sobota, 2 stycznia 2016

Rozdział 21: To coś mówi?!

Theresa słuchała muzyki i coś przeglądała na telefonie, Rose drzemała na kanapie, a ja próbowałam wykminić, o co chodzi z tą moją bronią. Rozmowa się nie kleiła. I tak było przez najbliższą godzinę. No, ale nie mogło być przecież spokojnie. Szczególnie, kiedy trzy wybuchowe dziewczyny zostały same w jednym pomieszczeniu. Zaczęło się, kiedy wreszcie nie wytrzymałam braku postępu z szukaniem informacji o Insidiosie i rzuciłam nią o podłogę. Odbiła się, poleciała prosto w stronę Theresy i centralnie uderzyła ją w czoło. Dziewczyna zgromiła mnie wzrokiem.
- Sama się prosiłaś... - powiedziała blondynka, chwytając za Insidiosę. Byłam gotowa do zrobienia uniku, ale kiedy dziewczyna zrobiła zamach, nagle wrzasnęła i upuściła broń na podłogę. Zaczęła przeklinać i pobiegła prosto do zlewu w kuchni. Odkręciła wodę i włożyła pod nią dłoń.

- To pieprzone cholerstwo mnie poparzyło! Co z tobą jest nie tak?! - krzyknęła do mnie, budząc przy okazji Rose.

- Czego drzecie ryja?! - warknęła Rose, nie podnosząc się z kanapy.

- Spytaj Uchihy - powiedziała wściekła Theresa.

- Tylko nie po nazwisku! - krzyknęłam w jej stronę. - Z resztą, ja ci nie kazałam jej dotykać.

- A skąd miałam wiedzieć, że mnie poparzy?! Mogłaś mnie ostrzec przynajmniej! Czuję jakbym włożyła rękę w żywy ogień!

- A myślisz, że ja wiedziałam? Insidiosa nigdy mnie nie poparzyła – wzruszyłam ramionami.

Blondynka odburknęła tylko coś pod nosem i odwróciła się do mnie plecami. Z kanapy wstała Rose i ruszyła leniwym krokiem do mojej broni. Złapała ją ostrożnie przez koc. Potem dotknęła jej jednym palcem drugiej ręki. Wzruszyła ramionami i złapała ją normalnie.

- Mnie tam nic nie parzy - powiedziała, odwracając głowę w stronę blondynki, machając bronią. Theresie opadła szczęka.

-A-a-ale jak to? - spytała zaskoczona. - Przecież ja mam już pęcherze na dłoni. To nie możliwe - pokręciła przecząco głową. Rose wbiła wzrok w jakiś punkt w salonie. Trwało to chwilę. Uśmiechnęła się pod nosem i podrzuciła Insydiosę do góry. Oho… Wpadła na jakiś genialny pomysł.

- Mercy znasz jakieś zaklęcie na rany po poparzeniach? - spytała brunetka. Kiwnęłam twierdząco głową. Ostatnio je wygrzebałam w jednej ze starych ksiąg, które dostałam od pani Mably. Wiecie, że kiedyś ludzie pisali książki w ten sposób, że czytane normalnie i od tyłu też miały sens?

- Chodź Thereso, to Mercy ci naprawi tą dłoń - powiedziała Rose.
Blondynka zakręciła kran i podeszła do nas z wyciągniętą przed siebie prawą ręką. Chwyciłam ją za nadgarstek, żeby dokładniej zobaczyć dłoń. Wyglądała okropnie. Mogłabym przysiąc, że nawet czułam lekki zapach spalenizny.

- Tylko niech mi nie urwie ręki! - warknęła blondynka.

- Morda! - powodziłam równie nie przyjemnym tonem. Theresa wyrwała mi dłoń i syknęła z bólu, ale szybko krzyknęła na mnie:

- Coś ty do mnie powiedziała?!

- To co słyszałaś! - odpowiedziałam szybko. Chciałam jej pomóc, ale nie wykorzystała tej szansy. Blondynka złapała mnie za bluzę zdrową ręką i pociągnęła do góry. Również złapałam ją za jej bluzę i przeciągnęłam do siebie. Mierzyłyśmy się wzrokiem. Patrzyłam się jej prosto w oczy. Obie w jednym momencie odskoczyłyśmy od siebie, czując nad sobą cień. Leżałyśmy na podłodze, patrząc na lewitującą w powietrzu kulę wody. Rose ciężko westchnęła:

- Z wami to jak z małymi dziećmi.

Machnęła palcem wskazującym i w każdą z naszej dwójki poleciał strumień wody. Moja przyjaciółka tym razem nie ominęła moich włosów. Odgarnęłam moją za długą grzywkę do tyłu, żeby coś widzieć.

- Teraz, Mercy wstaniesz i wyleczysz dłoń Theresy - powiedziała Rose, opadając na fotel.

- A dlaczego miałabym niby to zrobić? - spytałam z wyrzutem, siadając po turecku na podłodze.

- Przestańcie zachowywać się jak małe dzieci - opowiedziała Rose. 

- Obie zachowujecie się jakbyście były jeszcze w podstawówce!
Theresa parsknęła:

- Odezwała się najdojrzalsza z nas.

- No na pewno nie zachowuję się tak dziecinne jak wy. Te wasze zgrzyty o nic naprawdę mnie irytują. A teraz Mercy podejdź do Theresy i ulecz jej dłoń - nakazała brunetka. 
Niby miała racje, bo te sprzeczki były niepotrzebnie, ale nienawidziłam jak miała racje, więc siedziałam nadal na swoim miejscu.

- Nie słyszałaś co powiedziała Rose? – odezwała się słodko Theresa. - Masz do mnie grzecznie podejść i zrobić coś z moją ręką.

No i jak mam się z nią nie kłócić? Ona zawsze robi wszystko, żeby mnie zdenerwować.

- Najlepiej ją utnę - mruknęłam. Nagle poczułam jakby coś mnie mokrego uderzyło w plecy i chwilę później znalazłam się tuż koło Theresy. Rose musiała mnie popchnąć strumieniem wody.

- Do roboty i bez gadania! - brunetka wydała rozkaz i ciężko opadła na kanapę. Ugryzłam się w język, żeby już nic więcej nie powiedzieć. Chwyciłam za prawy nadgarstek Theresy i przyciągnęłam go w swoją stronę. Ułożyłam moją dłoń nad jej dłonią i zgromadziłam magię. Zaczęłam formować tradycyjny magiczny krąg, żeby uwolnić magię w kontrolowany sposób. Nie chciałam przecież spalić niechcący jej ręki... Aż taka zła to nie jestem! Kiedy moja magia zamieniła się w czystą energię magiczną, uformowałam z niej skomplikowany krąg magiczny, złożony z kilkunastu mniejszych kręgów magicznych i kilku run. Z jednej strony to nawet się nie dziwię czemu magia lecznicza została zapomniana. Na takie stosunkowo proste zaklęcie trzeba mieć perfekcyjnie opanowane kreślenie kręgów, by się nie pomylić nawet o milimetr. W dodatku ich ilość w tym czarze odpowiada ilości dobrego zaklęcia ofensywnego (jest duża). Spod mojej dłoni zaczęła pojawiać się delikatna błękitna poświata. Ręka Theresy zaczynała powracać do normy. Poparzenia znikały, a kontem oka widziałam jak na twarzy dziewczyny pojawia się ulga. Po około dziesięciu minutach dłoń blondynki wróciła całkowicie do normy.

- Dzięki, Mercy - odezwała się, oglądając swoją dłoń. No! Przynajmniej mi podziękowała.

- Dobrze... - zaczęła Rose. - Theresa rzuć na swoją prawą dłoń zaklęcie chroniące przed ogniem.

Brunetka bawiła się w rękach moją bronią. Uśmiechnęła się pod nosem i zerknęła na blondynkę. Wyciągnęła w jej stronę Insydiosę.

- Weź teraz do ręki broń Mercy – odezwała się.

- Chyba śnisz! Żeby mnie znowu poparzyło?! – zbulwersowała się dziewczyna.

- To zarzuć zaklęcie ochronne na dłoń i tyle – wzruszyła ramionami Rose. Theresa nic nie zrobiła. Spojrzała się z ukosa na moją przyjaciółkę. Brunetka westchnęła ciężko i wyciągnęła lewą rękę w stronę Theresy. Na prawej dłoni blondynki pojawił się dobrze znany mi krąg magiczny, ale z dodatkiem runy oznaczającej ogień w centrum. Blask magii Rose był błękitny jak przy większości jej zaklęć. Byłam zaskoczona, że moja przyjaciółka potrafi tworzyć magiczne kręgi lewą ręką. Kiedy nie jest się leworęcznym, tak jak ja, czy Rose to ciężka sprawa. Nie mówię, że nie opanowałam tej umiejętności, bo moje kręgi z lewej ręki są prawie tak samo dobre jak z prawej.
Magiczny krąg rozbłysnął i zamienił się na malutkie iskierki, które po chwili opadły na podłogę i zniknęły. Rzuciła szybko w stronę blondynki Insydiosę, nie pozostawiając jej innego wyjścia jak złapać broń.

- Parzy? – spytała krótko brunetka. Theresa spojrzała zaskoczona na swoje dłonie i pokręciła przecząco głową. Zaklęcie ochronne miało ją ochraniać tylko przed poparzeniem, ale i tak odczułaby ciepło.

- No widzisz - stwierdziła Rose. – A teraz spróbuj rzucić w Mercy.

- Co?! – wrzasnęłam zaskoczona.

- A niby czemu miałabym to zrobić? – spytała blondynka.

- Bo ja cię o to proszę - powiedziała krótko Rose. Theresa wzruszała ramionami. Kiedy zobaczyłam, jak jej kąciki ust delikatnie się unoszą, wiedziałam, że to zrobi. Przygotowałam się, żeby zrobić unik. Tak jak myślałam, Theresa wzięła zamach.

~Przestańcie mną dziewuchy rzucać do cholery!

Nie wiem skąd, ale usłyszałam męski głos. Blondynka puściła broń, która upadła na podłogę i poturlała się w moją stronę i pobiegła do kuchni, znowu oblewając dłoń zimną wodą. Klęła pod nosem. Byłam zdezorientowana. Myślałam, że się przesłyszałam.

- Tak jak myślałam – odezwała się Rose. – Broń Mercy chroni ją przed atakiem.

- Mogłaś sama w nią rzucić, a nie mnie podpuszczać! – krzyknęła Theresa z kuchni.

- Nie chciałam się poparzyć, a wolałam się upewnić, więc wykorzystałam ciebie – powiedziała Rose, słodko się uśmiechając.

~Podnieś mnie!

Znowu ten męski głos. Chyba oszalałam. Rozejrzałam się po pokoju, szukając jego źródła.

~Pod twoimi nogami!

Skierowałam wzrok na moją broń. Chyba naprawdę jest coś ze mną nie tak… Podniosłam Insydiosę i zaczęłam ją obracać w dłoni.

- Rose chyba trzeba mnie wysłać do wariatkowa… - zaczęłam.

- Was obie trzeba! – krzyknęła Theresa z kuchni, ale zignorowałam jej komentarz. Rose zrobiła to samo.

- A czemu niby? – spytała moja przyjaciółka.

- Bo zaczynam słyszeć jakieś głosy w głowie – powiedziałam z grobową miną, patrząc na brunetkę. Rose zamrugała zdziwiona.

- Wydaje mi się, że moja broń zaczęła mówić… - odezwałam się cicho. Zaczęłam znowu oglądać moją broń z różnych stron. Wydawało się, że wszystko z nią w porządku.

~Co się tak gapisz!?

Wyrzuciłam zaskoczona Insydiosę z rąk. Nie. W cale nie było w porządku. To chyba sen. Tak to musi być sen! W końcu to nie realne, żeby jakaś rzecz mogła gadać. Spokojnie Mercy… Za chwilę się obudzisz i będzie wszystko jak wcześniej. Na pewno zasnęłam czytając książkę! Tak to jedyne wytłumaczenie – próbowałam uspokoić siebie w duchu. Myślałam wtedy, że to naprawdę nie możliwe.

~Mówiłem żeby mną już nie rzucać!

Rose skierowała wzrok na moją broń, która właśnie turlała się po podłodze. Musiałam się upewnić, czy zwariowałam, czy naprawdę to coś mówi.

- Rose czy ty też to słyszysz? - spytałam niepewnie.

~Oczywiście, że mnie słyszy, ty głupia dziewczyno!

Nie no chyba zwariuję! Rose zaczęła się śmiać.

- Niemożliwe! Broń nazwała cię głupią! – mówiła, śmiejąc się.

~Gdyby mnie nie słyszała, to by się tak na mnie nie gapiła! W ogóle to podnieś mnie z tej podłogi i postaw na stole! Nie macie pojęcia jakie to okropne uczycie, kiedy jesteś w jakiejś nieokreślonej przestrzeni i nie masz do kogo gęby otworzyć. A kiedy już masz z kimś pogadać, to okazuje się, że to jakieś małolaty.

Gapiłam się na Insydionę, nadal nie wiedząc, co się dzieje. Rose znowu zaczęła się śmiać.

- Tego to jeszcze nie było! Żeby jakaś niedorobiona broń zaczęła gadać! Chodź tu Theresa jest niezły ubaw! - zawołała brunetka. Mnie za to zupełnie nie było do śmiechu! Byłam nadal zdezorientowana i zaskoczona. Do głowy by mi nie przyszło, że rzecz materialna może mówić! Przecież to nie jest żywe i nie ma nawet czym mówić! Theresa przyszła, trzymając poparzoną dłoń odwróconą do góry. Nie była aż tak poparzona, jak wcześniej. Zaklęcie ochronne zrobiło swoje mimo że zostało złamane.

~Jaka niedorobiona broń, młoda panno!? - Głos podniósł swój ton, a Theresa zaskoczona, aż podskoczyła.

- To coś mówi?! - wrzasnęła. Nie ukrywała swojego zdumienia, bo gapiła się z rozdziawioną gębą w stronę Insydiony.

~To nie moja wina, że zostałem przyzwany przez...przez...przez tą szatynkę z gniazdem na głowie.

Czułam, że chciał powiedzieć co innego. Mimo iż nadal nie widziałam do końca co się dzieje, postawiłam moją broń na stoliku i usiadłam koło Rose na kanapie. Zignorowałam fakt o gnieździe na głowie. Thersa usiadła natomiast na fotelu, nie odrywając wzroku od broni. Po dłuższej chwili Insydiona zaczęła... Nie, chwila, chyba zaczął swój długi wywód:

~Po pierwsze na pewno jesteście zdziwione, że do was przemawiam, ale na to odpowiedź jest prosta. Zaklinanie broni. Zostałem zaklęty w tej broni już tysiące lat temu, przez mojego ucznia, kiedy zginąłem w mojej ostatniej bitwie. Mógłbym o tym opowiadać długo, ale na to nie pora.

