka. Kiwnęłam twierdząco głową. Ostatnio je wygrzebałam w jednej ze starych ksiąg, które dostałam od pani Mably. Wiecie, że kiedyś ludzie pisali książki w ten sposób, że czytane normalnie i od tyłu też miały sens?

- Chodź Thereso, to Mercy ci naprawi tą dłoń - powiedziała Rose.
Blondynka zakręciła kran i podeszła do nas z wyciągniętą przed siebie prawą ręką. Chwyciłam ją za nadgarstek, żeby dokładniej zobaczyć dłoń. Wyglądała okropnie. Mogłabym przysiąc, że nawet czułam lekki zapach spalenizny.

- Tylko niech mi nie urwie ręki! - warknęła blondynka.

- Morda! - powodziłam równie nie przyjemnym tonem. Theresa wyrwała mi dłoń i syknęła z bólu, ale szybko krzyknęła na mnie:

- Coś ty do mnie powiedziała?!

- To co słyszałaś! - odpowiedziałam szybko. Chciałam jej pomóc, ale nie wykorzystała tej szansy. Blondynka złapała mnie za bluzę zdrową ręką i pociągnęła do góry. Również złapałam ją za jej bluzę i przeciągnęłam do siebie. Mierzyłyśmy się wzrokiem. Patrzyłam się jej prosto w oczy. Obie w jednym momencie odskoczyłyśmy od siebie, czując nad sobą cień. Leżałyśmy na podłodze, patrząc na lewitującą w powietrzu kulę wody. Rose ciężko westchnęła:

- Z wami to jak z małymi dziećmi.

Machnęła palcem wskazującym i w każdą z naszej dwójki poleciał strumień wody. Moja przyjaciółka tym razem nie ominęła moich włosów. Odgarnęłam moją za długą grzywkę do tyłu, żeby coś widzieć.

- Teraz, Mercy wstaniesz i wyleczysz dłoń Theresy - powiedziała Rose, opadając na fotel.

- A dlaczego miałabym niby to zrobić? - spytałam z wyrzutem, siadając po turecku na podłodze.

- Przestańcie zachowywać się jak małe dzieci - opowiedziała Rose. 

- Obie zachowujecie się jakbyście były jeszcze w podstawówce!
Theresa parsknęła:

- Odezwała się najdojrzalsza z nas.

- No na pewno nie zachowuję się tak dziecinne jak wy. Te wasze zgrzyty o nic naprawdę mnie irytują. A teraz Mercy podejdź do Theresy i ulecz jej dłoń - nakazała brunetka. 
Niby miała racje, bo te sprzeczki były niepotrzebnie, ale nienawidziłam jak miała racje, więc siedziałam nadal na swoim miejscu.

- Nie słyszałaś co powiedziała Rose? – odezwała się słodko Theresa. - Masz do mnie grzecznie podejść i zrobić coś z moją ręką.

No i jak mam się z nią nie kłócić? Ona zawsze robi wszystko, żeby mnie zdenerwować.

- Najlepiej ją utnę - mruknęłam. Nagle poczułam jakby coś mnie mokrego uderzyło w plecy i chwilę później znalazłam się tuż koło Theresy. Rose musiała mnie popchnąć strumieniem wody.

- Do roboty i bez gadania! - brunetka wydała rozkaz i ciężko opadła na kanapę. Ugryzłam się w język, żeby już nic więcej nie powiedzieć. Chwyciłam za prawy nadgarstek Theresy i przyciągnęłam go w swoją stronę. Ułożyłam moją dłoń nad jej dłonią i zgromadziłam magię. Zaczęłam formować tradycyjny magiczny krąg, żeby uwolnić magię w kontrolowany sposób. Nie chciałam przecież spalić niechcący jej ręki... Aż taka zła to nie jestem! Kiedy moja magia zamieniła się w czystą energię magiczną, uformowałam z niej skomplikowany krąg magiczny, złożony z kilkunastu mniejszych kręgów magicznych i kilku run. Z jednej strony to nawet się nie dziwię czemu magia lecznicza została zapomniana. Na takie stosunkowo proste zaklęcie trzeba mieć perfekcyjnie opanowane kreślenie kręgów, by się nie pomylić nawet o milimetr. W dodatku ich ilość w tym czarze odpowiada ilości dobrego zaklęcia ofensywnego (jest duża). Spod mojej dłoni zaczęła pojawiać się delikatna błękitna poświata. Ręka Theresy zaczynała powracać do normy. Poparzenia znikały, a kontem oka widziałam jak na twarzy dziewczyny pojawia się ulga. Po około dziesięciu minutach dłoń blondynki wróciła całkowicie do normy.

- Dzięki, Mercy - odezwała się, oglądając swoją dłoń. No! Przynajmniej mi podziękowała.

- Dobrze... - zaczęła Rose. - Theresa rzuć na swoją prawą dłoń zaklęcie chroniące przed ogniem.

Brunetka bawiła się w rękach moją bronią. Uśmiechnęła się pod nosem i zerknęła na blondynkę. Wyciągnęła w jej stronę Insydiosę.

- Weź teraz do ręki broń Mercy – odezwała się.

- Chyba śnisz! Żeby mnie znowu poparzyło?! – zbulwersowała się dziewczyna.

- To zarzuć zaklęcie ochronne na dłoń i tyle – wzruszyła ramionami Rose. Theresa nic nie zrobiła. Spojrzała się z ukosa na moją przyjaciółkę. Brunetka westchnęła ciężko i wyciągnęła lewą rękę w stronę Theresy. Na prawej dłoni blondynki pojawił się dobrze znany mi krąg magiczny, ale z dodatkiem runy oznaczającej ogień w centrum. Blask magii Rose był błękitny jak przy większości jej zaklęć. Byłam zaskoczona, że moja przyjaciółka potrafi tworzyć magiczne kręgi lewą ręką. Kiedy nie jest się leworęcznym, tak jak ja, czy Rose to ciężka sprawa. Nie mówię, że nie opanowałam tej umiejętności, bo moje kręgi z lewej ręki są prawie tak samo dobre jak z prawej.
Magiczny krąg rozbłysnął i zamienił się na malutkie iskierki, które po chwili opadły na podłogę i zniknęły. Rzuciła szybko w stronę blondynki Insydiosę, nie pozostawiając jej innego wyjścia jak złapać broń.

- Parzy? – spytała krótko brunetka. Theresa spojrzała zaskoczona na swoje dłonie i pokręciła przecząco głową. Zaklęcie ochronne miało ją ochraniać tylko przed poparzeniem, ale i tak odczułaby ciepło.

- No widzisz - stwierdziła Rose. – A teraz spróbuj rzucić w Mercy.

- Co?! – wrzasnęłam zaskoczona.

- A niby czemu miałabym to zrobić? – spytała blondynka.

- Bo ja cię o to proszę - powiedziała krótko Rose. Theresa wzruszała ramionami. Kiedy zobaczyłam, jak jej kąciki ust delikatnie się unoszą, wiedziałam, że to zrobi. Przygotowałam się, żeby zrobić unik. Tak jak myślałam, Theresa wzięła zamach.

