niedziela, 10 maja 2015

Mercy i wizyta na komisariacie

- Mam tego dość!- wstałam i skierowałam się w stronę wyjścia ze stołówki. Była już środa, a David kolejny raz nie pojawił się na długie przerwie. Postanowiłam wziąć to w swoje ręce i sprowadzić go siłą (co z tego, że tak naprawdę przez ten cały czas go unikałam). Przygotowałam się mentalnie do tego, że będę musiała spędzać z nim więcej czasu. W końcu co mnie nie zabije, to mnie wzmocni. Najwyżej wyląduję w wariatkowie...
-Gdzie idziesz? -spytał Will. Rose podniosła głowę, którą zawsze kładła na blacie. Theresa nie wzruszona czytała swoją książkę o motoryzacji. Jak się później okazało, że ta bransoleta z samochodu, to prototyp ładowarki magicznej. Tessa wyjaśniła nam (dzięki Willowi, który ciągle zawracał jej o to tyłek), że ta bransoleta ma umożliwić zamienianie magii, na energie elektryczną... Chodzi o to, że samochód byłby zasilany, przez energię magiczną, zamienianą na energie elektryczną. Tyle zrozumiałam. Theresa tłumaczyła to żargonem mechaników, a ja tak naprawdę nigdy nie interesowałam się tymi tematami.
-A jak myślisz? Idę poszukać tego idioty... -rzuciłam i pobiegłam. Pierwsze co mi wpadło do głowy, to strych, albo szkolna piwnica. W bibliotece raczej się nie siedział, bo tam nie dało się palić papierosów. Byłam pewna, że nadal pali, a może nawet znowu spotyka się z tymi typkami, bo czasem jak go mijałam na korytarzu, to czułam dym papierosowy. Najpierw zeszłam po schodach do piwnicy. Nie znalazłam go, ale za to przyłapałam dwójkę licealistów, chyba chodzących do czwartej klasy na jednoznacznej sytuacji... Lekko zniesmaczona i zawstydzona wbiegłam na samą górę szkoły. Jedyne gdzie mógł być, jeżeli był na terenie szkoły, to właśnie tam, bo wejście na dach jest zamknięte. Jednak tam też go nie było... Długa przerwa trwała dopiero dziesięć minut, więc mogłam wyjść poza teren szkolny. Musiała wejść do sekretariatu, żeby zapisać się na specjalną listę. Przejechałam palcem po nazwiskach! Mam cię! Na liście widniało nazwisko Davida. Domyśliłam się, gdzie może się znajdować. Sama zapisałam się na liście i wybiegłam z budynku szkoły. Od razu skierowałam się na przystanek autobusowy. Akurat przyjechał autobus. Zajęłam miejsce siedzące i chciałam spojrzeć w telefon, żeby sprawdzić, która godzina. Cholera! Nie wzięłam telefonu. Wyszłam ze szkoły bez niczego. Nie wzięłam torebki, telefonu, portfela... Byłam w samym mundurku; granatowej spódnicy, kończącej się przed kolanami, białej koszuli, ciemno granatowej marynarce, z herbem szkoły na lewej piersi i prawym ramieniu i zawiązany luźno na szyi krawat w szaro-granatowe paski. Po około piętnastu minutach byłam na miejscu. Byłam pewna, że spotkam Davida w tym parku... W parku nie było prawie nikogo, w końcu wszyscy o tej godzinie byli albo w szkole, albo w pracy. Przeszłam cały park i znalazłam chłopaka dopiero przy wschodniej części, gdzie znajdował się mały strumyczek. Stał pod dosyć dorodnym kasztanowcem. Zakradłam się do niego powoli. W połowie drogi czułam już zapach dymu papierosowego. Ulżyło mi trochę, bo nie był z tymi typami, co wcześniej.
-Mogę jednego?- powiedziałam, stukając go w plecy. Brunet odskoczył.
-Co ty tu robisz? -spytał.
-Jak to co? Przeszłam się na spacer, do parku. Przecież jest długa przerwa i wcale nie muszę siedzieć z moją grupą na stołówce... -zaczęłam bujać się na palcach. -W dodatku naszła mnie ochota na papieroska. -puściłam mu oczko. Nie odpowiedział. Wyglądał na bardziej zaskoczonego niż zdenerwowanego. A szkoda, bo miałam ochotę go podrażnić, ale kto mi zabroni popróbować jeszcze troszkę?