- Nie wiem jak było kiedyś, ale teraz zaklinanie broni to tylko legenda... - odezwała się Rose. Blondynka spojrzała na nią zaskoczona.

- No nie wierzę. Gadasz z tym czymś? Nie wydaje ci się, że to trochę dziwne? – spytała blondynka.

- Korzystam z okazji - moja przyjaciółka wzruszyła ramionami jakby to nie było nic specjalnego.

~Przynajmniej jeden mag ma olej w głowie! Wracając, to nie dziwię się, że nie wiecie nic o zaklinaniu. Minęło tyle tysięcy lat... Dobrze, a teraz naprostuje kilka spraw. Po pierwsze nie jestem Insydiona, Insydiosa, czy jak to inaczej potrafi mnie nazwać moja...moja...nie wiem jak ją nazwać, bo wspólnikiem jej nie nazwę... Wracając, broń, w której siedzę zaklęty nazywa się Insydios! Rodzaj męski, a nie żeński! A moje prawdziwe imię brzmi Randolph. Nawet nie wiecie jak długo mi zajęło połączenie się z tą dziewczyną, która mnie przyzwała. Byłem zdeterminowany, bo ona jest jedynym moim łącznikiem z waszym światem, więc mi się udało. Było trudno, bo wasza koleżanka nie ma prawie w ogóle rozwiniętej strony duchowej, nawet w pięćdziesięciu procentach jak jej strona fizyczna. Czy w tych czasach już nie mówi się o harmonii ducha i ciała?

Czemu to coś mówi o mnie, jakby mnie tu nie było?! - pomyślałam, że złością, ale po chwili doszłam do wniosku, że to bez sensu. Postanowiłam skorzystać z okazji i dowiedzieć się jak odblokować moją broń. Nawet jeśli to wszystko miałby być sen.

- Skoro potrafisz gadać...- zaczęłam, zwracając się do Insydiosa. - Może łaskawie mi powiesz, jak mam cię odblokować i zamienić na jakąś prawdziwą i użyteczną broń? Bo teraz na pewno nią nie jesteś.

~Nie powiem. Zawsze tak było, że Przyzywacze sami się orientowali. Prędzej czy później... W dodatku wcale nie jestem bezużyteczny. Po prostu ty nie potrafisz mnie używać. Nie masz wystarczających umiej...

- Wystarczy! - krzyknęłam i wyciągnęłam przed siebie dłoń. Błyskawicznie zgromadziłam w niej moją magię i broń znikła w ułamku sekundy.

- To było szybkie - odezwała się Theresa zza moich pleców, a ja zgromiłam ją wzrokiem. Co to w ogóle miało być? Za mało umiejętności? Taa jasne.

- Dobra, a teraz przyznać się, kogo to był pomysł? - spytała blondynka, opadając na fotel. Spojrzałam na nią pytająco.

- No ten żart – powiedziała, jak napotkała mój wzrok.

- Jaki żart? - spytała Rose.

- Z tą bronią. Nie róbcie ze mnie idiotki! - Theresa podniosła głos.

- Ale to się wydarzyło naprawdę... Chyba... – powiedziałam niepewnie i zerknęłam mimowolnie na Rose, szukając odpowiedzi. Ona zawsze miała coś do powiedzenia, ale jednak nie tym razem. Dziewczyna wzruszyła ramionami i powiedziała:

- Nie wiem, czy to się wydarzyło naprawdę, czy też nie, ale szczerze mnie to jakoś nie obchodzi. Wiem za to, co dzieje się właśnie teraz.

- No co takiego? – spytała blondynka, mrużąc oczy.

- Burczy mi w brzuchu, więc musimy zamówić coś do jedzenia - odpowiedziała brunetka. Parsknęłam śmiechem. Widać co jest dla Rose priorytetem - jedzenie! Postanowiłyśmy zamówić pizze, bo akurat nic nie było w lodówce. Wcześniej jeszcze zajęłam się dłonią Theresy. Nie była tak poparzona jak wcześniej (zaklęcie ochronne zrobiło swoje), ale wolałyśmy dmuchać na zimne. Puściłyśmy sobie horror z płyty w telewizji, ale zamiast się bać, to za każdym razem komentowałyśmy głupie i bezsensowne zachowania bohaterów. W połowie filmu Rose odpadła, ale udało jej się spać tylko jakieś 15 minut, bo zadzwonił Will. Był strasznie ciekawy co robimy, ale pierwsze co usłyszał to opiernicz od mojej przyjaciółki. I to dosyć ostry. Tak, Rose nie lubi jak jej się przerywa drzemkę... Przez chwilę było spokojnie, do czasu przeniesienia się do mojego pokoju, bo przecież nie może być zbyt spokojnie, kiedy we trójkę przez dłuższy czas znajdujemy się w zamkniętym pomieszczeniu!

- Mercy, ale ty zrobiłaś się chuda! - powiedziała Rose, kiedy chodziłam po całym pokoju w samym staniku sportowym, szukając piżam dla dziewczyn. Tak... Miałam mały bałagan w pokoju ale tylko taki malutki.

- Po prostu nabrałam więcej masy mięśniowej - wzruszyłam ramionami. Nie wiedziałam, po co zwróciła na to uwagę, przecież zawsze byłam szczupła.

- Nie o to chodzi - zaprzeczyła brunetka. - Mięśnie stały się bardziej widoczne, bo straciłaś tkankę tłuszczową, a nie, że ci one urosły. Nawet policzki ci się lekko zapadły...
Nie odpowiedziałam. Grzebałam dalej w szafie, żeby znaleźć jakąś luźną koszulkę dla Theresy jako piżamę. Może i ostatnio trochę schudłam, ale to nic takiego.

- Mercy nie możesz tego ignorować! - Rose podniosła głos.

- Ona ma rację - odezwała się Theresa. - Słyszałam o twojej mamie...

Jak za dotknięciem magicznej różdżki poczułam jak się we mnie gotuje. Odwróciłam się w jej stronę. Kto jej w ogóle dał prawo mówić o mojej mamie?! Bo na pewno nie ja.

- Mercy spokojnie - powiedziała ostrożnie Rose. Doskonale zna drażliwe tematy, których lepiej ze mną nie poruszać. Odwróciłam się z powrotem do szafy i rzuciłam Theresie białą koszulkę z jakimś napisem, zwracając się jednocześnie do brunetki:

- Jak mam być spokojna, jak obie na mnie naskakujecie?! Jeszcze ona - wskazałam palcem na blondynkę, siedzącą na pufie. - Wyskakuje sobie nagle z moją matką! - podniosłam głos.

- My się o ciebie martwimy po prostu! - Rose wstała z mojego łóżka.

- Nie potrzebuję, żeby ktokolwiek się o mnie martwił! - warknęłam.

- Tylko nie próbuj wracać do tego co było w gimnazjum! – krzyknęła brunetka, stając przede mną i patrząc mi prosto w oczy.
Na te słowa spuściłam z pary. Cofać się do tego co było w gimnazjum? Nawet mi się nie śni.

- Nie przesadzaj Rose - powiedziałam i odepchnęłam ją delikatnie od siebie. Zapadła chwila niezręcznej ciszy. Zaczęłam mieć wyrzuty sumienia. Wydarłam się na Rose, kiedy ona się po prostu o mnie martwiła. Theresa też nie zrobiła nic złego. Ostatnio zrobiłam się strasznie nerwowa. Może ostatnio biorę na siebie za dużo obowiązków? Wzięłam głęboki oddech.

- Dobra - odezwałam się. - Jeżeli wam tak na tym zależy, to wam powiem. Nadużyłam po prostu ostatnio magii i tyle - wzruszyłam ramionami. Podeszłam do szafy i wyciągnęłam koszulkę tym razem dla Rose.

- I tyle? Mówiłam ci, że to wykorzystywanie magii jako porcji zastrzyku energii nie wejdzie ci na zdrowie  - odezwała się brunetka, łapiąc koszulkę, którą jej rzuciłam.
Pewnie się zastanawiacie o co chodzi z tym, co powiedziała Rose. Otóż człowiek potrzebuje snu między innymi, żeby zregenerować energię. Magowie nie koniecznie muszą spać. Jeżeli potrafią, mogą zamieć swoją magię na zwykłą energię potrzebną do funkcjonowania organizmu. Każdy młody mag uczy się tego w drugiej klasie gimnazjum. To na pewno nie było przyczyną tego, że schudłam, gdyż odkąd poznałam ten sposób korzystałam z niego bardzo często i nic takiego się nie działo. Gdybym tego nie potrafiła, już dawno moje oceny wyglądały by zupełnie inaczej. Doba ma tylko 24 godziny, a dla mnie czasem tyle to za mało. Musiałam przecież pogodzić pracę w kawiarni cioci i naukę, a bez tej umiejętności nie poradziłabym sobie.

- To nie od tego, Rose. Ćwiczyłam na własną rękę klonowanie i kilka innych zaklęć. Nic wielkiego - powiedziałam cicho.

- Ty chyba masz coś nie tak z głową, co? - odezwała się Theresa, wstając. - Każdy bachor wie, że magii nie można nadużywać, bo to się źle skończy – dodała.

- Dobrze znam swój limit - powiedziałam krótko, chcąc zakończyć ten temat.

- Właśnie widać… - mruknęła pod nosem Rose i już nikt nie poruszył tego tematu. Wiedziałam jednak, że prędzej, czy później moja przyjaciółka znowu do niego wróci.

***

Poszłyśmy spać dosyć późno, dlatego też obudziłyśmy się po trzynastej. Na szczęście był Złoty Tydzień, więc nie musiałam iść na dodatkowe zajęcia sportowe. Złoty Tydzień przypada raz na miesiąc. Jest to tydzień kiedy mamy wolne od wszystkich dodatkowych zajęć. Nie wiem, dlaczego akurat te siedem dni nazywane jest „Złotym Tygodniem”, ale kiedyś jakaś trzecia klasa tak je nazwała i tak już zostało. Weekend nie minął jakoś wyjątkowo. Theresa podziękowała mi za nocowanie, czego szczerze się nie spodziewałam i wróciła do siebie wieczorem, kiedy to Judy wróciła do domu. Rose nocowała jeszcze z soboty na niedzielę. Nie chciałam jej wyganiać do pustego pokoju w akademiku, bo miałam wyrzuty sumienia. Ciocia opowiedziała nam jaki miała problem z przemówieniem do rozsądku Anabeth. Nie przywołałam przez weekend mojej broni z obawy, że to jednak nie był sen i naprawdę przemówiła głosem jakiegoś faceta. W niedzielę wróciłam z Rose do akademika, mimo nalegań cioci, żebym została w domu. Ostatnio zrobiła się strasznie nadopiekuńcza... Przygotowałam się psychicznie, do poniedziałkowej rozmowy z Davidem, bo zauważyłam go w akademiku, co oznaczało, że już wrócił od krewnych. W głębi modliłam się, żeby jednak się nie przeprowadzał. Nie chciałam stracić takiej łatwej szansy na zdobycie pozwolenia na magię! Byłam gotowa, żeby zmienić taktykę i zrobić tak jak doradziła mi Nora. Nie myślałam jednak, że to będzie aż takim utrapieniem.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
No i jest nowy rozdział! (chyba przy każdym poście tak zaczynam ;-;) Długo mnie nie było, ale wszystko wyjaśniłam w poprzednim poście ^^ Jutro jak obiecałam pojawi się drugi rozdział, więc zaglądajcie co jakiś czas ;) Plus bonusowo, gdzieś w tygodniu powinien pojawić się taki luźny post, w którym będę chciała się z Wami podzielić kilkoma postanowieniami i nowościami u mnie, które mogą się obić na tym blogu ^^ Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Jak widzicie tytuł już nie ma tradycyjnego początku "Mercy i...", bo czułam się lekko ograniczona, przez tą formę xD

środa, 30 grudnia 2015

Drobne informacje i spóźnione życzenia

Hej Ludki!
Strasznie przepraszam, że tak długo nie ma rozdziału, ale to nie z mojej winy, bowiem komputer mi się rozkraczył (blue screen dla ciekawskich) :( Mam napisane całe dwa rozdziały i połowę trzeciego, ale nie mam jak ich dodać :/ Na szczęście mój domowy informatyk przywrócił go dzisiaj do życia! :D Za wynagrodzenie, dostaniecie dwa rozdziały w ten weekend albo w najbliższy poniedziałek i wtorek. Wiecie, trzeba wgrać office'a i inne niezbędne gówienka, żeby na komputerze dało się pracować. 
Przepraszam też za nie złożenie życzeń świątecznych, ale mam nadzieje, że spędziliście je bardzo miło! Za to z życzeniami noworocznymi się nie spóźnię :D Życzę Wam, żeby rok 2016 był o wiele lepszy od poprzednich, żeby Wasze wszystkie postanowienia noworoczne się spełniły i żeby ten rok był pełen uśmiechów i radości :)
Mam jeszcze jedno pytanko do Was, a mianowicie... 
Planuje założyć bloga z moimi przemyśleniami, jakimiś sytuacjami z mojego codziennego nudnego (lub nie) życia, ale czy ktoś by to w ogóle czytał? Jak dobrze teraz popularne u dziewczyn są te wszystkie modowe blogi, których ja osobiście nie cierpię ;-;, a u chłopaków chyba jakieś z gier? (nie wiem, nie orientuje się xd). Myślicie, że to dobry pomysł?

niedziela, 22 listopada 2015

Mercy i Jared Thunder



Późnym popołudniem do kawiarenki cioci zawitała Rose z Willem. Lokal nie jest jakiś bardzo duży. Przeważają małe, kwadratowe stoliki czteroosobowe, wykonane z ciemnego drewna. Przy każdym stoliku stoją cztery krzesełka, również z ciemnego drewna, ale z jasnym obiciem. Tylko pod ścianami znajdują się większe stoły 6-8 osobowe z łączonymi fotelami od strony ściany. My siedzieliśmy przy tym większym stole, mimo iż byliśmy tylko we trójkę.

- Mam trzy newsy dla ciebie Mercy! - powiedziała Rose, machając mi trzema palcami przed nosem.

- No, Słucham cię bardzo uważnie. - założyłam nogę, na nogę i wygodnie oparłam plecy o obicie fotela.

- Mike i Louisa znów są razem! - krzyknęła na prawie całą kawiarnie. Kilka stolików odwróciło się w naszą stronę, a Will odezwał się do mnie ściszonym tonem:

- Ty wiesz jaka ona jest wścibska? - wskazał na brunetkę kciukiem. - Zobaczyła jak się całowali i jeszcze zamiast odwrócić wzrok to się na nich gapi!

Rose zawinęła ręce na piersi, odwróciła się do Willa bokiem i zadarła głowę do góry.