~Przestańcie mną dziewuchy rzucać do cholery!

Nie wiem skąd, ale usłyszałam męski głos. Blondynka puściła broń, która upadła na podłogę i poturlała się w moją stronę i pobiegła do kuchni, znowu oblewając dłoń zimną wodą. Klęła pod nosem. Byłam zdezorientowana. Myślałam, że się przesłyszałam.

- Tak jak myślałam – odezwała się Rose. – Broń Mercy chroni ją przed atakiem.

- Mogłaś sama w nią rzucić, a nie mnie podpuszczać! – krzyknęła Theresa z kuchni.

- Nie chciałam się poparzyć, a wolałam się upewnić, więc wykorzystałam ciebie – powiedziała Rose, słodko się uśmiechając.

~Podnieś mnie!

Znowu ten męski głos. Chyba oszalałam. Rozejrzałam się po pokoju, szukając jego źródła.

~Pod twoimi nogami!

Skierowałam wzrok na moją broń. Chyba naprawdę jest coś ze mną nie tak… Podniosłam Insydiosę i zaczęłam ją obracać w dłoni.

- Rose chyba trzeba mnie wysłać do wariatkowa… - zaczęłam.

- Was obie trzeba! – krzyknęła Theresa z kuchni, ale zignorowałam jej komentarz. Rose zrobiła to samo.

- A czemu niby? – spytała moja przyjaciółka.

- Bo zaczynam słyszeć jakieś głosy w głowie – powiedziałam z grobową miną, patrząc na brunetkę. Rose zamrugała zdziwiona.

- Wydaje mi się, że moja broń zaczęła mówić… - odezwałam się cicho. Zaczęłam znowu oglądać moją broń z różnych stron. Wydawało się, że wszystko z nią w porządku.

~Co się tak gapisz!?

Wyrzuciłam zaskoczona Insydiosę z rąk. Nie. W cale nie było w porządku. To chyba sen. Tak to musi być sen! W końcu to nie realne, żeby jakaś rzecz mogła gadać. Spokojnie Mercy… Za chwilę się obudzisz i będzie wszystko jak wcześniej. Na pewno zasnęłam czytając książkę! Tak to jedyne wytłumaczenie – próbowałam uspokoić siebie w duchu. Myślałam wtedy, że to naprawdę nie możliwe.

~Mówiłem żeby mną już nie rzucać!

Rose skierowała wzrok na moją broń, która właśnie turlała się po podłodze. Musiałam się upewnić, czy zwariowałam, czy naprawdę to coś mówi.

- Rose czy ty też to słyszysz? - spytałam niepewnie.

~Oczywiście, że mnie słyszy, ty głupia dziewczyno!

Nie no chyba zwariuję! Rose zaczęła się śmiać.

- Niemożliwe! Broń nazwała cię głupią! – mówiła, śmiejąc się.

~Gdyby mnie nie słyszała, to by się tak na mnie nie gapiła! W ogóle to podnieś mnie z tej podłogi i postaw na stole! Nie macie pojęcia jakie to okropne uczycie, kiedy jesteś w jakiejś nieokreślonej przestrzeni i nie masz do kogo gęby otworzyć. A kiedy już masz z kimś pogadać, to okazuje się, że to jakieś małolaty.

Gapiłam się na Insydionę, nadal nie wiedząc, co się dzieje. Rose znowu zaczęła się śmiać.

- Tego to jeszcze nie było! Żeby jakaś niedorobiona broń zaczęła gadać! Chodź tu Theresa jest niezły ubaw! - zawołała brunetka. Mnie za to zupełnie nie było do śmiechu! Byłam nadal zdezorientowana i zaskoczona. Do głowy by mi nie przyszło, że rzecz materialna może mówić! Przecież to nie jest żywe i nie ma nawet czym mówić! Theresa przyszła, trzymając poparzoną dłoń odwróconą do góry. Nie była aż tak poparzona, jak wcześniej. Zaklęcie ochronne zrobiło swoje mimo że zostało złamane.

~Jaka niedorobiona broń, młoda panno!? - Głos podniósł swój ton, a Theresa zaskoczona, aż podskoczyła.

- To coś mówi?! - wrzasnęła. Nie ukrywała swojego zdumienia, bo gapiła się z rozdziawioną gębą w stronę Insydiony.

~To nie moja wina, że zostałem przyzwany przez...przez...przez tą szatynkę z gniazdem na głowie.

Czułam, że chciał powiedzieć co innego. Mimo iż nadal nie widziałam do końca co się dzieje, postawiłam moją broń na stoliku i usiadłam koło Rose na kanapie. Zignorowałam fakt o gnieździe na głowie. Thersa usiadła natomiast na fotelu, nie odrywając wzroku od broni. Po dłuższej chwili Insydiona zaczęła... Nie, chwila, chyba zaczął swój długi wywód:

~Po pierwsze na pewno jesteście zdziwione, że do was przemawiam, ale na to odpowiedź jest prosta. Zaklinanie broni. Zostałem zaklęty w tej broni już tysiące lat temu, przez mojego ucznia, kiedy zginąłem w mojej ostatniej bitwie. Mógłbym o tym opowiadać długo, ale na to nie pora.

- Nie wiem jak było kiedyś, ale teraz zaklinanie broni to tylko legenda... - odezwała się Rose. Blondynka spojrzała na nią zaskoczona.

- No nie wierzę. Gadasz z tym czymś? Nie wydaje ci się, że to trochę dziwne? – spytała blondynka.

- Korzystam z okazji - moja przyjaciółka wzruszyła ramionami jakby to nie było nic specjalnego.

~Przynajmniej jeden mag ma olej w głowie! Wracając, to nie dziwię się, że nie wiecie nic o zaklinaniu. Minęło tyle tysięcy lat... Dobrze, a teraz naprostuje kilka spraw. Po pierwsze nie jestem Insydiona, Insydiosa, czy jak to inaczej potrafi mnie nazwać moja...moja...nie wiem jak ją nazwać, bo wspólnikiem jej nie nazwę... Wracając, broń, w której siedzę zaklęty nazywa się Insydios! Rodzaj męski, a nie żeński! A moje prawdziwe imię brzmi Randolph. Nawet nie wiecie jak długo mi zajęło połączenie się z tą dziewczyną, która mnie przyzwała. Byłem zdeterminowany, bo ona jest jedynym moim łącznikiem z waszym światem, więc mi się udało. Było trudno, bo wasza koleżanka nie ma prawie w ogóle rozwiniętej strony duchowej, nawet w pięćdziesięciu procentach jak jej strona fizyczna. Czy w tych czasach już nie mówi się o harmonii ducha i ciała?

Czemu to coś mówi o mnie, jakby mnie tu nie było?! - pomyślałam, że złością, ale po chwili doszłam do wniosku, że to bez sensu. Postanowiłam skorzystać z okazji i dowiedzieć się jak odblokować moją broń. Nawet jeśli to wszystko miałby być sen.