-A tak na serio, to mogę jednego? -spytałam poważnym tonem. Chłopak uniósł prawą brew do góry. -No co? Ty masz prawo się odprężyć, a ja nie? -powiedziałam z wyrzutem. David westchnął i sięgnął do kieszeni swoich spodni. Wyjął z nich paczkę papierosów i mi ją podał.
-O jak miło! -powiedziałam słodko i wyrwałam chłopakowi pudełko z ręki. Odskoczyłam i zrobiłam kilka kroków do tyłu.
-Ej! Oddaj! -krzyknął i ruszył w moją stronę. Stanęłam sztywno i zgniotłam paczkę w prawej dłoni, potem ją podpaliłam. Dzięki Bogu, że nie miała folii, bo nie udałoby mi się tak łatwo tego spalić. Czarny proszek przeleciał mi przez palce i upadł na trawę. Zrobiłam duży krok i już stałam przed chłopakiem. Wyjęłam z jego ust papierosa i podrzuciłam do góry. Pstryknęłam palcami i od razu zamienił się w popiół.
-Co ty wyprawiasz?!
-Idziesz teraz ze mną. Wracamy do szkoły! -rozkazałam mu i ruszyła w stronę najbliższego wyjścia
-Nigdzie z tobą nie idę. Najpierw oddaj mi kasę za tą paczkę, którą teraz spaliłaś.
-Słucham?-obróciłam się na pięcie i podeszłam do niego. - Powinieneś mi podziękować, bo dzięki mnie będziesz żył dłużej... Chociaż wiesz co? Nawet mi to na rękę. Nie będę się musiała z tobą tak użerać. -stuknęłam go palcem w mostek.
-To po co tu przylazłaś? -spytał z pretensją w głosie.
-Powiedziałeś, że będziesz się mnie słuchał, a tego nie robisz! -podniosłam głos.
-Powiedziałem też, że w miarę rozsądku! -wrzasnął. Zaczęliśmy mierzyć się wzrokiem
-No naprawdę... -uniosłam ręce do góry. -Naprawdę bardzo rozsądnym posunięciem jest palenie petów w wieku siedemnastu lat i odizolowanie się od rówieśników?
Zamilkł. Ha! Co już nie wiesz co powiedzieć? Zawiązałam ręce na piersi i wpatrywałam się w niego licząc, że zaraz usłyszę z jego ust „Daj mi spokój i chodźmy do tej szkoły”, ale zamiast tego on wbił wzrok w coś nad moim prawym ramieniem.
-Proszę, kogo my tu mamy... -usłyszałam nieprzyjemny, ochrypnięty głos za swoimi plecami. Szybko się odwróciłam i ujrzałam trzy twarze tak nie przyjemne, że trudno je było zapomnieć. Była to trójka wyrostków, która wcześniej pobiła Davida i ta sama, której wtedy skopałam tyłki, a raczej ich wystraszyłam. David pociągnął mnie za marynarkę. Prawie minęliśmy ich na małym moście, który pozwalał przejść przez strumyk, ale jeden chwycił mnie za ramie i zatrzymał.
-Nie ładnie tak ignorować znajomych. -powiedział, na końcu cmokając. Ale oblech! Nim zdążyłam mu się wyrwać David ni stąd ni zowąd pojawił się przede mną i chwycił go za rękę.
-Nie dotykaj jej. -powiedział chłodno. Aż mnie ciary przeszły. Wyrostek mnie puścił i cała trójka skupiła uwagę na brunecie. Stał wyprostowany mierząc się wzrokiem z wysokim blondynem (farbowanym, bo widziałam jego odrosty), który wcześniej mnie trzymał. Nie było możliwości wyjść z tej sytuacji bez bójki. Westchnęłam ciężko.
-Uwaga! Ptaszek leci! -krzyknęłam i wymierzyłam pięścią w blondyna. Poleciał na barierkę. Gdybyście zobaczyli jego minę, kiedy go uderzyłam akurat się odwrócił. David się cofnął i podciął nogi pozostałym dwóm typkom.