- Chciałam im tylko pogratulować. - powiedziała z pretensją w głosie.

- Taaak?! - Will podniósł głos, ale szybko się opamiętał. Widziałam jednak, że nad brwią pokazała się pulsująca żyłka.

- Ty im zdjęcie chciałaś zrobić, a nie gratulować!

- Zdjęcie miałam zamiar wydrukować i dać im kartkę gratulacyjną... - odpowiedziała mu brunetka z pełną powagą w głosie. Czemu zawsze kiedy jestem i niby rozmawiam z tą dwójką, to mam wrażenie, że jestem niepotrzebna?

- Mercy, chyba mnie zaraz cholera strzeli! – warknął blondyn. O! Jednak istnieję!

- Spokojnie Will. - Zaczęłam mówić, uśmiechając się, co go bardziej zdenerwowało. No, ale jak mam się nie uśmiechać jak ta sytuacja jest strasznie zabawna?

- Pamiętaj wdech i wydech, policz sobie jeszcze do dziesięciu... - doradziłam chłopakowi. Chciałam mu trochę dokuczyć.

- Ty też sobie ze mnie żarty robisz?! - przerwał mi blondyn.

- Nie. - powiedziałam poważnie i pokręciłam głową. - To naprawdę działa. Gdyby nie działo to już bym Rose udusiła ze sto razy!

- Bez przesady! - burknęła niebieskooka. Siedzący koło niej chłopak westchnął ciężko.

- Wracając - zaczął. - musiałem zabrać ją siłą. Na szczęście jest kurduplem i nie jest ciężkaaAAŁA! - wrzasnął na końcu Will i skulił się pod stół.

- Moja noga! - syknął, a ja zajrzałam pod stół, żeby zobaczyć co mu się stało. Chłopak masował sobie piszczel prawej nogi.

- Trzeba było nie nazywać mnie kurduplem! - warknęła Rose.

- Mówię ci Mercy, może i to stworzenie wygląda niepozornie, ale kopa ma niezłego...-odezwał się Will i usiadł już prosto.

- Nie martw się Rose, odpłacę ci się za to kiedy indziej. - powiedział do brunetki i zwrócił się do mnie. - Wracając po raz kolejny, i błagam Rose daj mi dokończyć, złapałem ją pod ramię i niosłem ją tak przez jakieś pięć minut dopóki się nie uspokoiła. Ciągle wołała "Puść mnie Will, chce im pogratulować!" i wymachiwała pięściami.- próbował naśladować jej głos, ale nie wyszło mu do za dobrze. Zaśmiałam się, bo wyobraziłam sobie jak blondyn trzyma Rose pod pachą, a ona macha krótkimi nóżkami nad ziemią i krzyczy "Puść mnie".

- Skończyłeś już? - spytała brunetka.

- Tak, jaśnie królowo fochów. - zaśmiał się chłopak, a Rose posłała mu zabójcze spojrzenie. Wzięła na widelczyk kawałek ciasta czekoladowego, które wcześniej zamówiła.

- Drugim newsem jest to, że Will ma przekłute uszy! A raczej jedno ucho... – brunetka wstała z krzesła i odsłoniła prawe ucho chłopaka, zgarniając jego blond włosy. W uchu chłopaka były trzy kolczyki. Dwa na samej górze ucha, a jeden w płatku małżowiny.

- Od kiedy masz kolczyki? - spytałam zaskoczona. Widziałam Willa na w-fie kilka razy w kucyku, ale nigdy nie widziałam tych kolczyków... Może to dlatego, że zawsze nosi te duże przepaski z materiału, żeby krótsze kosmyki odgarnąć do tyłu, które przy okazji zakrywają jego uszy.

- Od ponad roku. Zakład z kolegami... - odpowiedział, klepiąc lekko dłoń Rose, na znak żeby zostawiła jego włosy. Kiedy dziewczyna je puściła, przeczesał je dłonią i potrząsnął głową na różne strony. Jego włosy znów były w swoim nieładzie.

- Czyli ty też nie widziałaś... - odezwała się Rose. - Ty wiesz jak on dobrze wygląda w koczku? Jak szłam po niego, kiedy mieliśmy do niego iść, to miał spięte włosy! Wtedy wreszcie nie wygląda jak jakaś fleja! Miał taki uroczy koczek z tyłu na samym dole głowy!

- O wypraszam sobie bardzo! Nie jestem żadną fleją! - wtrącił się Will.

- Ale tak czasem wyglądasz. - wzruszyła ramionami brunetka.

- Mercy? - zwrócił się do mnie, błaganym tonem.

- Nooo... Czasami tak wyglądasz... - powiedziałam, a on uderzył głową o stolik.

- Ała. -stęknął i odwrócił głowę w stronę Rose, ale nie oderwał jej od blatu.

- Dobra, a trzecim newsem, choć raczej tego newsem nie można nazwać, jest to, że za chwilę będzie tutaj Theresa.

- Mhm... Co? Czekaj! Jak to Theresa? To ona aresztu domowego nie ma? -spytałam zaskoczona. Po tym jak nie poszła na jakieś tam zajęcia dodatkowe, kiedy byliśmy u Willa, dostała jakąś tam karę i nie może nigdzie wychodzić po lekcjach, a każdego wyjścia ze szkoły pilnuje jakiś typek od jej ojca, żeby nie zerwała się z lekcji jak ostatnio jej się ostatnio zdarzało.

- A no ma. - odparła Rose, wzruszając ramionami i pochłonęła następny kawałek ciasta. W tym właśnie momencie drzwi do kawiarenki otworzyła właśnie Theresa. Miała na sobie krótką pikowaną, czarną kurtkę, na głowie szary kaptur, zapewne od bluzy. Dziewczyna ciężko opadła na skraju fotela obok Rose, wzdychając i zarzucając swój kaptur z głowy.

- Hej, wszystkim. - powiedziała ciężko. Chyba biegła, bo była lekko zdyszana.

- To co to za ważna sprawa, Polk? - blondynka zwróciła się do mojej przyjaciółki.

- Integracja naszej grupy. - odpowiedziała ze spokojem w głosie dziewczyna. Will uderzył kilka razy głową o stół, żeby okazać swoje zażenowanie.

- Wychodzę. - rzuciła zdenerwowana Theresa i wstała. Rose ją złapała za kurtkę i z powrotem posadziła koło siebie.

- Zostajesz tutaj. - powiedziała stanowczo brunetka.

- Idiotko, czy ty nie rozumiesz, że mój ojciec za kilkanaście minut zorientuje się, że nie ma mnie w domu?!

- Rose puść ją... - odezwałam się.

- Nie, nie puszcze jej. Wydaje mi się, że jej to nawet na rękę, że nie może się z nami spotykać. Nawet jeśli jej ojciec się tu zjawi, to bez problemu go przegadam. - wzruszyła ramionami, jakby to było nic. Poznałam ojca Theresy osobiście i przez chwilę miałam cień wątpliwości, czy Rose na pewno dałaby radę.
Do naszego stolika podeszła Carol, czyli pracująca tu od jakiegoś czasu kelnerka.

- Widzę Mercy, że dziś jesteś tu jako klientka. - powiedziała z uśmiechem. Stuknęła trzy razy długopisem o notes i spytała:

- Co dla was?

Theresa zmarszczyła brwi i spojrzała na Rose. Zawinęła ręce na piersi i uśmiechnęła się pod nosem

- Poproszę Espresso i ciastko owsiane. - powiedziała blondynka.

- Żeby ci tylko serce nie stanęło. -rzuciła zgryźliwie moja przyjaciółka.

- Polk... -warknęła blondynka.

- Ekhem! - przerwałam im, żeby się uspokoiły. Zamówiłam sobie gorąca czekoladę. Rose domówiła dla siebie następny kawałek ciasta i Latte, a Will wziął dla siebie tylko sok pomarańczowy i stwierdził, że przeżyje nas wszystkich, bo my wykitujemy na zawał serca od takiej ilości kawy.
Zamówienia przyszły po niecałych dziesięciu minutach. Rose przesunęła się bliżej mnie, żeby zrobić miejsce dla Theresy. Blondynka zdjęła kurtkę i położyła ją koło siebie. Chwyciła małą filiżankę z kawą i wzięła łyk ciepłego napoju. Oparła się wygodnie o oparcie fotela i patrząc na sufit spytała:

- Dlaczego wszyscy ode mnie czegoś oczekują?

Cała nasza trójka zwróciła wzrok na Theresę. Thunder westchnęła i zwróciła się do Rose:

- Czemu tak bardzo chciałaś, żebym przyszła, co Polk?

Tu oczekiwałam od mojej przyjaciółki jakiejś zgryźliwej odpowiedzi, ale ona tego nie zrobiła. Nie droczyła się tym razem z Theresą, jak to robiła, ze wszystkimi. Dała jej szczerą odpowiedź:

- Bo widziałam w jakim jesteś stanie. Mówisz, że masz gdzieś, że jesteś z rodu Thunderów i się wykłócasz o to, ale tak naprawdę starasz się sprostać oczekiwaniom, jakie stawia się tobie, słysząc twoje nazwisko.

Theresa nie opowiedziała. Patrzyła się nadal w sufit. Uśmiechnęła się tylko delikatnie. Ale to był uśmiech zakłopotania.

- Musiałaś trochę odetchnąć. - kontynuowała Rose. - Zdaję sobie sprawę z tego, że twój ojciec jest wyjątkowo wymagający...

- Nawet nie wiesz jak bardzo jest wymagający. - przerwała jej Theresa. - Ubzdurał sobie, że zrobi ze mnie idealną kopie siebie! - wyprostowała się i spojrzała na brunetkę.

- A o co dokładnie chodziło wtedy jak byliśmy u Willa? - wtrąciłam się. Theresa wzięła łyk swojej kawy i zagryzła dolną wargę. Skierowała swój wzrok na filiżankę i zaczęła mieszać w niej łyżeczką. Po dłuższej chwili powiedziała:

- Ominęłam zajęcia dodatkowe które mi zaplanował...

- Bzdura! - zawołała Rose. Theresa zmroziła ją spojrzeniem. Moja przyjaciółka nie odpuszczała. Obie mierzyły się wzrokiem. Poczułam się w tej rozmowie trochę jak intruz. Znowu. Zastanawiałam się, czy Will miał to samo odczucie.

- Za dużo wiesz, jak na kogoś kto nie powinien nic wiedzieć, wiesz Polk? - burknęła blondynka, spuszczając wzrok. Przegrała.

- No to mów jak było naprawdę. - ponaglała Rose.

- To przez to, że zerwałam się z lekcji. Ojciec nie wie, że nadal spotykam się z Dagiem, więc muszę się z nim widywać po kryjomu. - wzruszyła ramionami.

- Ah, rozumiem. Czyli to taka zakazana miłość. - palnął Will. Uderzyłam dłonią w czoło. Rose i Theresa równocześnie zgromiły chłopka wzrokiem. Moja przyjaciółka zsunęła się delikatnie pod stół, zapewne próbując kopnąć Willa, ale jej nie wyszło i kopnęła mnie, zamiast chłopaka.

- A to za co?! - warknęłam. Rzeczywiście Rose ma mocnego kopa. Schyliłam się żeby rozmasować mój piszczel. Zerknęłam w stronę blondyna. Śmiał się. Ale jego śmiech w sekundę zmienił się w grymas bólu. Ja mam sto razy mocniejszego kopniaka niż Rose. Nie będziesz się ze mnie tak śmiać! Pozostała dwójka nadal kontynuowała swoją rozmowę jakby nas tu nie było.

- Co twój ojciec ma do Daga? - spytała Rose.

- Wszystko! Ale najbardziej przeszkadza mu to, że jest mechanikiem. Twierdzi, że powinnam znaleźć sobie kogoś na "poziomie". - blondynka nakreśliła w powietrzu znak cudzysłowu. - A nie zadawać się z kimś kto grzebie się w smarze...

I w tym właśnie momencie zadzwonił dzwoneczek, który wydaje z siebie dźwięk kiedy ktoś wchodzi do lokalu. Wszyscy automatycznie skierowaliśmy wzrok w stronę drzwi. Do kawiarenki wszedł ojciec Theresy - Jared Thunder. Normalnie ludzie nie zwracają zbytniej uwagi kiedy ktoś wchodzi, ale kiedy do sali wszedł przewodniczący rady wszyscy w kawiarni skierowali na niego wzrok. Mężczyzna w wieku około 40 lat, o idealnie przystrzyżonych blond włosach, ostrych rysach twarzy, ubrany w granatowy garnitur, zawsze wywierał na otoczenie wpływ zniewalający; ludzie w sposób naturalny postrzegali w nim kogoś z kim nie mogą się równać, ale jednoczenie kogoś komu mogą powierzyć zaufanie. Większość ludzi ulega jego naturalnemu zacięciu przywódczemu, a ci, którzy nie ulegają, są albo debilami, albo również posiadają zacięcie przywódcze. Theresa również posiada tą cechę, ale na siłę stara się ją ukryć, co prawie jej się udawało.

Dziewczyna, kiedy tylko zauważyła, że jej to ojciec wszedł do lokalu od razu zarzuciła kaptur na głowę i odwróciła się plecami w jego stronę.

- Gdzie jest tylnie wyjście? - spytała szeptem.

- Zaprowadzę cię. - odpowiedziałam również ściszonym tonem.

Pan Thunder właśnie rozglądał się po pomieszczeniu, szukając swojej córki.

Theresa w tym momencie była przepuszczana przez Rose. Kiedy blondynka znalazła się koło mnie było już za późno. Przewodniczący Rady Magicznej najprawdopodobniej zauważył Theresę i właśnie zbliżał się w naszą stronę. Pogoniłam Willa, żeby zrobił nam przejście, ale kiedy wstał, ojciec Theresy już był przy stoliku.

- Theresa, wracamy do domu. - powiedział bez żadnego przywitania. Stał koło Rose, która mierzyła go wzrokiem. Oceniała swoje szanse. Theresa ani drgnęła. Cały czas była obrócona tyłem do ojca.

- Dzień dobry proszę pana. - odezwała się nagle Rose. Wyczułam w jej głosie lekką niepewność. Rozmowa z tym mężczyzną jest naprawdę trudna. Szczególnie jeżeli patrzy na ciebie tym lodowatym spojrzeniem, jakim obdarzył właśnie brunetkę.

- Dzień dobry panno Polk. - powiedział szorstkim głosem i zobaczyłam jak moja przyjaciółka robi się jeszcze bledsza niż jest na co dzień (a jest bardzo blada)

- Czy... Czy nie sądzi pan, że... - jąkała się. - Że ładną mamy dziś pogodę? - Uśmiechnęła się krzywo. Szczęka mi opadła z wrażenia. Nie widziałam nigdy, żeby Rose nie była zdolna wyklecić z siebie jakiegoś porządnego zdania, a co dopiero żeby się jąkała! Jest źle.
Nagle sytuacja się zmieniła, a to dzięki osobie, która by mi nigdy nie wpadła do głowy. Ciocia Judy pojawiła się znikąd za plecami Thundera. Szatynka uderzyła go w łopatkę i uśmiechnęła się szeroko, kiedy odwrócił się w jej stronę. Ale to nie był ciepły, przyjemny uśmiech. To było coś w rodzaju " za raz cię skrzywdzę" delikatnie mówiąc...