- Skoro potrafisz gadać...- zaczęłam, zwracając się do Insydiosa. - Może łaskawie mi powiesz, jak mam cię odblokować i zamienić na jakąś prawdziwą i użyteczną broń? Bo teraz na pewno nią nie jesteś.

~Nie powiem. Zawsze tak było, że Przyzywacze sami się orientowali. Prędzej czy później... W dodatku wcale nie jestem bezużyteczny. Po prostu ty nie potrafisz mnie używać. Nie masz wystarczających umiej...

- Wystarczy! - krzyknęłam i wyciągnęłam przed siebie dłoń. Błyskawicznie zgromadziłam w niej moją magię i broń znikła w ułamku sekundy.

- To było szybkie - odezwała się Theresa zza moich pleców, a ja zgromiłam ją wzrokiem. Co to w ogóle miało być? Za mało umiejętności? Taa jasne.

- Dobra, a teraz przyznać się, kogo to był pomysł? - spytała blondynka, opadając na fotel. Spojrzałam na nią pytająco.

- No ten żart – powiedziała, jak napotkała mój wzrok.

- Jaki żart? - spytała Rose.

- Z tą bronią. Nie róbcie ze mnie idiotki! - Theresa podniosła głos.

- Ale to się wydarzyło naprawdę... Chyba... – powiedziałam niepewnie i zerknęłam mimowolnie na Rose, szukając odpowiedzi. Ona zawsze miała coś do powiedzenia, ale jednak nie tym razem. Dziewczyna wzruszyła ramionami i powiedziała:

- Nie wiem, czy to się wydarzyło naprawdę, czy też nie, ale szczerze mnie to jakoś nie obchodzi. Wiem za to, co dzieje się właśnie teraz.

- No co takiego? – spytała blondynka, mrużąc oczy.

- Burczy mi w brzuchu, więc musimy zamówić coś do jedzenia - odpowiedziała brunetka. Parsknęłam śmiechem. Widać co jest dla Rose priorytetem - jedzenie! Postanowiłyśmy zamówić pizze, bo akurat nic nie było w lodówce. Wcześniej jeszcze zajęłam się dłonią Theresy. Nie była tak poparzona jak wcześniej (zaklęcie ochronne zrobiło swoje), ale wolałyśmy dmuchać na zimne. Puściłyśmy sobie horror z płyty w telewizji, ale zamiast się bać, to za każdym razem komentowałyśmy głupie i bezsensowne zachowania bohaterów. W połowie filmu Rose odpadła, ale udało jej się spać tylko jakieś 15 minut, bo zadzwonił Will. Był strasznie ciekawy co robimy, ale pierwsze co usłyszał to opiernicz od mojej przyjaciółki. I to dosyć ostry. Tak, Rose nie lubi jak jej się przerywa drzemkę... Przez chwilę było spokojnie, do czasu przeniesienia się do mojego pokoju, bo przecież nie może być zbyt spokojnie, kiedy we trójkę przez dłuższy czas znajdujemy się w zamkniętym pomieszczeniu!

- Mercy, ale ty zrobiłaś się chuda! - powiedziała Rose, kiedy chodziłam po całym pokoju w samym staniku sportowym, szukając piżam dla dziewczyn. Tak... Miałam mały bałagan w pokoju ale tylko taki malutki.

- Po prostu nabrałam więcej masy mięśniowej - wzruszyłam ramionami. Nie wiedziałam, po co zwróciła na to uwagę, przecież zawsze byłam szczupła.

- Nie o to chodzi - zaprzeczyła brunetka. - Mięśnie stały się bardziej widoczne, bo straciłaś tkankę tłuszczową, a nie, że ci one urosły. Nawet policzki ci się lekko zapadły...
Nie odpowiedziałam. Grzebałam dalej w szafie, żeby znaleźć jakąś luźną koszulkę dla Theresy jako piżamę. Może i ostatnio trochę schudłam, ale to nic takiego.

- Mercy nie możesz tego ignorować! - Rose podniosła głos.

- Ona ma rację - odezwała się Theresa. - Słyszałam o twojej mamie...

Jak za dotknięciem magicznej różdżki poczułam jak się we mnie gotuje. Odwróciłam się w jej stronę. Kto jej w ogóle dał prawo mówić o mojej mamie?! Bo na pewno nie ja.

- Mercy spokojnie - powiedziała ostrożnie Rose. Doskonale zna drażliwe tematy, których lepiej ze mną nie poruszać. Odwróciłam się z powrotem do szafy i rzuciłam Theresie białą koszulkę z jakimś napisem, zwracając się jednocześnie do brunetki:

- Jak mam być spokojna, jak obie na mnie naskakujecie?! Jeszcze ona - wskazałam palcem na blondynkę, siedzącą na pufie. - Wyskakuje sobie nagle z moją matką! - podniosłam głos.

- My się o ciebie martwimy po prostu! - Rose wstała z mojego łóżka.

- Nie potrzebuję, żeby ktokolwiek się o mnie martwił! - warknęłam.

- Tylko nie próbuj wracać do tego co było w gimnazjum! – krzyknęła brunetka, stając przede mną i patrząc mi prosto w oczy.
Na te słowa spuściłam z pary. Cofać się do tego co było w gimnazjum? Nawet mi się nie śni.

- Nie przesadzaj Rose - powiedziałam i odepchnęłam ją delikatnie od siebie. Zapadła chwila niezręcznej ciszy. Zaczęłam mieć wyrzuty sumienia. Wydarłam się na Rose, kiedy ona się po prostu o mnie martwiła. Theresa też nie zrobiła nic złego. Ostatnio zrobiłam się strasznie nerwowa. Może ostatnio biorę na siebie za dużo obowiązków? Wzięłam głęboki oddech.

- Dobra - odezwałam się. - Jeżeli wam tak na tym zależy, to wam powiem. Nadużyłam po prostu ostatnio magii i tyle - wzruszyłam ramionami. Podeszłam do szafy i wyciągnęłam koszulkę tym razem dla Rose.

- I tyle? Mówiłam ci, że to wykorzystywanie magii jako porcji zastrzyku energii nie wejdzie ci na zdrowie  - odezwała się brunetka, łapiąc koszulkę, którą jej rzuciłam.
Pewnie się zastanawiacie o co chodzi z tym, co powiedziała Rose. Otóż człowiek potrzebuje snu między innymi, żeby zregenerować energię. Magowie nie koniecznie muszą spać. Jeżeli potrafią, mogą zamieć swoją magię na zwykłą energię potrzebną do funkcjonowania organizmu. Każdy młody mag uczy się tego w drugiej klasie gimnazjum. To na pewno nie było przyczyną tego, że schudłam, gdyż odkąd poznałam ten sposób korzystałam z niego bardzo często i nic takiego się nie działo. Gdybym tego nie potrafiła, już dawno moje oceny wyglądały by zupełnie inaczej. Doba ma tylko 24 godziny, a dla mnie czasem tyle to za mało. Musiałam przecież pogodzić pracę w kawiarni cioci i naukę, a bez tej umiejętności nie poradziłabym sobie.