-Chyba jednak wrócę do szkoły... -powiedział. Ruszyłam w jego stronę, ale zostałam pociągnięta za bark do tyłu. Z całej siły uderzyłam plecami o barierkę. Poczułam tępy ból w krzyżu. Blondyn złapał mnie za krtań swoją wielgachną dłonią. Odruchowo złapałam za nią i starałam się ją oderwać od mojej szyi. Usłyszałam dźwięk łamanej deski. Spojrzałam ponad ramię blondyna. David cofał się przed tą dwójką, która przed chwilą leżała na ziemi. Każdy z nich miał kawałek drewna urwanego z barierki. Uderzyłam z całej siły mojego napastnika w w kroczę. Uwolnił uścisk, a ja mogłam wreszcie wziąć oddech. Podbiegłam do dwóch chłopaków, którzy szli w stronę Davida. Złapałam obu za kaptury i pociągnęłam do tyłu, a sama podbiegłam do Davida. Zgromadziłam energię magiczną w moich pięściach i zamieniłam ją w ogień.
-Co ty robisz? Nie możemy ich zaatakować magią, bo.. -powiedział cicho do mnie.
-Nie musimy ich atakować, poprzednio ich tak odstraszyłam. Po prostu patrz. - byłam pewna siebie, ale to co po chwili usłyszałam bardzo mnie zaskoczyło.
-Może poprzednio daliśmy się nabrać, ale nie tym razem!-powiedział jeden z dwójki, która wcześniej atakowała. Miał trądzik na twarzy i schowane pod kapturem ciemne, blond włosy. -Mag nie może nam nic zrobić. -zaśmiał się drugi. Był troszkę wyższy od pierwszego. Miał ciemne, obcięte na jeżyka włosy. Zrobiłam krok do tyłu, gasząc płomienie.
-Nie wierzę, że się z nimi zadawałeś. -szepnęłam do Davida.
-To nie do końca tak... -odpowiedział. Do pierwszej dwójki doszedł blondyn, któremu wcześniej zasadziłam dosyć porządnego kopniaka w krocze. Z kieszeni bluzy wyjął nóż.
-Mamusia was chyba nie nauczyła, że nie wolno zadzierać ze starszymi.
Momentalnie wykopałam z jego dłoni nóż. Nie miał prawa wspomnieć o mojej matce! Zaskoczony całym zdarzeniem nie zauważył jak po chwili podskoczyłam, obróciłam się i kopnęłam go w szczękę. Upadł na ziemię kilka metrów dalej, poza drewnianym mostkiem, na którym się znajdowaliśmy. W moją stronę ruszyła pozostała dwójka z drewnianymi belkami. Jednego pociągnął David. Pewnie zrozumiał, że już nie dajemy im forów. Złapałam bruneta obciętego na jeżyka za belkę w jego dłoniach. Spojrzałam mu prosto w oczy, a potem zaczęłam spalać drewno. Widocznie nie spodziewał się tego i puścił dopiero wtedy, kiedy płomień dotarł do jego dłoni. Byłam tak wytrącona z równowagi, że nie zauważyłam, że używam magii. Może odrobinę przesadziłam, ale wtedy jakoś się tym nie martwiłam. Spojrzałam w stronę Davida. Stał nad leżącym chłopakiem z trądzikiem. Spojrzał na mnie, a potem krzyknął.
-Uwa...
Kiedy usłyszałam pierwszą sylab zorientowałam się, że ktoś jest za mną i od razu się schyliłam. Wysoki, masywny blondyn, którego nie dawno powaliłam kopniakiem w szczękę trzymał z powrotem swój nóż. Podbiegłam do krawędzi barierki na mostku. David chciał podbiec, żeby mi pomóc, ale zatrzymałam go ruchem ręki.
-Dam sobie radę z tym marginesem społecznym. -krzyknęłam do niego specjalnie żeby wściec wyrostka. Od razu pobiegł w moją stronę, trzymając w ręku nóż. W odpowiednim momencie uchyliłam się, a chłopak przechylił się przez barierkę, wyrwałam mu z ręki nóż delikatnie raniąc swoją dłoń, a on wpadł do wody. Z takim nożem się nie biega.
-Rzuć nóż!- usłyszałam nieznany mi głos. Odwróciłam się w jego kierunku i zobaczyłam trzech policjantów mierzących do mnie z broni. Inna dwójka podeszła do siedzącego w wodzie blondyna, a kolejna czwórka do leżącej na ziemi pozostałej dwójki. Zobaczyłam jak David ma wyciągnięte ręce do góry i jakaś funkcjonariusza spina go kajdankami. Upuściłam nóż i dwójka podeszła do mnie i też mnie spięła.