- Co mi tu straszysz dzieciaki, co Jared? - powiedziała to takim tonem, że mnie ciarki przeszły.

- Judith... - mruknął szorstko mężczyzna. O nie. Wypowiedział pełne imię mojej cioci, a ona tego nie cierpi. Głowa kobiety przekrzywiła się lekko w lewo i na jej twarzy znowu pojawił się ten nieprzyjemny uśmiech.

Thunder odkaszlnął i powiedział z pretensją:

- Przyszedłem po córkę, ale ty jak zwykle musisz wtrącić swoje trzy grosze.

Jedna brew cioci powędrowała do góry. Judy związała ręce na piersi i spytała:

- A ty jak zawsze drętwy... – pokręciła głową. -Theresa dziś nie wróci z tobą do domu, bo zostaje u mnie na noc. Dziewczyny już dawno sobie to ustaliły. Prawda Mercy?

Ustaliłyśmy? Kiedy? Zastanowiłam się o czym ona mówi, ale szybko się ocknęłam i wykrztusiłam z siebie:

- No tak...

Nie tylko czułam dyskomfort ze względu na obecność ojca Theresy, ale również byłam zaskoczona tym, że ciocia bez krępacji nie dość, że do niego się odezwała, to w dodatku uderzyła go w łopatkę! I jeszcze na dokładkę wychodzi na to, że się znają nie od dziś.

- Nic nie było ze mną ustalane. Theresa wraca ze mną do domu. - powiedział twardo Jared Thunder, ale Judy nic sobie z tego nie robiła. Wręcz przeciwnie. Bez zająknięcia mu się sprzeciwia, mówiąc:

- Ale ze mną było. Theresa zostaje u mnie. A teraz chodź ze mną na chwile.

Kobieta minęła go i ruszyła w stronę wyjścia, ale przewodniczący rady się nie ruszył.

- Nie zapominasz przypadkiem z kim rozmawiasz? - powiedział ostrym tonem. Ciocia obróciła się na pięcie, podeszła do niego i się ukłoniła:

- Ależ nie jaśnie panie. Czy wielmożny pan Jared Thunder łaskawie ruszy swoje cztery litery i pójdzie za mną?

I wtedy zobaczyłam coś czego się nie spodziewałam. Powstrzymywałam się, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Twarz ojca Theresy przybrała taki zdziwiony wyraz twarzy, że jego cała ta "aura przywództwa" chyba schowała się do kieszeni, bo nie czułam już dyskomfortu. Ciocia minęła mężczyznę i tym razem już bez odwracania się w naszą stronę, ruszyła do drzwi. Była pewna, że blondyn ruszy za nią. I tak było! Thunder wywrócił tylko oczami i ruszył w stronę drzwi.

- Co się właśnie stało? - spytała Theresa niepewnie.

- Też się nad tym zastanawiam... - odezwał się Will. - Ale jedno jest pewne. Twoja ciocia, Mercy...- zwrócił się do mnie. - Jest niezłym badassem.

- Nigdy nie wiedziałam żeby mój ojciec miał taką minę! To było zajebiste, Mercy! - Theresa była strasznie podekscytowana, że aż położyła ręce na moich ramionach i potrząsnęła mną kilka razy, pytając:

- Gdzie twoja ciotka pracowała, zanim otworzyła tę kawiarnię?

- Nie wiem. Wydaje mi się, że od zawsze pracowała tutaj... - odpowiadałam zgodnie z moją wiedzą. Blondynce zrzedła mina i mnie puściła.

- Zastanawia mnie jeden fakt... Skąd ona zna mojego ojca?

- Może jakaś błyskotliwa myśl, Rose? - odezwałam się do mojej przyjaciółki, ale ona znikła. Nie było jej na jej miejscu.

- Gdzie ona? - spytałam, rozglądając się po pomieszczeniu.

- Tam. - pokazał palcem Will. - Chowa się za ścianą i patrzy przez okno.

Spojrzałam w stronę, którą pokazał chłopak i rzeczywiście brunetka tam była. Nie zdziwiłam się, że Will pierwszy ją znalazł. W końcu on zawsze śledzi ją wzrokiem.

Rose wypinała do nas tyłek, trzymając głowę przy ścianie tuż z granicą z oknem. Podsłuchiwała dwójkę dorosłych, którzy stali na zewnątrz.

- Ruszcie się. - odezwała się Theresa, wstając od stołu. - Też chcę podsłuchać o czym rozmawiają.

Wstaliśmy od stolika i grupką podeszliśmy do Rose. Na dworze było już ciemno, ale przecież było już dobrze po osiemnastej, a wtedy był już listopad.

- Kim jest twoja ciotka, Mercy? Nie widziałam jeszcze żeby mój... - odezwała się Theresa, ale przerwała jej brunetka, uciszając ją:

- Zamknąć się, bo nic nie słyszę!

Na szczęście blondynka tylko mruknęła coś pod nosem. Założę się, że gdyby sytuacja nie wymagałaby ciszy to na pewno pokłóciła by się z moją przyjaciółką.
Przesunęłam się bliżej brunetki żeby lepiej słyszeć i widzieć.

- Czemu podważasz mój autorytet przy Theresie? - usłyszałam głos Thundera.

- Już ci powiedziałam, że zakazywaniem jej wszystkiego, nie wychowasz jej dobrze.

- A co ty możesz o tym wiedzieć? Córkę Uchihy masz tylko od czterech lat pod opieką i widzisz co z niej wyrasta. Ile bójek było w gimnazjum? Jedenaście? Właśnie.

Judy nie odpowiedziała.

Zacisnęłam pięść tak mocno, że poczułam ból. Jak on śmie tak się do niej odzywać?! To nie jej wina, że w gimnazjum miałam trudny okres. Co on może o tym wiedzieć?! Byłam gotowa wyjść do tego faceta i wybić mu kilka zębów, ale Rose mnie uspokoiła. Złapała mnie za pięść i powiedziała:

- Spokojnie Mercy...

Wypuściłam ciężko powietrze z płuc. Rozluźniłam dłoń i słuchałam dalej .

- Cios poniżej pasa, ale mniejsza o to. - odezwała się Judy. – Już ci mówię, po co cię wyciągnęłam na zewnątrz, ale daj mi sekundę.

Nagle Rose zaczęła gwałtownie cofać , dziugając mnie łokciem w brzuch.

- Cofać się, już! - syknęła.

- O co chodzi? Czek...

Polecieliśmy jak domino. Rose na mnie, ja na Theresę, a ona na Willa. Najbliższe stoliki odwróciły się w naszą stronę.

Usłyszałam charakterystyczny dźwięk dzwoneczka. Przed moją przyjaciółką pojawiła się Judy. Trzymała ręce na biodrach o cmokała z dezaprobatą.

- Nie ładnie to tak podsłuchiwać czyjeś rozmowy, wiecie. - odezwała się, patrząc na nas chłodnym wzrokiem. Znieruchomieliśmy wszyscy. Kiedy ciocia zobaczyła jak zareagowaliśmy, zaśmiała się pod nosem i powiedziała już cieplej:

- Dobra dzieciaki, koniec zabawy. Lećcie na górę.

-T-tak proszę pani. - jęknął Will. Wszyscy wstaliśmy i Cofnęliśmy się do stolika po nasze rzeczy. Szatynka bacznie nas obserwowała, dopóki nie wprowadziłam grupki na zaplecze, z którego przeszliśmy na tyły budynku. Weszliśmy po schodach, które się tam znajdowały, otworzyłam drzwi i cała nasza czwórka bez słowa usiadła w salonie. Zastanawialiśmy się wszyscy co się właśnie stało. Czy nie przypadkiem chwilę temu, moja ciotka nie zdominowała ojca Theresy? Czy nie klepnęła go w łopatkę bez skrępowania, gdzie inni ludzie boją się do niego podejść?

- To... - zaczął Will. - Co się właściwe wydarzyło?

- Nie wiem... - Pokręciła głową Theresa. - Ale wygląda na to, że twoja ciotka i mój ojciec się znają. - zwróciła się do mnie.

- Może chodzili ze sobą do szkoły? - zaproponował Will. Od razu zaprzeczyłam:

- To niemożliwe. Po pierwsze moja ciocia jest młodsza o cztery lata od ojca Theresy, a po drugie ona nie ma talentu magicznego, więc to jest wykluczone.

- To skąd się mogą znać? - spytał blondyn, ale nikt nie mógł znaleźć odpowiedzi. Po dłuższej chwili ciszy odezwała się Theresa:

- W ogóle to twoja ciotka ma niezłe kontakty. Zna mojego ojca, załatwiła tobie i Davidowi, że nie będzie żadnych konsekwencji z tą bójką w parku... Normalny szary człowiek nie ma takich możliwości.

- Jest jeszcze jedna kwestia do poruszenia.. - odezwała się wreszcie Rose. - Ojciec Theresy wspomniał o twoim ojcu Mercy.

Zmroziło mnie. Miała racje. Powiedział córka Uchihy, tak jakby go znał. Na początku trochę mnie to poruszyło, ale szybko straciłam zainteresowanie tą informacją.

- Mój ojciec mnie akurat nie obchodzi. - powiedziałam beznamiętnym głosem, patrząc się nieokreślony punkt w salonie. Po mojej wypowiedzi wróciliśmy do tematu Judy i próbowaliśmy połączyć fakty, tylko, że one nie chciały się łączyć. Rozprawialiśmy o tym jakieś piętnaście minut, dopóki nie przerwała nam Judy.

O wilku mowa. - pomyślałam, kiedy kobieta weszła do mieszkania.

- Co tak siedzicie? – spytała, kiedy wkroczyła do salonu. - Włączcie sobie telewizor czy coś...

Przeszła koło nas i zaczęła się rozglądać po pokoju jakby czegoś szukała. Podeszła do okna, przy lodówce i wyjrzała przez nie. Stała tak kilka sekund, a potem z zamachem zsunęła firankę. Ruszyła szybkim krokiem w naszą stronę.

- Mercy, jadę do Anabeth i Johna, bo o coś się pożarli i muszę im pomóc się ogarnąć. - powiedziała, stając przede mną. - Będę najpóźniej pojutrze po południu. Rose jak chcesz to też możesz zostać na noc. A co do ciebie Will... Wolałabym żebyś wrócił do domu. Nie chce żeby ktoś pod moją nieobecność ni stąd ni zowąd zaszedł w ciążę.

- Ciociu! - wrzasnęłam.

- Spokojnie Mercy. Rozumiem. - zaczął poważnie Will. - Jestem po prostu uważany za faceta, któremu tylko zapylanie w głowie, tak samo jak każdemu facetowi na świecie. Najlepiej będzie jak zniknę i już nigdy się nie pojawię... - jak zwykle robił z siebie ofiarę. Oczywiście to było zamierzone działanie, bo miał nadzieję, że Judy zmięknie serce. Zerknął na nią, a potem pogarbiony ruszył w stronę przedpokoju.

- Will, nie ze mną te numery. - powiedziała kobieta. - Chcę wiem, że nie jesteś takim chłopakiem, ale wole spać spokojnie... Rozumiesz?

Blondyn się wyprostował i westchnął ciężko.

- No rozumiem. - przyznał.

Ciocia powiedziała, że weźmie tylko trochę rzeczy i zaraz jedzie. Powiedziała też, żeby Will jeszcze chwilę został, to go podwiezie do domu.
Kiedy już ich nie było, postanowiłyśmy z dziewczynami, że zadzwonimy do Johna. Dokładniej Rose wpadła na ten pomysł. Nic się jednak nie dowiedziałyśmy ciekawego, bo okazało się, że naprawdę Judy z nim rozmawiała. Pokłócili się o… miejsce gdzie wezmą ślub. Anabeth uparła się, że chce wziąć ślub nad morzem na plaży, a John powiedział że to głupi pomysł. Kiedy narzeczona usłyszała słowo „nie” to wpadła w szał. Stwierdziła, że John jest przeciwko niej i pojechała do rodziców. Judy pojechała przetłumaczyć Anabeth, że John też chce wyrazić swoje zdanie w kwestii ślubu i ma do tego święte prawo. Naprawdę, zastanawiam się jak tak poważny człowiek jak John może chcieć poślubić kogoś takiego jak Anabeth. Nie, że mam coś przeciwko niej, bo ją lubię, jednak mimo wszystko tego nie rozumiem. Ale mówią, że miłość nie jest logiczna.


--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jestem na siebie strasznie zła >.< 99% tekstu to dialogi ;-; Tylko, że w tym rozdziale akurat nie było co opisywać :/ Przestaję też pisać na telefonie, bo głównie z tego powodu w moich tekstach występują liczne błędy, a kiedy piszę na komputerze to też mam większy podgląd, żeby widzieć jak cały tekst wygląda... Mam nadzieję, że pomimo tych błędów spodobał Wam się rozdział ;)

sobota, 31 października 2015

Mercy i Nora Carlsson



Wyszliśmy z budynku szkoły i zobaczyliśmy jak Rose rozmawia z jakąś kobietą. Kiedy przyjrzałam się jej bliżej, zauważyłam, że to moja ciocia. Tylko co ona tu robi?! Miała na sobie długi, beżowy płaszcz i ciemne szpilki o szpiczastych czubach. Oznaczało to, że była na jakimś spotkaniu typu "Chcemy kupić od Pani lokal" albo "Mamy dla Pani propozycje wybudowania sieci Pani kawiarni"... Odkąd jej kawiarnia stała się tak popularna wszyscy chcą na niej jakoś zarobić. Na ich nieszczęście Judy jest uparta i już nie raz mówiła, że nie sprzeda nikomu kawiarni.

Kiedy podeszłam do nich razem z Willem przerwały rozmowę.

- Hej ciociu, co tu robisz? - spytałam.

- Wracałam, ze spotkania i akurat miałam po drodze i przyjechałam odebrać cię ze szkoły. Chłodno jest, a wiem, jak zimno działa na ciebie, więc przyjechałam. - odpowiedziała. - Jedziecie z nami? - zwróciła się do Rose i Willa.