- To nie od tego, Rose. Ćwiczyłam na własną rękę klonowanie i kilka innych zaklęć. Nic wielkiego - powiedziałam cicho.

- Ty chyba masz coś nie tak z głową, co? - odezwała się Theresa, wstając. - Każdy bachor wie, że magii nie można nadużywać, bo to się źle skończy – dodała.

- Dobrze znam swój limit - powiedziałam krótko, chcąc zakończyć ten temat.

- Właśnie widać… - mruknęła pod nosem Rose i już nikt nie poruszył tego tematu. Wiedziałam jednak, że prędzej, czy później moja przyjaciółka znowu do niego wróci.

***

Poszłyśmy spać dosyć późno, dlatego też obudziłyśmy się po trzynastej. Na szczęście był Złoty Tydzień, więc nie musiałam iść na dodatkowe zajęcia sportowe. Złoty Tydzień przypada raz na miesiąc. Jest to tydzień kiedy mamy wolne od wszystkich dodatkowych zajęć. Nie wiem, dlaczego akurat te siedem dni nazywane jest „Złotym Tygodniem”, ale kiedyś jakaś trzecia klasa tak je nazwała i tak już zostało. Weekend nie minął jakoś wyjątkowo. Theresa podziękowała mi za nocowanie, czego szczerze się nie spodziewałam i wróciła do siebie wieczorem, kiedy to Judy wróciła do domu. Rose nocowała jeszcze z soboty na niedzielę. Nie chciałam jej wyganiać do pustego pokoju w akademiku, bo miałam wyrzuty sumienia. Ciocia opowiedziała nam jaki miała problem z przemówieniem do rozsądku Anabeth. Nie przywołałam przez weekend mojej broni z obawy, że to jednak nie był sen i naprawdę przemówiła głosem jakiegoś faceta. W niedzielę wróciłam z Rose do akademika, mimo nalegań cioci, żebym została w domu. Ostatnio zrobiła się strasznie nadopiekuńcza... Przygotowałam się psychicznie, do poniedziałkowej rozmowy z Davidem, bo zauważyłam go w akademiku, co oznaczało, że już wrócił od krewnych. W głębi modliłam się, żeby jednak się nie przeprowadzał. Nie chciałam stracić takiej łatwej szansy na zdobycie pozwolenia na magię! Byłam gotowa, żeby zmienić taktykę i zrobić tak jak doradziła mi Nora. Nie myślałam jednak, że to będzie aż takim utrapieniem.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
No i jest nowy rozdział! (chyba przy każdym poście tak zaczynam ;-;) Długo mnie nie było, ale wszystko wyjaśniłam w poprzednim poście ^^ Jutro jak obiecałam pojawi się drugi rozdział, więc zaglądajcie co jakiś czas ;) Plus bonusowo, gdzieś w tygodniu powinien pojawić się taki luźny post, w którym będę chciała się z Wami podzielić kilkoma postanowieniami i nowościami u mnie, które mogą się obić na tym blogu ^^ Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Jak widzicie tytuł już nie ma tradycyjnego początku "Mercy i...", bo czułam się lekko ograniczona, przez tą formę xD

środa, 30 grudnia 2015

Drobne informacje i spóźnione życzenia

Hej Ludki!
Strasznie przepraszam, że tak długo nie ma rozdziału, ale to nie z mojej winy, bowiem komputer mi się rozkraczył (blue screen dla ciekawskich) :( Mam napisane całe dwa rozdziały i połowę trzeciego, ale nie mam jak ich dodać :/ Na szczęście mój domowy informatyk przywrócił go dzisiaj do życia! :D Za wynagrodzenie, dostaniecie dwa rozdziały w ten weekend albo w najbliższy poniedziałek i wtorek. Wiecie, trzeba wgrać office'a i inne niezbędne gówienka, żeby na komputerze dało się pracować. 
Przepraszam też za nie złożenie życzeń świątecznych, ale mam nadzieje, że spędziliście je bardzo miło! Za to z życzeniami noworocznymi się nie spóźnię :D Życzę Wam, żeby rok 2016 był o wiele lepszy od poprzednich, żeby Wasze wszystkie postanowienia noworoczne się spełniły i żeby ten rok był pełen uśmiechów i radości :)
Mam jeszcze jedno pytanko do Was, a mianowicie... 
Planuje założyć bloga z moimi przemyśleniami, jakimiś sytuacjami z mojego codziennego nudnego (lub nie) życia, ale czy ktoś by to w ogóle czytał? Jak dobrze teraz popularne u dziewczyn są te wszystkie modowe blogi, których ja osobiście nie cierpię ;-;, a u chłopaków chyba jakieś z gier? (nie wiem, nie orientuje się xd). Myślicie, że to dobry pomysł?

niedziela, 22 listopada 2015

Mercy i Jared Thunder



Późnym popołudniem do kawiarenki cioci zawitała Rose z Willem. Lokal nie jest jakiś bardzo duży. Przeważają małe, kwadratowe stoliki czteroosobowe, wykonane z ciemnego drewna. Przy każdym stoliku stoją cztery krzesełka, również z ciemnego drewna, ale z jasnym obiciem. Tylko pod ścianami znajdują się większe stoły 6-8 osobowe z łączonymi fotelami od strony ściany. My siedzieliśmy przy tym większym stole, mimo iż byliśmy tylko we trójkę.

- Mam trzy newsy dla ciebie Mercy! - powiedziała Rose, machając mi trzema palcami przed nosem.

- No, Słucham cię bardzo uważnie. - założyłam nogę, na nogę i wygodnie oparłam plecy o obicie fotela.

- Mike i Louisa znów są razem! - krzyknęła na prawie całą kawiarnie. Kilka stolików odwróciło się w naszą stronę, a Will odezwał się do mnie ściszonym tonem:

- Ty wiesz jaka ona jest wścibska? - wskazał na brunetkę kciukiem. - Zobaczyła jak się całowali i jeszcze zamiast odwrócić wzrok to się na nich gapi!

Rose zawinęła ręce na piersi, odwróciła się do Willa bokiem i zadarła głowę do góry.

- Chciałam im tylko pogratulować. - powiedziała z pretensją w głosie.

- Taaak?! - Will podniósł głos, ale szybko się opamiętał. Widziałam jednak, że nad brwią pokazała się pulsująca żyłka.

- Ty im zdjęcie chciałaś zrobić, a nie gratulować!

- Zdjęcie miałam zamiar wydrukować i dać im kartkę gratulacyjną... - odpowiedziała mu brunetka z pełną powagą w głosie. Czemu zawsze kiedy jestem i niby rozmawiam z tą dwójką, to mam wrażenie, że jestem niepotrzebna?

- Mercy, chyba mnie zaraz cholera strzeli! – warknął blondyn. O! Jednak istnieję!