- Nie. - odezwała się szybko brunetka. - A przynajmniej ja nie. Później na pewno wpadnę, ale chcę się przebrać, żeby nie chodzić cały czas w mundurku. - położyła palec na brodzie jakby się nad czymś zastanawiała, a potem dodała - Może go jeszcze upiorę... No nic to ja się na razie żegnam. Do zobaczenia! Pa Mercy! - wyminęła nas w bramie, pomachała w naszą stronę i ruszyła drogą do akademika, wesoło podskakując. Patrzyliśmy na nią lekko osłupieni, ale po chwili odezwał się Will:

- Ja ją może lepiej przypilnuje, bo coś z nią dziś nie tak. Jeszcze sobie zrobi krzywdę...

A ja jak zawsze, wychwyciłam podtekst w wypowiedzi chłopaka…

- Wow! Will! Nie wiedziałam, że jesteś taki szybki! Będziesz ją pilnował jak będzie się przebierać? No ładnie, ładnie. - powiedziałam z przekąsem, kręcąc głową i cmokając. Blondyn zrobił się cały czerwony.

- Nie łap mnie za słowa! – powiedział lekko piskliwym głosem, na co ja się zaśmiałam.

- Bardzo śmieszne. – pokręcił głową i nas wyminął, rzucając na odchodne:

- Na razie Mercy! Do widzenia pani! - i pobiegł za brunetką.

- Co z Rose jest dziś nie tak? - spytała ciocia, kiedy ruszyłyśmy w stronę jej samochodu.

- Właśnie się zastanawiam... Nie dość, że podobno na w-fie była ruchliwa, to jeszcze przeprosiła dziś Willa i jeszcze się ekscytowała wycieczką!

- To do niej nie podobne. Kiedy mnie zobaczyła koło furtki uśmiechnęła się ciepło i podbiegła do mnie w podskokach. Była taka rezolutna, że ledwie ją poznałam, jak do mnie biegła. Czy ona się zakochała znowu? To byłby już chyba trzeci z okresu licealnego….

Pokręciłam przecząco głową, choć na pierwszą myśl do głowy wpadł mi Will... Ale to pewnie przez dzisiejszą sytuacje ze szczypaniem policzków.

- Rose przecież zerwała ostatnio z Benem, więc wątpię... W dodatku ona się zachowuje wtedy zachowuje.

Kobieta wzruszyła ramionami i skierowała się w stronę chodnika, gdzie zaparkowała samochód... Oczywiście nie było to miejsce wyznaczone do parkowania. Nawet był znak zakazu! Ale co tam! Ciocia Judy wjechała chamsko na kawałek chodnika i zaparkowała samochód! Można? Można.

- Kiedyś ci naprawdę wlepią mandat za parkowanie... - powiedziałam, wrzucając torbę na tylnie siedzenie, i zajmując swoje miejsce koło kierowcy, na przedzie.

- Jeszcze nigdy nie dostałam mandatu! - odpowiedziała mi ciocia, siadając na swoim miejscu. Zdjęła szpilki i położyła je z tyłu, koło mojej torby. Zawsze tak robiła, twierdząc, że nie umie prowadzić w szpilkach...Włożyła kluczyki do stacyjki i gładko wjechała na ulicę.

- Czemu nie obudziłaś mnie rano? Przecież miała przyjść ta babka z opieki społecznej.

- Miała, ale nie przyszła. Dziś rano do mnie zadzwoniła, że jej nie będzie i, że chce się umówić na inny dzień. A jeżeli chodzi o budzenie, to cię budziłam. Nawet trzy razy, ale ty tylko przekręcałaś się na bok i mówiłaś, że jeszcze pięć minut.

To było do mnie nie podobne. Zazwyczaj to jak słyszę budzik, albo ktoś mnie obudzi to wstaję z łóżka bez problemu. Najwyraźniej moje ciało potrzebowało zregenerować energię. Tylko po czym...? Od ćwiczenia zaklęć runicznych na pewno nie... Może od klonowania? Tak, nadal robię Drugą Mnie, ale nie dla zabawy. Kiedy ja jestem w akademiku to Mercy nr.2 pomaga cioci w kawiarni. Oczywiście Judy o tym nie wie, bo bym miała niezłą "lekcję wychowawczą". Ale mogę się pochwalić, gdyż nauczyłam się połączenia na odległość. Mogę stać się znowu jedną Mercy nawet jakby druga ja była na drugim końcu miasta. Nie... Skądże, nie próbowałam. Ja i taki głupi pomysł? Nie... No dobra. Próbowałam trzy razy i za każdym działało! Znalazłam pewną sztuczkę przez przypadek jak studiowałam jedną ze starych ksiąg. Polega to na tym, że uwalnia się części swojej energii magicznej w otoczenie. Trzeba ją tylko skierować w odpowiednie miejsce, a do tego potrzebne jest zaklęcie nawigujące i mapa. Dzięki temu możemy kazać naszej magii przedostać się do wybranego punku, a ze względu, że magia z natury chce wracać do swojego właściciela to szuka do niego jak najszybszej drogi... A najszybszą drogą jest skrót przez mojego kolona. Wtedy dochodzi do połączenia. Proste? Proste. Przeczytałam, że było to kiedyś wykorzystywane do przemytu magii, ale nie mam zielonego pojęcia czemu niby ktoś miałby przemycać magię...

***

Weszłyśmy do mieszkania. Zdziwiło mnie, że ciotka nie zamknęła drzwi na klucz. Po prostu od tak, jakby nigdy nic nacisnęła klamkę, a drzwi się otworzyły. Pierwsze co usłyszałam to wiadomości, które zapewne leciały w telewizji.

"...rozbito wielką grupę przestępczą, która dotychczas była tak nieuchwytna. Podczas strzelaniny postrzelono trzech pracowników MAS. Dwójki z nich stan jest stabilny i nie zagraża ich życiu. Jeden funkcjonariusz jest w stanie ciężkim."

Postrzelono aż trzech pracowników Międzyrządowej Agencji Specjalnej?! Na terenie stolicy jest kilka grup przestępczych, ale ostatnio zrobiło się

- I tak nie uciekniesz od tematu, Judy. - usłyszałam znajomy, zachrypnięty głos z dużego pokoju.

- Cicho tam! Nie przyszłaś ze mną pogadać, tylko z Mercy! - odpowiedziała Judy zdejmując buty. W przedpokoju pojawiła się dobrze znana mi postać. Długie, rude, falowane włosy, zaczesane na bok, okulary z czerwonymi oprawkami, przez które patrzyły brązowe oczy, usta pomalowane krwisto czerwoną szminką. Nora Carlsson - przyjaciółka Judy i jednocześnie moja psycholog. Tak, mam prywatnego psychologa, a to wszystko przez to co działo się w gimnazjum między innymi: śmierć mamy, porzucenie przez ojca, tymczasowy pobyt w ośrodku opieki społecznej. Tak, gimnazjum nie było moim ulubionym okresem w życiu, a szczególnie pierwsza klasa.

Nora była ubrana w luźną, białą koszulę z bufiastymi rękawami, luźne 3/4, zielone spodnie i kremowe szpilki. Z wyglądu i stylu różnią się bardzo z ciocią, ale jak potrafię jeszcze wyobrazić sobie Judy w jej ubraniach, tak nie mogę sobie jej wyobrazić w ostrym makijażu Nory. Do rudowłosej on pasuje jak ulał. Nie wygląda w nim źle, albo prowokująco, po prostu ostre barwy są jej kolorami. Carlsson nie jest typowym psychologiem... Właściwe jeżeli o to chodzi o charakter, to jest bliska Rose. Ona nie jest spokojna i "byle jaka" jak większość psychologów. Z resztą sami się przekonacie jak ją lepiej poznacie...

- Cześć Mercy. - powiedziała z uśmiechem na twarzy.

- Dobry dzień. - odpowiedziałam, zdejmując komin, który był szczelnie owinięty wokół mojej szyi. Oczywiście włosy mi się w nim lekko zaplątały, bo jakże mogło być inaczej. Kiedy zdążyłam się wreszcie wyswobodzić, ciocia już dawno się rozebrała i rozmawiała o czymś po cichu z Norą. Nie chciało mi się ich podsłuchiwać, co normalnie bym zrobiła, bo miałam kilka innych zmartwień na głowie niż "tajemnice" Judy. Zdjęłam kurtkę i sweter. Ogarnęłam trochę włosy i weszłam do dużego pokoju. Obie przyjaciółki siedziały na kanapie i równocześnie spojrzały się w moją stronę.

- Mercy chcesz herbatę? - spytała Judy, wstając.

- Mhm. – mruknęłam. - Tylko pójdę się przebrać z mundurka. - oparłam i ruszyłam w stronę schodów, poprawiając torbę na ramieniu. Weszłam do mojego pokoju i rzuciłam ją na podłogę. Skierowałam się do szafy, żeby wyciągnąć jakieś ciuchy. Padło na szarą, długą bluzę z kapturem i legginsy. Związałam włosy w wysoki kucyk i spięłam moją pseudo grzywkę spinkami. Przybierając się, przeszłam się w lustrze. Zobaczyłam, jak zawsze wysportowaną nastolatkę ale teraz moje mięśnie stały się mocniej zarysowane, szczególnie na brzuchu i łydkach. Bicki też mi urosły. Na nogach miałam kilka otarć i siniaków po ćwiczeniach na w-fie z plusem. Dotknęłam pierścionka, który wisiał na rzemyku na mojej szyi. Zawsze przypomina mi moje dawne życie. Uśmiechnęłam się pod nosem przez napływające wspomnienia.

- Dobra, koniec przeglądania! - powiedziałam do siebie i ubrałam się do końca. Zerknęłam na tablicę korkową, która wisiała nad moim biurkiem. Była przygotowana na odwiedziny pracownicy z opieki społecznej. Przypięłam nawet zdjęcia jeszcze za czasów podstawówki jak byłam rudzielcem. Właściwie to nadal nie wiem jak moje włosy ściemniały do obecnego kasztanowego koloru...

Zaczęły mi ciemnieć w okresie kiedy odkryłam w sobie talent magiczny. To chyba tydzień przed wypadkiem mamy. Spaliłam wtedy kuchenkę... Dobrze, że nie wyrzuciło w powietrze całego bloku, bo kuchenka była na gaz! Mama poprosiła mnie żebym wstawiła wodę na herbatę (akurat czajnik elektryczny nam się popsuł). Mała Mercy poszła do kuchni i włączyła gaz. Niespodziewanie widok ognia mnie przyciągnął... Nie, nie byłam piromanką...Chociaż chyba jednak byłam. Od małego ciągnęło mnie do zapalniczek. Ale wracając, patrzyłam się na ten płomień i patrzyłam, i tak się na niego zapatrzyłam, że nawet nie zauważyłam kiedy zapaliły się pozostałe palniki, a potem cała kuchenka. Z "niebezpieczeństwa" wyrwał mnie ojciec. Wbiegł do kuchni i mnie odciągnął. Wtedy się ocknęłam. On dzwonił po straż, a ja popatrzyłam na tą kuchenkę, wyciągnęłam rękę i pomyślałam, że chce żeby ten ogień znikł. No i płomienie zaczęły lecieć w stronę mojej dłoni i kilka centymetrów przed nią znikały... Następnego dnia rodzice zabrali mnie do specjalnej placówki, gdzie robi się testy na zdolności magiczne. Ale nie, nie było ze mną tak łatwo. Pani mnie namawiała, żebym zrobiła to, a może tamto, a ja za każdym razem pytałam "Ale po co"", "Ale ja nie chcę", "Ale to jest nudne". Nie, wcale nie byłam tak jak Rose, wcale (ale ten tekst wieje ironią). Koniec końców pierwszego dnia nie udało się przeprowadzić testów. Drugiego też nie. Ale kiedy Rose mi powiedziała, że będę musiała tam codziennie przychodzić żeby zrobić te testy, to wreszcie przestałam się upierać i słuchałam grzecznie poleceń pani. Po testach dostałam świstek papieru, który utwardzał, że jestem uzdolniona magicznie i opiekuna, który przychodził do mnie trzy razy w tygodniu.

Rose też nie była lepsza... Zalała prawie całe mieszkanie! Dobrze, że mieszkała na parterze, bo sąsiedzi nie byliby zadowoleni.

Na tablicy wisiały jeszcze karteczki ze wszystkimi sposobami "odblokowania" Insidiony. Wielką krechą skreśliłam "próbę krwi" (to było wtedy, kiedy miałam zranioną dłoń i rozwaliłam stolik cioci). Patrząc na inne skreślone punkty, których szkoda byłoby wymieniać wpadłam na pomysł żeby przywołać moją broń. Wyprostowałam rękę do boku i uformowałam automatycznie moją magię w odpowiednie kręgi magiczne (robiłam to tyle razy, że nawet nie musze o tym za bardzo myśleć). Kiedy magia się uformuje zawsze wydziela jakieś światło. W zależności od zaklęcia i natury magicznej światło ma inny kolor. Akurat kiedy ja przywołuje Insidionę za każdym razem krąg błyszczy na inny kolor. Tym razem wpadał w błękit. Kiedy poczułam, że w mojej dłoni materializuje się skórzana rękojeść, zacisnęłam ją mocno. Krąg magiczny rozbłysnął i zamienił się drobne iskierki, które po chwili znikły. Schowałam moją broń w kieszeń w bluzie i ruszyłam do salonu najkrótszą drogą, czyli przeskoczeniem balustrady. Wylądowałam miękko w kuckach. Uwielbiałam tak robić. Podeszłam do kanapy i wzięłam ze stolika moją herbatę. Dmuchnęłam, żeby pozbyć się pary i wzięłam łyk gorącego, ziołowego napoju. Opadłam na mój ulubiony fotel.

- To odpowiadaj Mercy, co tam u ciebie? - odezwała się Nora.

- A dobrze. - odparłam i wzięłam kolejny łyk herbaty. - Troszkę nudno, ale nie jest źle.

- Jakie nudno!? - usłyszałam zza pleców głos cioci. - Wreszcie jest spokojnie. Tyle ile sobie z tobą naprułam nerwów... Ech, szkoda gadać. - machnęła ręką i usiadła koło rudowłosej na kanapie.

Moją uwagę przyciągnęły wiadomości w telewizji.

"Ulice wokół Placu Centralnego zamknięte z powodu wcześniejszej strzelaniny. Zakładnicy nie ucierpieli. Jednym z nich była sławna młoda artystka o rozpoznawalnych różowych włosach. Wciąż nie wiadomo co miała wspólnego z tak niebezpieczną grupą przestępczą"

- To dlatego jechałyśmy jakoś inaczej! - zauważyłam. Najkrótszą drogą od naszego mieszkania do szkoły jest właśnie droga przez Plac Centralny, a dziś jak ciocia mnie odebrała, to jechałyśmy na około.

- Przynajmniej będzie już spokojnie w mieście. - westchnęła Nora i zerknęła na ciocię.

- Mam nadzieje. - odpowiedziała szatynka

- Mercy! Czy ty wiesz co ta twoja ciotka dzisiaj narobiła? - zwróciła się do mnie rudowłosa. Spojrzałam na nią pytająco. Jej kąciki ust powędrowały do góry. Kobieta odwróciła się całym ciałem w moją stronę, założyła nogę na nogę i zaczęła mówić:

- Otóż Judy skontaktowała się dzisiaj z siedzibą głównej opieki społecznej i powiedziała, uwaga cytuję... - odkaszlnęła. - "Mam gdzieś taką szanowaną instytucje, skoro nawet nie wywiązują się z umowy". No może nie powiedziała tego tak grzecznie jak ja...

Spojrzałam na ciocię wielkimi oczami, która popijała sobie niewinnie kawę. Szatynka zerknęła w moją stronę i wzruszyła ramionami:

- No co? Ale udało mi się załatwić, że tylko Nora będzie do ciebie przychodzić.

- No właśnie, co do tego... - Wtrąciła się rudowłosa. - To tradycyjnie mam do ciebie kilka pytań. - sięgnęła do torby, która leżała koło niej i wyjęła notes i długopis. - Ja wiem, że tego nie lubisz, ale zostało to ustawione z góry, a nie przeze mnie, bo gdyby to ode mnie zależało to bym zmieniła wszystko, ale to absolutnie wszystko jeżeli chodzi o takie sprawy. - machnęła ręką. - No, ale nie zależy, więc nie mamy o czym gadać.

Nora zadała mi na szczęście tylko kilka pytań, ale dzięki nim mogła napisać odpowiednio raport. Widziałam jaki to wrzód na dupie, jeżeli chodzi o raport, więc grzecznie odpowiadałam na pytania. Tylko z tego, czym się rudowłosa przechwalała wynikało, że wcale nie potrzebowała tylu pytań... Chwaliła się, że potrafi powiedzieć wszytko o rozmówcy, kiedy odpowie jej na pytanie "Co tam u ciebie?", które już mi z resztą zadała na samym początku rozmowy. Potrafi czytać z ludzi jak z książki, co dla większości jest straszne. Dzięki temu, że mam Rose przy sobie (też uwielbia czytać z ludzi) jestem uodporniona na ten dyskomfort.

Chciałam poradzić się Nory w jednej sprawie, ale nie chciałam tego poruszać przy cioci, żeby nie zawracać jej tym głowy. Akurat Judy szła do kawiarenki, więc nadarzyła się idealna okazja. Oglądałam wtedy nadal wiadomości. Ciągle trąbili o tej akcji na Placu Centralnym. Byłam pewna, że widziałam tam dwójkę uczniów w trzeciej klasy, z mojej szkoły. Tego byłam pewna. Kojarzyłam tę dwójkę; chłopak -szatyn, z wygolonym bokiem i tatuażem na ramieniu i dziewczyna - długo włosa blondynka, o wyraziście zielonych oczach, że kiedy tylko kamera skierowała się na nią, to jej oczy dosłownie świeciły. Chyba w tym roku z nią nawet rozmawiałam. W otwartej furgonetce siedziała jeszcze jedna osoba, ale miała czarną bluzę i kaptur zarzucony na głowę, więc nie mogłam jej rozpoznać. Po posturze ciała domyśliłam się tylko, że to dziewczyna. Zerknęłam na rudowłosą. Wzięłam oddech i kiedy chciałam zadać pytanie Norze, ona mnie wyprzedziła, pytając:

- To o co chcesz zapytać?

Spanikowana i zaskoczona, bo nie spodziewałam się, że tak łatwo mnie prześwietli, wyjąkałam tylko:

- C-co? Ja prze-ecierz...

- Mercy... Co chwila zerkałaś na zegar, potem na Judy. A kiedy już wyszła to się trochę rozluźniłaś... To o co chciałaś mnie zapytać?

Jej brązowe oczy wpatrywały się we mnie, jakby chciały same wyczytać ze mnie informacje. Znowu wzięłam głęboki oddech

- No więc, kojarzysz Davida? Odpowiadałam ci o nim, no nie? – zaczęłam.

- Tak, pamiętam. - kiwnęła potakująco głową.

- No to tak... On może się wyprowadzić w najbliższym czasie, ale nadal jest szansa, że tu zostanie, a jeżeli zostanie, to nie wiem co z tym idiotą zrobić. Nie to, że mi na nim zależy czy coś... Po prostu mam swoje korzyści w pomaganiu mu. Ale w tym właśnie ja potrzebuje pomocy. Ten debil nie wyraża żadnej, ale to żadnej, nawet tyciej chęci, żeby zespolić się z grupą, unika wszystkich wspólnych zajęć, a kiedy już na nich jest, to się nie odzywa i wszystko mu jest obojętne! W nauce też mu słabo idzie, co mi akurat na rękę, bo będę miała najlepsze oceny w klasie, ale jednak coś jest nie tak. Ma też jakiś szemranych koleszków i pali te gówniane papierosy!

Nora przeczesała włosy dłońmi i spojrzała na sufit.

- Powiedz mi Mercy, -odezwała się . - Czy coś przydarzyło mu się ostatnio? Na przykład bliska osoba mu zmarła? Z tego co pamiętam to wcześniej zachowywał się inaczej. Rywalizował z tobą jeżeli chodzi o oceny, prawda?

-Mhm. -Kiwnęłam głową. - Rywalizował w pierwszej klasie... A co do tej bliskiej osoby, to w te wakacje stracił rodziców i straszą siostrę...

- To już wszystko rozumiem... Mogłabyś mi opisać jego zachowanie podczas każdych interakcji z tobą?

Spojrzałam na nią zaskoczona. Zmieniła sposób w jaki mówiła o 180 stopni. Zrobiła się strasznie poważna.

- A! Przepraszam Mercy! Chodziło mi oto żebyś mi opowiedziała jak się zachowywał ostatnio jak na przykład rozmawialiście. -zaśmiała się na końcu.

Czy ona właśnie pomyślała, że nie zrozumiałam tego co powiedziała? Czy ja naprawdę wyglądam na taką głupią?

- Zrozumiałam za pierwszym razem.- burknęłam i opowiedziałam jej wszystko. O tej sytuacji jak go uratowałam przed pobiciem w parku, o tym jak się zachowywał w szkole, o tej naszej bójcie w parku i o wizycie na komisariacie. Powiedziałam wszystko co pamiętałam.

- Dobrze. Z tego co powiedziałaś wynika, że można rozwiązać tą sytuację na dwa sposoby. Powinnam, jak każdy "psycholog", - nakreśliła w powietrzu znak cudzysłowu. -doradzić ci, że nie należy robić nic na siłę, że jeżeli będziesz stopniowo do niego podchodzić to po dłuższym czasie powinien już się uspokoić, że tak to określę. Ale, jako, że ja nie jestem jedną z tych oszołomów, którzy śmieją nazywać się mianem psychologów, którzy mówią "nic na siłę, nic na siłę", to powiem ci tak: musisz go zaciągnąć na siłę.

- A tak troszkę jaśniej? –spytałam zaciekawiona.

- On potrzebuje pomocy i dobrze o tym wie, ale nie chce jej od nikogo, bo boi się, że znowu będzie miał kogoś bliskiego kogo może stracić. Kiedyś się przyjaźniliście, więc będzie ci o wiele łatwiej. Musisz być strasznie nachalna. Na przykład kiedy zorganizujecie sobie wycieczkę grupową, a on nie będzie chciał iść to musisz ciągle, przy każdej możliwej okazji naciągnąć go na tą wycieczkę. A on żeby mieć święty spokój pojedzie na nią i się z wami zintegruje, czy tego będzie chciał czy nie.

- Czyli krótko mówiąc mam mu zatruwać życie i go irytować? – podsumowałam zadowolona, że będę miała jakieś przyjemności z siedzeniem z tym debilem.

- Dokładnie. - uśmiechnęła się rudowłosa

No i na to, to ja się piszę. Będę miała niezły ubaw! Tak przynajmniej myślałam na początku... Nigdy bym nie pomyślała, że spawy przybiorą taki obrót…

----------------------------------------------------------------------------------------
No i jest nowy rozdział... Co prawda trochę nudnawy, ale przynajmniej pojawiła się jedna z ciekawszych postaci epizodycznych ^^ Nie martwcie się, następny rozdział będzie ciekawszy, bo pojawi się w nim... Ojciec Theresy! :3 Mam nadzieję, że Was zaciekawiłam i będziecie wyczekiwać nowego rozdziału :D 

piątek, 18 września 2015

Mercy i energiczna Rose


Obudziłam się w dosyć dziwnej pozycji. Kiedy moje nogi leżały tak jak powinny, czyli wylegiwały się spokojnie na łóżku, tak reszta mojego ciała leżała na podłodze. Koszulka podwinęła mi się i zasłaniała całą moją twarz. Kiedy próbowałam wstać, walnęłam się niechcący o krzesło przy biurku. Uderzyłam się w policzki, żeby się jeszcze bardziej rozbudzić. Ze względu na to, że miałam Saharę w mordzie (jak zwykle) chciałam się napić, ale moja butelka, nie wiem w jaki sposób znalazła się pod moim łóżkiem. Wyjęłam telefon, żeby zobaczyć, która godzina...

- Cholera! - syknęłam pod nosem. Wstałam i nie wierząc, spojrzałam jeszcze raz na wyświetlacz telefonu. No nie chce być inaczej!

- Cholera! - powtórzyłam. Było dobrze po dziesiątej. Cholera, cholera, cholera, cholera! Biegałam po pokoju, szukając mojego mundurka, który leżał na jednej z puf.

Wybiegłam z pokoju, zeskoczyłam ze schodów. Dosłownie. Przez barierkę. Po prostu hop i byłam na dole. Zostałam ciocię, która leżała na kanapie z laptopem na brzuchu.

- Co się stało?! Czemu mnie nie obudziłaś? Jest już po dziesiątej! Straciłam trzy lekcje! - wystrzeliłam jak z karabinu. Szatynka zamrugała oczami.

- Mercy przecież dziś przychodzi ta babka... Mówiłam wczoraj, że zostajesz dziś u mnie.

- Ale ja myślałam, że na noc! Boże! Ja muszę raport oddać! - krzyknęłam, przeczesując palcami moje włosy. Nie udało mi się to zbytnio, bo moja dłoń ugrzęzła w połowie długości moich kasztanowych loków. Pobiegłam na górę, nie słuchając zbytnio co mówi ciocia, ale słyszałam, że coś mówiła. Założyłam szybko mundurek, który był mega pognieciony, wrzuciłam wszystkie książki jakie miałam do torby, bo nie miałam czasu przypominać sobie planu lekcji. Związałam włosy w wysoki kucyk za pomocą trzech gumek, bo tylko taka ilość mogła wytrzymać burzę moich loków. Kiedy schodziłam po schodach, przypomniałam sobie o raporcie z wczorajszych przerw, więc wskoczyłam jednym susem na górę, zgarnęłam z biurka raport i zeskoczyłam ze schodów. Na dole czekała na mnie ciocia z kanapką.

- Podwiozę cię. - powiedziała i wręczyła mi w rękę kanapkę.

***

Ciocia trąbiła klaksonem, wychylając co chwila głowę przez okno. Mimo że była prawie jedenasta to trafiłyśmy na korek, bo z naszej ulicy wjeżdża się od razu na główną, na której zawsze jest ruch. Kiedy wzięłam ostatni gryz kanapki, którą wcześniej dostałam od Judy, zawinęłam na szyi beżowy szalik i otworzyłam drzwi.

- Co ty robisz? - spytała brunetka, odwracając się do mnie.

- Prędzej dobiegnę. - rzuciłam i wyskoczyłam z samochodu. Ciocia wyszła za mną i mnie zawołała, ale pomachałam jej tylko ręką. Biegłam między samochodami w stronę chodnika. Wszyscy na mnie trąbili, a ja im tylko pokazywałam język w odpowiedzi. Biegłam na zmianę sprintem i truchtem, dzięki czemu w szkole byłam po 35 minutach.

Zdążyłam idealnie na długą przerwę, ale niestety ominęła mnie moja ulubiona lekcja, czyli w-f. Czekałam w szatni dziewcząt na Rose. Usiadłam sobie na ławce i wyjęłam telefon z nudów. Sześć nie odebranych połączeń i cztery nieprzeczytane sms-y. Wszystkie od Rose.

"Kiedy będziesz?"

"Spóźnisz się na pierwszą lekcje?"

"Cholera Mercy gdzie cię wcięło!?"

"Świetnie! Ja tu chodzę do szkoły, pilnie się uczę, jestem na każdej lekcji, zgłaszam się, a ty sobie olałaś szkołę! Jak tylko cię zobaczę to dam ci taki wykład moralny, że po pamiętasz! Nie pozdrawiam lenia, który teraz pewnie smacznie sobie śpi!"

Czytając ostatni sms mimowolnie się uśmiechnęłam pod nosem. Normalnie słyszałam w głowie jak ona to mówi!

- O i jest moja zguba! - usłyszałam głos mojej przyjaciółki z lewej strony. Zdziwiłam się trochę, bo to ona wchodziła pierwsza do szatni. Zazwyczaj wygląda to tak, że zawsze się ociąga i jest ostatnia. Ale dziś było inaczej. W dodatku jakby emanowała dziwną energią. A Rose nigdy nie jest energiczna. No chyba że jest przecena w jakiejś cukierni... Podeszła do szafki i zaczęła się przebierać.

- Nawet nie wiesz jaki jest dzisiaj porypany dzień! - zaczęła. - Po pierwsze ciebie nie ma na połowie lekcji... W ogóle to dlaczego cię nie było?

- Tak jakby zaspałam, a ciocia nie chciała żebym szła do szkoły, bo ta babka z opieki dziś przychodzi.- wzruszyłam ramionami i oparłam się o szafkę obok. - Coś ty taka dzisiaj energiczna, co? - spytałam, mrużąc oczy.

- A widzisz! To jest kolejna dziwna rzecz... Jestem tak wkurzona na Willa, że rozpiera mnie energia i musiałam się jakoś rozładować... A ze względu na to, że jakoś dziś wszyscy wyjątkowo są zamuleni, to wyżyłam się na w-fie.

Szkoda, że tego nie widziałam…Usłyszałam za moimi plecami trzaśnięcie drzwiami.

- To, że masz zły humor to nie oznacza, że możesz się tak panoszyć! - Krzyknęła mi przez ucho Rose. Zgaduję, że przed chwilą wyszła Theresa.

- I tak ciebie nie usłyszała pewnie... Skoro tak szybko wyszła.

Rose w odpowiedzi wzruszyła ramionami.

- Skoro jesteś zła na Willa to nadal się nie pogodziliście?

- Nie. W ogóle to wiesz co on wczoraj zrobił? Jak rozmawiał z tobą wtedy w kiblu. - Wiedziałam, że podsłuchiwała. - To jak wyszedł wziął mnie do góry po prostu tak za ręce, - Chwyciła się za pachy, demonstrując. - Wyniósł mnie z pokoju i zatrzasnął przed nosem drzwi, zamykając je na klucz!