- Spokojnie Will. - Zaczęłam mówić, uśmiechając się, co go bardziej zdenerwowało. No, ale jak mam się nie uśmiechać jak ta sytuacja jest strasznie zabawna?

- Pamiętaj wdech i wydech, policz sobie jeszcze do dziesięciu... - doradziłam chłopakowi. Chciałam mu trochę dokuczyć.

- Ty też sobie ze mnie żarty robisz?! - przerwał mi blondyn.

- Nie. - powiedziałam poważnie i pokręciłam głową. - To naprawdę działa. Gdyby nie działo to już bym Rose udusiła ze sto razy!

- Bez przesady! - burknęła niebieskooka. Siedzący koło niej chłopak westchnął ciężko.

- Wracając - zaczął. - musiałem zabrać ją siłą. Na szczęście jest kurduplem i nie jest ciężkaaAAŁA! - wrzasnął na końcu Will i skulił się pod stół.

- Moja noga! - syknął, a ja zajrzałam pod stół, żeby zobaczyć co mu się stało. Chłopak masował sobie piszczel prawej nogi.

- Trzeba było nie nazywać mnie kurduplem! - warknęła Rose.

- Mówię ci Mercy, może i to stworzenie wygląda niepozornie, ale kopa ma niezłego...-odezwał się Will i usiadł już prosto.

- Nie martw się Rose, odpłacę ci się za to kiedy indziej. - powiedział do brunetki i zwrócił się do mnie. - Wracając po raz kolejny, i błagam Rose daj mi dokończyć, złapałem ją pod ramię i niosłem ją tak przez jakieś pięć minut dopóki się nie uspokoiła. Ciągle wołała "Puść mnie Will, chce im pogratulować!" i wymachiwała pięściami.- próbował naśladować jej głos, ale nie wyszło mu do za dobrze. Zaśmiałam się, bo wyobraziłam sobie jak blondyn trzyma Rose pod pachą, a ona macha krótkimi nóżkami nad ziemią i krzyczy "Puść mnie".

- Skończyłeś już? - spytała brunetka.

- Tak, jaśnie królowo fochów. - zaśmiał się chłopak, a Rose posłała mu zabójcze spojrzenie. Wzięła na widelczyk kawałek ciasta czekoladowego, które wcześniej zamówiła.

- Drugim newsem jest to, że Will ma przekłute uszy! A raczej jedno ucho... – brunetka wstała z krzesła i odsłoniła prawe ucho chłopaka, zgarniając jego blond włosy. W uchu chłopaka były trzy kolczyki. Dwa na samej górze ucha, a jeden w płatku małżowiny.

- Od kiedy masz kolczyki? - spytałam zaskoczona. Widziałam Willa na w-fie kilka razy w kucyku, ale nigdy nie widziałam tych kolczyków... Może to dlatego, że zawsze nosi te duże przepaski z materiału, żeby krótsze kosmyki odgarnąć do tyłu, które przy okazji zakrywają jego uszy.

- Od ponad roku. Zakład z kolegami... - odpowiedział, klepiąc lekko dłoń Rose, na znak żeby zostawiła jego włosy. Kiedy dziewczyna je puściła, przeczesał je dłonią i potrząsnął głową na różne strony. Jego włosy znów były w swoim nieładzie.

- Czyli ty też nie widziałaś... - odezwała się Rose. - Ty wiesz jak on dobrze wygląda w koczku? Jak szłam po niego, kiedy mieliśmy do niego iść, to miał spięte włosy! Wtedy wreszcie nie wygląda jak jakaś fleja! Miał taki uroczy koczek z tyłu na samym dole głowy!

- O wypraszam sobie bardzo! Nie jestem żadną fleją! - wtrącił się Will.

- Ale tak czasem wyglądasz. - wzruszyła ramionami brunetka.

- Mercy? - zwrócił się do mnie, błaganym tonem.

- Nooo... Czasami tak wyglądasz... - powiedziałam, a on uderzył głową o stolik.

- Ała. -stęknął i odwrócił głowę w stronę Rose, ale nie oderwał jej od blatu.

- Dobra, a trzecim newsem, choć raczej tego newsem nie można nazwać, jest to, że za chwilę będzie tutaj Theresa.

- Mhm... Co? Czekaj! Jak to Theresa? To ona aresztu domowego nie ma? -spytałam zaskoczona. Po tym jak nie poszła na jakieś tam zajęcia dodatkowe, kiedy byliśmy u Willa, dostała jakąś tam karę i nie może nigdzie wychodzić po lekcjach, a każdego wyjścia ze szkoły pilnuje jakiś typek od jej ojca, żeby nie zerwała się z lekcji jak ostatnio jej się ostatnio zdarzało.

- A no ma. - odparła Rose, wzruszając ramionami i pochłonęła następny kawałek ciasta. W tym właśnie momencie drzwi do kawiarenki otworzyła właśnie Theresa. Miała na sobie krótką pikowaną, czarną kurtkę, na głowie szary kaptur, zapewne od bluzy. Dziewczyna ciężko opadła na skraju fotela obok Rose, wzdychając i zarzucając swój kaptur z głowy.

- Hej, wszystkim. - powiedziała ciężko. Chyba biegła, bo była lekko zdyszana.

- To co to za ważna sprawa, Polk? - blondynka zwróciła się do mojej przyjaciółki.

- Integracja naszej grupy. - odpowiedziała ze spokojem w głosie dziewczyna. Will uderzył kilka razy głową o stół, żeby okazać swoje zażenowanie.

- Wychodzę. - rzuciła zdenerwowana Theresa i wstała. Rose ją złapała za kurtkę i z powrotem posadziła koło siebie.

- Zostajesz tutaj. - powiedziała stanowczo brunetka.

- Idiotko, czy ty nie rozumiesz, że mój ojciec za kilkanaście minut zorientuje się, że nie ma mnie w domu?!

- Rose puść ją... - odezwałam się.

- Nie, nie puszcze jej. Wydaje mi się, że jej to nawet na rękę, że nie może się z nami spotykać. Nawet jeśli jej ojciec się tu zjawi, to bez problemu go przegadam. - wzruszyła ramionami, jakby to było nic. Poznałam ojca Theresy osobiście i przez chwilę miałam cień wątpliwości, czy Rose na pewno dałaby radę.
Do naszego stolika podeszła Carol, czyli pracująca tu od jakiegoś czasu kelnerka.

- Widzę Mercy, że dziś jesteś tu jako klientka. - powiedziała z uśmiechem. Stuknęła trzy razy długopisem o notes i spytała:

- Co dla was?

Theresa zmarszczyła brwi i spojrzała na Rose. Zawinęła ręce na piersi i uśmiechnęła się pod nosem

- Poproszę Espresso i ciastko owsiane. - powiedziała blondynka.

- Żeby ci tylko serce nie stanęło. -rzuciła zgryźliwie moja przyjaciółka.

- Polk... -warknęła blondynka.