- Wiesz Rose... Ale on miał całkowite prawo to zrobić.. W końcu molestowałaś go w jego pokoju!

- Jakie molestowałaś, jakie molestowałaś? Chciałam tylko dotrzymać mu towarzystwa...

Rose była już ubrana, więc wyszłyśmy i ruszyłyśmy w stronę stołówki.

***

- Według mnie powinnaś go przeprosić i będzie po sprawie. - Odezwałam się przed stołówką.

- Chyba żartujesz! - prychnęła. - No przecież słyszałam wasza rozmowę, kiedy Will wymknął się do kibla... Chcę go podenerwować jeszcze troszkę, za to, że on udaje że się na mnie obraził - puściła do mnie oczko, a ja strzeliłam mocnego facepalma. Nie zdążyłam jej odpowiedzieć, bo ruszyła w stronę naszego stolika, przy którym siedział Will. Dołączyłam do niej szybkim krokiem i obie po chwili siedziałyśmy już przy stole.

- Hej Will! - odezwałam się wesoło. Will uśmiechnął się do mnie, a kiedy jego wzrok zatrzymał się na brunetkę, wywrócił oczami.

- Mercy! Czemu cię nie było? - spytał.

- Tak jakby zaspałam. - podrapałam się po głowie. Will sięgnął do torby, wyjął z niej kanapkę i zaczął ją jeść. Świetnie. Przy naszym stoliku zapadła irytująca cisza. Przez chwilę siedziałam i bawiłam się moimi włosami, ale ileż tak można?!

- Rose masz go przeprosić! - szepnęłam do niebieskookiej.

- Przecież ja wiem, że on udaje, że jest na mnie zły... - odszepnęła i od razu odezwał się Will:

- Teraz już naprawdę nie udaje... Wiesz, że to nie ładnie podsłuchiwać jak ktoś rozmawia? - patrzył się na Rose, w ten sposób, że nawet mnie ciarki przeszły, a siedziałam obok.

- Will, przecież wiem, że... - zaczęła Rose, ale bez tej pewności w głosie, z którą zazwyczaj mówiła.

- Nie Rose, nie wiesz! Przepraszam cię Mercy, ale ja z nią nie wytrzymam... Jest zbyt irytująca! - powiedziawszy to, wstał i ruszył w stronę wyjścia ze stołówki. Ja też się zerwałam. Cholera, Mercy myśl! Jakiś melodramat się tu zrobił! Albo Will naprawdę jest na nią tak wściekły, albo jest tak dobrym aktorem, że nawet nabrał Rose, a to jest bardzo trudne.

- Czekaj Will... Możemy jakoś załagodzić sprawę w końcu to tylko... - zaczęłam.

- Przepraszam.

- Co?

- Co?

Oboje z Willem patrzyliśmy na Rose. Czy ona właśnie...

- Jezu, nie każcie mi tego powtarzać! - powiedziała lekko speszona i związała sobie ręce na piersi.

- Ale ja nic nie słyszałem. Wiem, że coś powiedziałaś, ale nie wiem co. Serio mówię. - blondyn podszedł w jej stronę.

- A ja nie wiem, czy mnie słuch nie zmylił. - powiedziałam, a Rose spojrzała na mnie wilkiem. Po chwili jednak westchnęła.

- Przepraszam. - powiedziała wyraźniej. Spojrzeliśmy po sobie; ja i Will.

- Czy ona właśnie... - chłopak wskazał na nią palcem.

- Chyba tak... - odpowiedziałam.

- Ej, no! Nie róbcie z tego wielkiego halo! Jakbym nie umiała...

Nie dokończyła, bo objęłam ją z całej siły i uniosłam do góry. Rose potrafiła przepraszać tylko mnie, ale nie słyszałam, żeby szczerze przeprosiła kogoś innego. Duma po prostu jej na to nie pozwalała, ale teraz przeprosiła Willa!

- I co? To było aż tak trudne?

Puściłam Rose i obie spojrzałyśmy na chłopaka.

- Mercy mi mówiła, że nie umiesz przepraszać, więc chciałem to sprawdzić...

Will! Cholera jasna! Czy tobie życie nie miłe?! Rose zacisnęła pięści i ruszyła w jego stronę. Will spojrzał na nią i kiedy zbliżyła się do niego wystarczająco, położył dłoń na jej głowie, a ona się zatrzymała.

- Oj już daj spokój Rose! Złość piękności szkodzi.- powiedział z uśmiechem. Po prostu ją pocałuj! Czasem mam wrażenie, że on ma więcej szczęścia niż rozumu, ale i tak mu się dostało od Rose. Dziewczyna uderzyła go pięścią w brzuch, ale delikatnie, bo on się nawet nie ruszył. Brunetka zabrała głowę spod jego ręki, poprawiła włosy i oznajmiła:

- Wiecie, ja to bym coś zjadła.

***

Następną lekcją było wychowanie magiczne z naszym wychowawcą. Stokrotka wszedł jako pierwszy do klasy, a my za nim. Zajęłam swoje miejsce jak każdy i wyjęłam mój zeszyt. Do wychowania magicznego nie ma podręczników. Nauka bazuje tylko i wyłącznie na wiedzy nauczyciela. Wychowanie magiczne jest dość specyficznym przedmiotem, bo na nim uczymy się wszystkiego. Nawet jak są oddzielne zajęcia z wiedzy o broniach, to i tak Stokrotka często porusza ten temat, a szczególnie ostatnio... Na tym przedmiocie możemy siedzieć tylko w ławkach i wkuwać teorię, albo wyjść na dwór i zacząć praktykować zdobytą już wiedzę. Wszystko zależy od planu naszego wychowawcy. Czasem potrafi zrobić lekcje wychowawczą, kiedy mamy nadprogramowe godziny.

Stokrotka sprawdził szybko listę. Nie było tylko Davida. Pewnie nadal był u tej dalszej rodziny. Cholera! Właśnie to do mnie dotarło! Kiedy on przestanie się uczyć u nas w szkole, to nasza grupa będzie miała tylko cztery osoby... A może przeniosą nam kogoś z innej klasy? Kurde, mamy mały problem.

- Dobrze, zanim przejdziemy do lekcji, chciałbym wam coś ogłosić. - zrobił pauzę, żeby zbudować napięcie. - Szykuje się kolejna wycieczka! - powiedział z entuzjazmem, ale klasa nie była tak wesoła. Zaczęły się nieprzyjemne szepty, a na twarzy każdego można było wyczytać niechęć. W sumie, to co nam się dziwić? Po ostatniej wycieczce też jakoś nie mam wielkiej ochoty na żaden wyjazd.

- Wiem, że macie nieprzyjemne wspomnienia związane z poprzednią wycieczką...- Mie wiedzieć czemu, spojrzał na mnie. Choć chyba się domyślam. W końcu to ja najprawdopodobniej skończyłam najgorzej i to z winy Davida, bo raczył udać się w głęboką drzemkę.

- Ale ta wycieczka - kontynuował pan Daisy. - nie będzie tak jak poprzednia. Teraz jedzie tylko i wyłącznie nasza klasa. Będzie to wyjazd integracyjny. Will możesz to rozdać? - położył na pierwszej ławce plik kartek. Chłopak posłusznie wstał i zaczął rozdawać kartki, a Stokrotka mówił dalej.

- Przesłałem waszym rodzicom wcześniej formularze i wszyscy wyrazili zgodę, więc nie próbujcie się wykręcać, bo wiem jak to z wami jest. Jedziemy na 5 dni. Wszytko macie na kartkach, które już niektórzy otrzymali.

W tym momencie Will właśnie położył mi na ławce ową kartkę. Posłał mi uśmiech, a przechodząc koło Rose, pstryknął ją w ucho i położył jej broszurkę na blacie. Spojrzałam na kartkę. Zdjęcie jakiejś stodoły, nazwa miejscowości, która nic mi nie mówi, bo to jakaś wieś. Data i godzina wyjazdu... Chwila! Wycieczka już za tydzień? Dobra lecimy dalej. Plan zajęć, lista potrzebnych rzeczy, uwagi... Że co?! Zaczęłam szybko czytać w myślach ponownie ten fragment tekstu. "Ośrodek znajduje się pod specjalną barierą, która uniemożliwia używanie magii. Z tego powodu, goście po przyjeździe nie mają zajęć, tylko czas żeby przyzwyczaić się do panujących tu warunków." Chyba w tym samym momencie większość osób to przeczytała, bo w sali zrobił się hałas. Z ławki wstał Marcus;

- Czemu tam będzie ta bariera? - spytał naszego wychowawcę.

- Będzie to dla was ciekawe doświadczenie. W dodatku się czegoś nauczycie, bo wiem, że używacie magii, nawet jak tego nie potrzebujecie. - skinął głową, żeby chłopak usiadł. Z ławki pod oknem, odezwała się Martha:

- Ale jak to mamy, wziąć jakieś ubrania, które można zniszczyć i pobrudzić? Ja nie mam zamiaru się brudzić.

Nadal nie mogę przeboleć, że z naszej starej, nieśmiałej Marthy zrobiła się taka...No taka panienka.

- Dziękuję za informacje, Martho. Zapamiętam, ale na wszelki wypadek weź też jakieś starsze ubrania. Je na pewno będziesz mogła zniszczyć. - Stokrotka klasną w dłonie. - Dobrze, ktoś ma jeszcze jakieś pytania, albo uwagi?

Było jeszcze kilka mało istotnych pytań, ile będziemy jechać itp.

- Wspaniale, skoro to już wszystko, to możemy przejść do lekcji. Skoro jesteśmy w temacie, to porozmawiamy dziś o barierach. Wiem, że coś wam się obiło o uszy, ale tym razem temu tematowi poświęcimy przynajmniej pięć lekcji. Dobra! To co pamiętacie? Tak, Evo. Patrzę właśnie na ciebie, bo to twoja specjalność.

Whitmore Eva, jest magiem runicznym. To znaczy jak moją naturą jest ogień, to jej są runy. Magia runiczna jest bardzo uniwersalna, gdyż pozwala używać dowolnego żywiołu. Kiedy Eva może na przemian używać zaklęć ognia i lodu, ja nie mam takiej możliwości. Moja magia ma tak jakby zablokowane wyjścia, na inne żywioły. Mogę używać tylko zaklęć uniwersalnych, które tworzą runy. Właśnie dzięki nim mogę przekształcić moją naturalną magię, na jakąś inną np. mogę zostawić pułapkę z elektryczności w jakimś miejscy, ale nie mogę strzelać piorunami jak to robi Theresa. Mag runiczny ma taką możliwość. Zna też od urodzenia wszystkie runy z trzech podstawowych alfabetów. Zanim zacznie się jeszcze nauczyć mówić pierwsze słowa, to ma zakodowane w głowie runy, ale nie przeszkadza to w dorastaniu, bo ta wiedza odblokowuje się kiedy mag ma umiejętności, żeby z niej skorzystać. Czyli tak mniej więcej w wieku gimnazjalnym. Kolejną charakterystyczną cechą jest to, że ich talent magiczny nie przeskakuje przez pokolenia z prababki, czy pradziada. Jeden z rodziców musi być magiem runicznym. Ja podobno otrzymałam talent magiczny po babci, ze strony ojca…

- Bariery, to zaprogramowana energia magiczna. Kiedy bariera jest słabo wywołana wystarczy zmiana jednej, z programujących ją run, a zostanie zdezaktywowana, albo zmieni swoje właściwości. Bariery mogą być niewidzialne i nie wyczuwalne dal zwykłego człowieka, ale dobrze wyszkolony mag może wyczuć wydobywającą się z niej magię. Każda bariera zawiera w sobie linijkę kodu z takimi samymi runami, bez tej linijki bariera nie może powstać…

Brzmi trochę jak kodowanie na informatyce, prawda?

- Świetnie Evo! To dziś będziemy się uczyć właśnie tej obowiązkowej linijki run. Mam nadzieje, że uważaliście na zajęciach z run… - powiedział stokrotka i zaczął rozpisywać na tablicy runy. – Przepiszcie to, a potem zajmiemy się każdą z run osobno.

Wyjęłam zeszyt i szybko przepisałam to, co było na tablicy i sama zaczęłam analizować runy. Kiedy kończyły się wakacje z wiedzą o runach byłam już na tym poziomie, na którym jest obecnie większość naszej klasy (oczywiście nie mówię tu o Evie). Kiedy moja klasa przerabiała pierwsze tematy, to ja wyprzedzałam z tematami. Największym problemem jest to, że nie posiadamy podręczników, jeżeli chodzi o wszystkie przedmioty magiczne (nie liczę tu historii magicznej, bo tam uczymy się tylko teorii), więc musiałam bawić się w chodzenie do biblioteki szkolnej lub miejskiej. Osobiście wolę, tę drugą… Wszyscy pracownicy tam mnie znają. W gimnazjum chodziłam tam prawie codziennie. Mam nawet specjalną kartę do archiwum, gdzie trzymają wiele starych książek. Potrafiłam tam nawet na noc zostać, szukając jakiś starych zaklęć medycznych, ale ta magia jest tak zapomniana, że to się w głowie nie mieści! Na około sto książek jakie przejrzałam do tej pory natrafiłam tylko na cztery zaklęcia lecznicze! Teraz, jak przeczytam kilka stron z jakiejś starej książki to zaczynam sypać tyloma archaizmami w normalnej rozmowie, że sama siebie przerażam!

Doszliśmy do połowy kodu, wspólnie ze Stokrotką, kiedy zadzwonił dzwonek. Wyjęłam mój wczorajszy raport, żeby oddać go Theresie, ale dokładnie w tym momencie kiedy wstałam, ona właśnie wyszła pędem z sali. Wybiegłam za nią na korytarz. Co ona tak pędzi? Wchodziłam za nią po schodach.

- Mercy, nie łaź za mną. Nie widzisz, że jestem nie w humorze? – odezwała się nagle.

- Ale musisz wziąć ode mnie raport za wczoraj!

- Zostaw mi go na ławce, a teraz się ode mnie odczep! – nie zwalniała tępa, ale nie miałam problemu, żeby dotrzymać jej kroków.

- Słuchaj, to, że pokłóciłaś się z ojcem, nie oznacza, że możesz się na wszystkich wyżywać!

- Właśnie dlatego, chce żebyś sobie poszła! Bo nie chce się na nikim wyżywać!

- Dobrze! Ale nie chcę już widzieć takiego wyrazu twarzy u ciebie!

- Że co, ty właśnie powiedziałaś!? – odwróciła się na pięcie i złapała mnie za kołnierz, przyciągając do siebie. Stałyśmy na półpiętrze.