- Ekhem! - przerwałam im, żeby się uspokoiły. Zamówiłam sobie gorąca czekoladę. Rose domówiła dla siebie następny kawałek ciasta i Latte, a Will wziął dla siebie tylko sok pomarańczowy i stwierdził, że przeżyje nas wszystkich, bo my wykitujemy na zawał serca od takiej ilości kawy.
Zamówienia przyszły po niecałych dziesięciu minutach. Rose przesunęła się bliżej mnie, żeby zrobić miejsce dla Theresy. Blondynka zdjęła kurtkę i położyła ją koło siebie. Chwyciła małą filiżankę z kawą i wzięła łyk ciepłego napoju. Oparła się wygodnie o oparcie fotela i patrząc na sufit spytała:

- Dlaczego wszyscy ode mnie czegoś oczekują?

Cała nasza trójka zwróciła wzrok na Theresę. Thunder westchnęła i zwróciła się do Rose:

- Czemu tak bardzo chciałaś, żebym przyszła, co Polk?

Tu oczekiwałam od mojej przyjaciółki jakiejś zgryźliwej odpowiedzi, ale ona tego nie zrobiła. Nie droczyła się tym razem z Theresą, jak to robiła, ze wszystkimi. Dała jej szczerą odpowiedź:

- Bo widziałam w jakim jesteś stanie. Mówisz, że masz gdzieś, że jesteś z rodu Thunderów i się wykłócasz o to, ale tak naprawdę starasz się sprostać oczekiwaniom, jakie stawia się tobie, słysząc twoje nazwisko.

Theresa nie opowiedziała. Patrzyła się nadal w sufit. Uśmiechnęła się tylko delikatnie. Ale to był uśmiech zakłopotania.

- Musiałaś trochę odetchnąć. - kontynuowała Rose. - Zdaję sobie sprawę z tego, że twój ojciec jest wyjątkowo wymagający...

- Nawet nie wiesz jak bardzo jest wymagający. - przerwała jej Theresa. - Ubzdurał sobie, że zrobi ze mnie idealną kopie siebie! - wyprostowała się i spojrzała na brunetkę.

- A o co dokładnie chodziło wtedy jak byliśmy u Willa? - wtrąciłam się. Theresa wzięła łyk swojej kawy i zagryzła dolną wargę. Skierowała swój wzrok na filiżankę i zaczęła mieszać w niej łyżeczką. Po dłuższej chwili powiedziała:

- Ominęłam zajęcia dodatkowe które mi zaplanował...

- Bzdura! - zawołała Rose. Theresa zmroziła ją spojrzeniem. Moja przyjaciółka nie odpuszczała. Obie mierzyły się wzrokiem. Poczułam się w tej rozmowie trochę jak intruz. Znowu. Zastanawiałam się, czy Will miał to samo odczucie.

- Za dużo wiesz, jak na kogoś kto nie powinien nic wiedzieć, wiesz Polk? - burknęła blondynka, spuszczając wzrok. Przegrała.

- No to mów jak było naprawdę. - ponaglała Rose.

- To przez to, że zerwałam się z lekcji. Ojciec nie wie, że nadal spotykam się z Dagiem, więc muszę się z nim widywać po kryjomu. - wzruszyła ramionami.

- Ah, rozumiem. Czyli to taka zakazana miłość. - palnął Will. Uderzyłam dłonią w czoło. Rose i Theresa równocześnie zgromiły chłopka wzrokiem. Moja przyjaciółka zsunęła się delikatnie pod stół, zapewne próbując kopnąć Willa, ale jej nie wyszło i kopnęła mnie, zamiast chłopaka.

- A to za co?! - warknęłam. Rzeczywiście Rose ma mocnego kopa. Schyliłam się żeby rozmasować mój piszczel. Zerknęłam w stronę blondyna. Śmiał się. Ale jego śmiech w sekundę zmienił się w grymas bólu. Ja mam sto razy mocniejszego kopniaka niż Rose. Nie będziesz się ze mnie tak śmiać! Pozostała dwójka nadal kontynuowała swoją rozmowę jakby nas tu nie było.

- Co twój ojciec ma do Daga? - spytała Rose.

- Wszystko! Ale najbardziej przeszkadza mu to, że jest mechanikiem. Twierdzi, że powinnam znaleźć sobie kogoś na "poziomie". - blondynka nakreśliła w powietrzu znak cudzysłowu. - A nie zadawać się z kimś kto grzebie się w smarze...

I w tym właśnie momencie zadzwonił dzwoneczek, który wydaje z siebie dźwięk kiedy ktoś wchodzi do lokalu. Wszyscy automatycznie skierowaliśmy wzrok w stronę drzwi. Do kawiarenki wszedł ojciec Theresy - Jared Thunder. Normalnie ludzie nie zwracają zbytniej uwagi kiedy ktoś wchodzi, ale kiedy do sali wszedł przewodniczący rady wszyscy w kawiarni skierowali na niego wzrok. Mężczyzna w wieku około 40 lat, o idealnie przystrzyżonych blond włosach, ostrych rysach twarzy, ubrany w granatowy garnitur, zawsze wywierał na otoczenie wpływ zniewalający; ludzie w sposób naturalny postrzegali w nim kogoś z kim nie mogą się równać, ale jednoczenie kogoś komu mogą powierzyć zaufanie. Większość ludzi ulega jego naturalnemu zacięciu przywódczemu, a ci, którzy nie ulegają, są albo debilami, albo również posiadają zacięcie przywódcze. Theresa również posiada tą cechę, ale na siłę stara się ją ukryć, co prawie jej się udawało.

Dziewczyna, kiedy tylko zauważyła, że jej to ojciec wszedł do lokalu od razu zarzuciła kaptur na głowę i odwróciła się plecami w jego stronę.

- Gdzie jest tylnie wyjście? - spytała szeptem.

- Zaprowadzę cię. - odpowiedziałam również ściszonym tonem.

Pan Thunder właśnie rozglądał się po pomieszczeniu, szukając swojej córki.

Theresa w tym momencie była przepuszczana przez Rose. Kiedy blondynka znalazła się koło mnie było już za późno. Przewodniczący Rady Magicznej najprawdopodobniej zauważył Theresę i właśnie zbliżał się w naszą stronę. Pogoniłam Willa, żeby zrobił nam przejście, ale kiedy wstał, ojciec Theresy już był przy stoliku.

- Theresa, wracamy do domu. - powiedział bez żadnego przywitania. Stał koło Rose, która mierzyła go wzrokiem. Oceniała swoje szanse. Theresa ani drgnęła. Cały czas była obrócona tyłem do ojca.

- Dzień dobry proszę pana. - odezwała się nagle Rose. Wyczułam w jej głosie lekką niepewność. Rozmowa z tym mężczyzną jest naprawdę trudna. Szczególnie jeżeli patrzy na ciebie tym lodowatym spojrzeniem, jakim obdarzył właśnie brunetkę.