- To, co słyszałaś. – powiedziałam z lekką drwiną w głosie. Jak na razie idzie zgodnie z moim planem…

- Nie wkurzaj, mnie Mercedes, bo jak nie to…

- Bo jak nie to co? – uśmiechnęłam się lekko i też złapałam ją za kołnierz.

- Nie wiesz nic o moim życiu, więc się nie wtrącaj! – wybuchła.

- W takim razie mi powiedz. – powiedziałam spokojnie. Zagryzła dolną wargę i spojrzała na podłogę. Po chwili mnie puściła, ja zrobiłam to samo. Podpatrzyłam tę sztuczkę od Rose. Najpierw trzeba wyprowadzić kogoś z równowagi, a potem trzeba postępować spokojnie i powie nam to co chcemy. Większość dziwnych zachowań mojej przyjaciółki nie są bez celu. Rose po prostu umie manipulować ludźmi… Kurde, to brzmi źle, a ona nie wykorzystuje tego do jakichś niecnych celów! Ale jakoś nie mogę znaleźć innego słowa, żeby nazwać to, co ona robi.

- Nawet jeśli powiem, to to nic nie zmieni. Nie chcę obarczać ludzi moimi problemami… Sama muszę dać sobie z nimi radę.

- Ale jak mi powiesz, to może ci ulży…

- Nie Mercy, ale dzięki. Teraz idę na obchód. – uśmiechnęła się lekko i mijając mnie, klepnęła mnie w ramię. Raaanyyy… Z niej naprawdę trudno jest coś wydusić! Szczerze mówiąc wiem o niej najmniej ze wszystkich osób z naszej klasy. Nawet o Willu wiem o wiele więcej niż o niej, choć znam go niecałe trzy miesiące… Właśnie! Już jest listopad! Muszę się zająć kilkoma sprawami, ale ciągle je odwlekałam!

Wróciłam do sali lekko zamyślona, podeszłam do ławki Theresy, która znajdowała się pod oknem i położyłam tam raport, który lekko się pogniótł. Odwróciłam się w stronę swojej ławki. Rose siedziała w swojej ławce, opierała głowę na dłoni i coś mówiła. Nad nią stała Martha i chyba się bulwersowała, bo co chwila wymachiwała swoimi rękoma. Kiedy zauważył mnie Will, od razu do mnie przyszedł.

- Ty wiesz, o co tym dwóm chodzi? – spytał, pokazując brodą w ich stronę.

- O ciebie. – westchnęłam i oparłam się o ławkę Theresy. Will się nagle zerwał i stanął przede mną.

- C-co! Ale, że o mnie–mnie!? – zająkał się i wskazał palcem na siebie. Widziałam, że lekko się zarumienił.

- Pewnie tak… - W końcu o co ta dwójka mogłaby się tak kłócić? – A teraz się przesuń, bo nic nie widzę! – okułam go lekko łokciem w brzuch, żeby się przesunął, ale było już za późno. Martha właśnie odchodziła od mojej przyjaciółki, cała czerwona, pewnie ze złości. Nie patrząc na blondyna ruszyłam w stronę Rose. Will poszedł za mną.

- O czym tak się kłóciłyście? - spytałam, siadając na swoim miejscu. Will przywlókł sobie krzesło, z którejś ławki i usiadł na nim okrakiem.

- Z mojej strony to nie była kłótnia, bo byłam pewna swojej pozycji… - zerknęła na Willa. – Ale ona nie, więc musiałam uświadomić jej, że nie wszystko może mieć dla siebie. - wzruszyła ramionami i położyła się na ławce. – A ty co tak wybiegłaś za Theresą? – odezwała się po chwili.

- Raport jej musiałam oddać… A po drugie chciałam wypróbować jeden z twoich sposobów, żeby wyciągnąć od niej, czemu dokładnie jest taka wściekła…

Rose się nagle rozbudziła. Odwróciła się w moją stronę:

- Trzeba było mnie pytać! W ogóle to jestem z ciebie dumna. Chciałaś kimś pomanipulować! Brawo, Mercy wreszcie schodzisz na ludzi! – pogłaskała mnie po głowie.

- Że słucham?! Jak to „wreszcie schodzę na ludzi” ? Chyba ci się coś pomyliło kochana… - złapałam ją za policzki jedną dłonią, w ten sposób, że zrobiła dziubek.

- Puuusc mnie Meersyy… - przeciągała samogłoski i mówiła w tak śmieszny sposób, że musiałam się po prostu zaśmiać.

- Ani mi się śni! Do póki mnie nie przeprosisz! – udawałam, że się dąsam i ścisnęłam ją mocniej.

- Will… pomósz miiii...

- Mogę? – spytał chłopak, wskazując na jej twarz.

- Pewnie. – opowiedziałam, domyślając się co ma na myśli. Chłopak pochylił się w jej stronę, a moje serce zabiło szybciej. To nie było to, o czym pomyślałam! To wyglądało tak jakby miał ją pocałować. Ich twarze dzieliły centymetry. Zamierzasz ją pocałować TU?! Przecież w klasie jest Stokrotka! I właśnie patrzy się w naszą stronę. Chłopie! Jak chcesz ją pocałować, to nie teraz, nie tu, kiedy w klasie jest Stokrotka i centralnie się na nas gapi! Nagle Will uszczypał jej policzki, ja puściłam jej buzie, a on zaczął rozciągać jej policzki w różne strony. Odetchnęłam z ulgą.

- Masz takie urocze policzki, aż chce się je uszczypnąć.

Hola! Will, czy ty wiesz co przed chwilą zrobiłeś i co powiedziałeś? Mam nadzieje, że wiesz… Naprawdę to wyglądało tak jakby miał ją pocałować, ale w ostatniej chwili zrezygnował!

Rose wyrwała się i pogłaskała po policzkach. Byłam pewna, że na jej twarzy widziałam rumieniec… A może to było tylko zaczerwienienie od szczypania.

- Rany… Widzę, że mieliście świetną zabawę, szczypiąc mnie po twarzy. - burknęła.

- A żebyś wiedziała! – uśmiechnął się Will.

- Idiota. – Rose uderzyła go lekko w głowę. Chłopak w odpowiedzi pokazał jej język i wyprostował się na krześle.

- A wracając do twojego pytania... - zaczęła, jeszcze gładząc swoje poliki. - To po tym wczoraj, ojciec zrobił jej mega awanturę i teraz ma zakaz na wszystko. Dosłownie wszystko. Jej ojciec wynajął takiego typa, który wszędzie chodzi za nią... Pilnuje wyjścia ze szkoły. Thunder powiedział też w szkole, że nie mogą jej wypuścić z lekcji, chyba, że on sam osobiście zadzwoni. W domu jest zamknięta na klucz, ojciec jej załatwił dodatkowe zajęcia, bo nie może znieść, że jego córka opuściła się w nauce, więc Theresa ma dodatkowo zawalone całe dni po szkole. Ma też zakaz zbliżania się do Daga i jego warsztatu!

- Raaanyyy... - westchnęłam, bo nie widziałam jak to skomentować.

- No! A ta burza z wczoraj to rzeczywiście byli oni! Potwierdzone info. - dodała po chwili.

- Ej, ale skąd to wiesz? - spytałam, ciekawa jak wyciągnęła z niej te informacje. A może po prostu wydedukowała z plotek, w czym jest mistrzynią.

- Podpuściłam ją. Zrobiłam dokładnie to co ty przed chwilą, tylko, że mi się udało. Nie nadajesz się do tego typu rzeczy, kiedy nie jesteś na serio wściekła. - pokręciła lekko głową.

- Co jej powiedziałaś? - spytałam, ciekawa jak wytrąciła Therese z równowagi.

- Ty wiesz, że ja czasem jestem naprawdę okropną osobą, kiedy chcę osiągnąć swój cel i lepiej żebyś się nie popsuła przeze mnie. Więc ci nie powiem.

- Rose... Znam cię nie od dziś i nadal nie jestem zepsuta! Chyba się uodporniłam czy coś...

- Taaa.... - westchnęła Rose i położyła głowę na bacie mojej ławki. Jakie "Taaa"?! Co to miało być za westchnienie?! Nie zdążyłam jej nic odpowiedzieć, bo zadzwonił dzwonek. W tym samym momencie weszła do sali Theresa i zajęła swoje miejsce. Rzuciła mi porozumiewawcze spojrzenie, które oznaczało "Dzięki.", machając raportem.

Na kolejnej lekcji wychowania magicznego (w skrócie MG) omawialiśmy każdą runę z osobna. Nie było w tym nic interesujacego, bo to była zwykła teoria typu: "Z którego alfabetu runicznego pochodzi ta runa" albo Co się stanie z polem magicznim jeśli ta runa zostanie zamieniona/zbarana. Kiedy lekcja się skończyła ruszyłam z klasą do szatni, która znajdowała się w piwnicy. Powiem tak, nasza szatnia to NAJGORSZA cześć tej szkoły. Wygląda jak jakieś więzienie; obskurne sciany, z których schodzi farba, sztania każdej klasy wygląda jak cela zamykana na kłódkę. Czekaliśmy aż pani sztaniarka (która swoją drogą jest naprawdę wredna) otworzy nam sztanie. Ona musi nas naprawdę nie lubić, bo zawsze naszą szatnię otwiera ostatnią... Na dworzu było tylko 15 stopni, co oznaczało dla mnie początek sezonu "Nosimy spodnie pod spódnicą, bo nogi odpadną". Przez to, że jestem magiem ognia jestem o wiele bardziej wrażliwsza na zimno. Jak na razie noszę leginsy, bo jeszcze nie ma zimy, ale jak tylko temperatura spadnie poniżej 10 stopni to zakładam jeansy. Wygląda to dość dziwnie kiedy paraduje po szkole w jeansach, spódnicy i białym golfie, na który jest zarzucona marynarka od mundyrku szkolnego, no ale co ja poradzę, że w szkole słabo z ogrzewaniem. Nie to, że nie grzeją, bo grzeją, ale budynek jest już dość stary i ściany nie chronią tak przed zimnem. Ale przynajmniej nie jestem sama. W szkole jest sporo magów ognia, bo jest to podstawowy żywioł magiczny, więc nie tylko ja chodzę tak ubrana w szkole w okresie jesień-zima. Nawet w klasie mam mojego magicznego "brata" - Marcusa, który wie co czuję, bo też jest magiem ognia. Nasze szatnie są małe, więc ciężko żeby zmieściło się 25 osób w każdej. Ja i Rose zawsze zawieszamy kurtki na haczykach przy drzegwiach, więc wystarczy, że sięgniemy po nasze rzeczy i nie musimy wbijać się w ten tłum. Najlepszy jest pierwszy dzień w szkole, bo w naszej klasie uzgodniliśmy, że kiedy ktoś zajmie pierwszy jakiś wieszak to jest już jego do końca roku.

Wzieliśmy swoje rzeczy i zaczęłyśmy ubierać się w kurtki. Rose miała tylko czarną ramoneskę i zarzuciła jeszcze na szyję szary komin. Ja założyłam na koszulę sweter (nie nosiłam go w szkole, bo jeszcze nie jest aż tak zimno), potem na to marynarkę od mundyrku i na to kurtkę parkę. Owinęłam szalikem szyję i twarz, że spod niego wystawały mi tylko oczy. Może uważacie, że to przeada, ale dla mnie na dworzu jest około 5 stopni... Poczekałyśmy jeszcze na Willa, bo Theresa wyszła pierwsza z sali i nie raczyła na nas poczekać.

- W Sul Tower szatnie były większe... - odezwał się Will, kiedy wchodziliśmy po schodach.

- Za to tutaj jest większy teren z boiskami. - powiedziałam.

- I w ogóle szkoła jest większa. - dodała radośnie Rose. Cały czas się uśmiechała. Will też to pochwycił i od razu spytał:

- A ty co się tak cieszysz?

- A co, nie mogę? Po prostu nie mogę się doczekać wycieczki. - wyszczerzyła się w jego stronę.

- Ty, niemogąca się doczekać wycieczki? To chyba jakiś żart. - skomentowałam. Rose nie lubiła wycieczek, zawsze próbowała znaleźć jakąś wymówkę, żeby tylko nie pojechać, a teraz?

- Nie mów, że nie skojarzyłaś faktów? - spoważniała na sekundę.

- Jakich faktów? - stanęłam. Byliśmy już na głównym holu szkolnym. Rose odwróciła się do mnie i uśmiechnęła się delikatnie.

- Nie ważne... - powiedziała cicho, puszczając mi oczko.

- Nie, Rose! Jak coś zaczęłaś to dokończ! - powiedziałam stanowczo. W odpowiedzi pokazała mi język i zaczęła biec od jednej ściany do drugiej kierując się w stronę wyjścia. Dziwne, że jej się te jej krótkie nóżki nie poplączą się w tych jesiennych botkach na obcasach... Zerknęłam na Willa, który wlepiał wzrok w Rose.

- Nie uważasz, że ona ma dziś za dużo energii? - spytałam.

Brak odpowiedzi.

- Will...

Cisza.

Dobra Will! Kogo jak kogo, ale mnie się nie ignoruje! Chciałam go lekko popchnąć, ale powstrzymałam się i dałam mu jeszcze jedną szanse. Pomachałam dłonią przed jego twarzą.

- Wiiiill!

Zadziałało! Chłopak oderwał wzrok od brunetki i spojrzał oszołomiony na mnie.

- Co? - spytał po chwili. Miał taki głupkowaty wyraz twarzy, że musiałam się zaśmiać.

- No co? Z czego się śmiejesz, Mercy?

- Z ciebie. Haha! Gdybyś widział swój wyraz twarzy! – Śmiałam się jeszcze przez chwilę, potem wzięłam uspokajający oddech i dodałam:

- Chodzimy, bo Rose nam ucieknie.

W odpowiedzi Will pokiwał mi głową.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Po dłuższym oczekiwaniu jest nowy rozdział :3 Ten post dedykuję Kasi, o której już wspomniałam w poprzednim poście... Strasznie Ci Kasiu dziękuję za korektę i tym razem nie w komentarzach :D <3 Rozdziały nie będą się pojawiać regularnie, ale na pewno nie dodam ich w środku tygodnia. Jak będę miała dodawać jakiś rozdział to w weekend (piątek, sobota lub niedziela). Kto jeszcze nie widział, to zapraszam do zakładki "Bohaterowie" (klik), gdzie znajdują się krótkie opisy i rysunki mojego autorstwa ^^ Nie są najlepsze, ale to była moja pierwsza próba narysowania całej piątki xD No... to chyba tyle chciałam Wam powiedzieć! Zachęcam do komentowania i zaobserwowania bloga <3
A! I jeszcze chciałam Wam podziękować za ponad 5 tysięcy wyświetleń <3(dla podejrzliwych, nie, ja sobie ich nie nabijam xd)