- Dzień dobry panno Polk. - powiedział szorstkim głosem i zobaczyłam jak moja przyjaciółka robi się jeszcze bledsza niż jest na co dzień (a jest bardzo blada)

- Czy... Czy nie sądzi pan, że... - jąkała się. - Że ładną mamy dziś pogodę? - Uśmiechnęła się krzywo. Szczęka mi opadła z wrażenia. Nie widziałam nigdy, żeby Rose nie była zdolna wyklecić z siebie jakiegoś porządnego zdania, a co dopiero żeby się jąkała! Jest źle.
Nagle sytuacja się zmieniła, a to dzięki osobie, która by mi nigdy nie wpadła do głowy. Ciocia Judy pojawiła się znikąd za plecami Thundera. Szatynka uderzyła go w łopatkę i uśmiechnęła się szeroko, kiedy odwrócił się w jej stronę. Ale to nie był ciepły, przyjemny uśmiech. To było coś w rodzaju " za raz cię skrzywdzę" delikatnie mówiąc...

- Co mi tu straszysz dzieciaki, co Jared? - powiedziała to takim tonem, że mnie ciarki przeszły.

- Judith... - mruknął szorstko mężczyzna. O nie. Wypowiedział pełne imię mojej cioci, a ona tego nie cierpi. Głowa kobiety przekrzywiła się lekko w lewo i na jej twarzy znowu pojawił się ten nieprzyjemny uśmiech.

Thunder odkaszlnął i powiedział z pretensją:

- Przyszedłem po córkę, ale ty jak zwykle musisz wtrącić swoje trzy grosze.

Jedna brew cioci powędrowała do góry. Judy związała ręce na piersi i spytała:

- A ty jak zawsze drętwy... – pokręciła głową. -Theresa dziś nie wróci z tobą do domu, bo zostaje u mnie na noc. Dziewczyny już dawno sobie to ustaliły. Prawda Mercy?

Ustaliłyśmy? Kiedy? Zastanowiłam się o czym ona mówi, ale szybko się ocknęłam i wykrztusiłam z siebie:

- No tak...

Nie tylko czułam dyskomfort ze względu na obecność ojca Theresy, ale również byłam zaskoczona tym, że ciocia bez krępacji nie dość, że do niego się odezwała, to w dodatku uderzyła go w łopatkę! I jeszcze na dokładkę wychodzi na to, że się znają nie od dziś.

- Nic nie było ze mną ustalane. Theresa wraca ze mną do domu. - powiedział twardo Jared Thunder, ale Judy nic sobie z tego nie robiła. Wręcz przeciwnie. Bez zająknięcia mu się sprzeciwia, mówiąc:

- Ale ze mną było. Theresa zostaje u mnie. A teraz chodź ze mną na chwile.

Kobieta minęła go i ruszyła w stronę wyjścia, ale przewodniczący rady się nie ruszył.

- Nie zapominasz przypadkiem z kim rozmawiasz? - powiedział ostrym tonem. Ciocia obróciła się na pięcie, podeszła do niego i się ukłoniła:

- Ależ nie jaśnie panie. Czy wielmożny pan Jared Thunder łaskawie ruszy swoje cztery litery i pójdzie za mną?

I wtedy zobaczyłam coś czego się nie spodziewałam. Powstrzymywałam się, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Twarz ojca Theresy przybrała taki zdziwiony wyraz twarzy, że jego cała ta "aura przywództwa" chyba schowała się do kieszeni, bo nie czułam już dyskomfortu. Ciocia minęła mężczyznę i tym razem już bez odwracania się w naszą stronę, ruszyła do drzwi. Była pewna, że blondyn ruszy za nią. I tak było! Thunder wywrócił tylko oczami i ruszył w stronę drzwi.

- Co się właśnie stało? - spytała Theresa niepewnie.

- Też się nad tym zastanawiam... - odezwał się Will. - Ale jedno jest pewne. Twoja ciocia, Mercy...- zwrócił się do mnie. - Jest niezłym badassem.

- Nigdy nie wiedziałam żeby mój ojciec miał taką minę! To było zajebiste, Mercy! - Theresa była strasznie podekscytowana, że aż położyła ręce na moich ramionach i potrząsnęła mną kilka razy, pytając:

- Gdzie twoja ciotka pracowała, zanim otworzyła tę kawiarnię?

- Nie wiem. Wydaje mi się, że od zawsze pracowała tutaj... - odpowiadałam zgodnie z moją wiedzą. Blondynce zrzedła mina i mnie puściła.

- Zastanawia mnie jeden fakt... Skąd ona zna mojego ojca?

- Może jakaś błyskotliwa myśl, Rose? - odezwałam się do mojej przyjaciółki, ale ona znikła. Nie było jej na jej miejscu.

- Gdzie ona? - spytałam, rozglądając się po pomieszczeniu.

- Tam. - pokazał palcem Will. - Chowa się za ścianą i patrzy przez okno.

Spojrzałam w stronę, którą pokazał chłopak i rzeczywiście brunetka tam była. Nie zdziwiłam się, że Will pierwszy ją znalazł. W końcu on zawsze śledzi ją wzrokiem.

Rose wypinała do nas tyłek, trzymając głowę przy ścianie tuż z granicą z oknem. Podsłuchiwała dwójkę dorosłych, którzy stali na zewnątrz.

- Ruszcie się. - odezwała się Theresa, wstając od stołu. - Też chcę podsłuchać o czym rozmawiają.

Wstaliśmy od stolika i grupką podeszliśmy do Rose. Na dworze było już ciemno, ale przecież było już dobrze po osiemnastej, a wtedy był już listopad.

- Kim jest twoja ciotka, Mercy? Nie widziałam jeszcze żeby mój... - odezwała się Theresa, ale przerwała jej brunetka, uciszając ją:

- Zamknąć się, bo nic nie słyszę!

Na szczęście blondynka tylko mruknęła coś pod nosem. Założę się, że gdyby sytuacja nie wymagałaby ciszy to na pewno pokłóciła by się z moją przyjaciółką.
Przesunęłam się bliżej brunetki żeby lepiej słyszeć i widzieć.

- Czemu podważasz mój autorytet przy Theresie? - usłyszałam głos Thundera.

- Już ci powiedziałam, że zakazywaniem jej wszystkiego, nie wychowasz jej dobrze.

- A co ty możesz o tym wiedzieć? Córkę Uchihy masz tylko od czterech lat pod opieką i widzisz co z niej wyrasta. Ile bójek było w gimnazjum? Jedenaście? Właśnie.

Judy nie odpowiedziała.

Zacisnęłam pięść tak mocno, że poczułam ból. Jak on śmie tak się do niej odzywać?! To nie jej wina, że w gimnazjum miałam trudny okres. Co on może o tym wiedzieć?! Byłam gotowa wyjść do tego faceta i wybić mu kilka zębów, ale Rose mnie uspokoiła. Złapała mnie za pięść i powiedziała:

- Spokojnie Mercy...

Wypuściłam ciężko powietrze z płuc. Rozluźniłam dłoń i słuchałam dalej .

- Cios poniżej pasa, ale mniejsza o to. - odezwała się Judy. – Już ci mówię, po co cię wyciągnęłam na zewnątrz, ale daj mi sekundę.

Nagle Rose zaczęła gwałtownie cofać , dziugając mnie łokciem w brzuch.

- Cofać się, już! - syknęła.

- O co chodzi? Czek...

Polecieliśmy jak domino. Rose na mnie, ja na Theresę, a ona na Willa. Najbliższe stoliki odwróciły się w naszą stronę.

Usłyszałam charakterystyczny dźwięk dzwoneczka. Przed moją przyjaciółką pojawiła się Judy. Trzymała ręce na biodrach o cmokała z dezaprobatą.

- Nie ładnie to tak podsłuchiwać czyjeś rozmowy, wiecie. - odezwała się, patrząc na nas chłodnym wzrokiem. Znieruchomieliśmy wszyscy. Kiedy ciocia zobaczyła jak zareagowaliśmy, zaśmiała się pod nosem i powiedziała już cieplej:

- Dobra dzieciaki, koniec zabawy. Lećcie na górę.

-T-tak proszę pani. - jęknął Will. Wszyscy wstaliśmy i Cofnęliśmy się do stolika po nasze rzeczy. Szatynka bacznie nas obserwowała, dopóki nie wprowadziłam grupki na zaplecze, z którego przeszliśmy na tyły budynku. Weszliśmy po schodach, które się tam znajdowały, otworzyłam drzwi i cała nasza czwórka bez słowa usiadła w salonie. Zastanawialiśmy się wszyscy co się właśnie stało. Czy nie przypadkiem chwilę temu, moja ciotka nie zdominowała ojca Theresy? Czy nie klepnęła go w łopatkę bez skrępowania, gdzie inni ludzie boją się do niego podejść?

- To... - zaczął Will. - Co się właściwe wydarzyło?

- Nie wiem... - Pokręciła głową Theresa. - Ale wygląda na to, że twoja ciotka i mój ojciec się znają. - zwróciła się do mnie.

- Może chodzili ze sobą do szkoły? - zaproponował Will. Od razu zaprzeczyłam:

- To niemożliwe. Po pierwsze moja ciocia jest młodsza o cztery lata od ojca Theresy, a po drugie ona nie ma talentu magicznego, więc to jest wykluczone.

- To skąd się mogą znać? - spytał blondyn, ale nikt nie mógł znaleźć odpowiedzi. Po dłuższej chwili ciszy odezwała się Theresa:

- W ogóle to twoja ciotka ma niezłe kontakty. Zna mojego ojca, załatwiła tobie i Davidowi, że nie będzie żadnych konsekwencji z tą bójką w parku... Normalny szary człowiek nie ma takich możliwości.

- Jest jeszcze jedna kwestia do poruszenia.. - odezwała się wreszcie Rose. - Ojciec Theresy wspomniał o twoim ojcu Mercy.

Zmroziło mnie. Miała racje. Powiedział córka Uchihy, tak jakby go znał. Na początku trochę mnie to poruszyło, ale szybko straciłam zainteresowanie tą informacją.

- Mój ojciec mnie akurat nie obchodzi. - powiedziałam beznamiętnym głosem, patrząc się nieokreślony punkt w salonie. Po mojej wypowiedzi wróciliśmy do tematu Judy i próbowaliśmy połączyć fakty, tylko, że one nie chciały się łączyć. Rozprawialiśmy o tym jakieś piętnaście minut, dopóki nie przerwała nam Judy.

O wilku mowa. - pomyślałam, kiedy kobieta weszła do mieszkania.

- Co tak siedzicie? – spytała, kiedy wkroczyła do salonu. - Włączcie sobie telewizor czy coś...

Przeszła koło nas i zaczęła się rozglądać po pokoju jakby czegoś szukała. Podeszła do okna, przy lodówce i wyjrzała przez nie. Stała tak kilka sekund, a potem z zamachem zsunęła firankę. Ruszyła szybkim krokiem w naszą stronę.

- Mercy, jadę do Anabeth i Johna, bo o coś się pożarli i muszę im pomóc się ogarnąć. - powiedziała, stając przede mną. - Będę najpóźniej pojutrze po południu. Rose jak chcesz to też możesz zostać na noc. A co do ciebie Will... Wolałabym żebyś wrócił do domu. Nie chce żeby ktoś pod moją nieobecność ni stąd ni zowąd zaszedł w ciążę.

- Ciociu! - wrzasnęłam.

- Spokojnie Mercy. Rozumiem. - zaczął poważnie Will. - Jestem po prostu uważany za faceta, któremu tylko zapylanie w głowie, tak samo jak każdemu facetowi na świecie. Najlepiej będzie jak zniknę i już nigdy się nie pojawię... - jak zwykle robił z siebie ofiarę. Oczywiście to było zamierzone działanie, bo miał nadzieję, że Judy zmięknie serce. Zerknął na nią, a potem pogarbiony ruszył w stronę przedpokoju.

- Will, nie ze mną te numery. - powiedziała kobieta. - Chcę wiem, że nie jesteś takim chłopakiem, ale wole spać spokojnie... Rozumiesz?

Blondyn się wyprostował i westchnął ciężko.

- No rozumiem. - przyznał.

Ciocia powiedziała, że weźmie tylko trochę rzeczy i zaraz jedzie. Powiedziała też, żeby Will jeszcze chwilę został, to go podwiezie do domu.
Kiedy już ich nie było, postanowiłyśmy z dziewczynami, że zadzwonimy do Johna. Dokładniej Rose wpadła na ten pomysł. Nic się jednak nie dowiedziałyśmy ciekawego, bo okazało się, że naprawdę Judy z nim rozmawiała. Pokłócili się o… miejsce gdzie wezmą ślub. Anabeth uparła się, że chce wziąć ślub nad morzem na plaży, a John powiedział że to głupi pomysł. Kiedy narzeczona usłyszała słowo „nie” to wpadła w szał. Stwierdziła, że John jest przeciwko niej i pojechała do rodziców. Judy pojechała przetłumaczyć Anabeth, że John też chce wyrazić swoje zdanie w kwestii ślubu i ma do tego święte prawo. Naprawdę, zastanawiam się jak tak poważny człowiek jak John może chcieć poślubić kogoś takiego jak Anabeth. Nie, że mam coś przeciwko niej, bo ją lubię, jednak mimo wszystko tego nie rozumiem. Ale mówią, że miłość nie jest logiczna.


--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jestem na siebie strasznie zła >.< 99% tekstu to dialogi ;-; Tylko, że w tym rozdziale akurat nie było co opisywać :/ Przestaję też pisać na telefonie, bo głównie z tego powodu w moich tekstach występują liczne błędy, a kiedy piszę na komputerze to też mam większy podgląd, żeby widzieć jak cały tekst wygląda... Mam nadzieję, że pomimo tych błędów spodobał Wam się rozdział ;)