-Ale to pomyłka... -zaczęłam, ale jeden mężczyzna w mundurze powiedział:
-Wyjaśnimy to na komisariacie.
Poprowadzono nas do wschodniej bramy. Tam czekała na nas karetka. Trójkę wyrostków, którzy nas zaatakowali też spięci byli w kajdanki. W kartce opatrzono mi ranę, chociaż tego nie potrzebowałam, bo później mogłam sobie zregenerować ranę. Chłopaka, którego wcześniej wyrzuciłam za barierkę do małej rzeczki karetka zawiozła do szpitala. Podobno złamałam mu szczękę. Ja z Davidem i pozostałą dwójką pojechaliśmy na komisariat.
Na komisariacie, po przesłuchaniu trzeba było podać numer telefonu do opiekuna. Ze mną nie było problemu, ale brunet nie chciał podać numeru do swojego opiekuna z opieki społecznej i najpierw zadzwonili do wychowawcy, a potem do opiekuna męskiej części akademika. Nikt nie mógł w tej chwili po niego przyjechać, więc zapowiadało się na to, że zostanie tu kilka godzin. Kiedy przyjechała moja ciotka, nawet nie zaszczyciła mnie spojrzeniem, skierowała się jakby nigdy nic prosto do pokoju komendanta. Musiała być wściekła. Czekaj, chwila! Tak po prostu weszła do pokoju komendanta?!
Siedzieliśmy koło siebie z Davidem na plastikowych krzesełkach. Jedna myśl nie dawała mi spokoju. Wątpiłam, że chłopak mi normalnie odpowie, ale co szkodziło spróbować?
-Jedna rzecz mi nie daje spokoju.- zaczęłam. -Jak to możliwe, że teraz bez problemów powaliłeś na łopatki tego typka, a poprzednio byłeś cały poobijany i leżałeś pod murkiem?
-Po prostu nie byłem sobą... -powiedział cicho, nie patrząc w moją stronę.
-Jakbyś teraz był... -mruknęłam pod nosem i odwróciłam wzrok. Zauważyłam, że ciągle patrzyłam na niego przez pryzmat Davida, z którym się przyjaźniłam. Może nie powinnam? Każdy przecież może się zmienić... Nie! To nie tłumaczyło tego, że nie odzywał się przez te trzy lata. Ba! Nawet nie raczył powiedzieć, że się przeprowadza. A kiedy wrócił nie wysilił się nawet na zwykłe „cześć”. Zagryzłam mocno, aż do bólu dolną wargę, żeby się skarcić. Znowu przyłapałam się na tym, że trzymam urazę.
Po około pięciu minutach ciotka wyszła z pokoju razem z komendantem. Uścisnęli sobie w uśmiechu dłonie. Kiedy mężczyzna wrócił do pomieszczania, ciotka stanęła twarzą do nas, zrobiła zeza i westchnęła ciężko. Zawsze tak robiła, kiedy była zirytowana i chciała się odreagować. Nie wiem jak jej to pomaga, ale skoro działa...
Wyciągnęła z kieszeni swoich jasnych jeansów telefon i do kogoś zadzwoniła. Mimo miny, którą zrobiła przed wykręceniem telefonu, wiedziałam, że jest zła. Przez dłuższą chwilę się na nią patrzyłam. Miała na sobie średniej wysokości koturny na słomie, jasne, długie spodnie, które podkreślały jej szczupłe nogi i białą, luźną koszulę.
Po skończonej rozmowie podeszła do nas. Wbiłam wzrok w podłogę, bo bałam się co powie.
-Wasza dwójka wraca ze mną.
-Dwójka? -powiedział niemrawo David, podnosząc na nią wzrok. Zrobiłam to samo.
-Tak, dwójka. Rozmawiałam przed chwilą z waszym wychowawcą i zgodził się, żebym ciebie zabrała, Davidzie.
Chłopak spojrzał na ziemie i mruknął cicho:
-Dziękuję, ale obejdzie się. Nie potrzebuję łaski...
-Słucham?! - ciotka podwyższyła ton głosu. Skoro doszło do tego, że jej głos się zmienił, to nie ma przebacz! Trochę zrobiło mi się szkoda chłopaka. Szatynka kucnęła przed Davidem
-Słuchaj no gówniarzu! Pamiętaj do kogo się odzywasz. Nie jestem jakąś twoją koleżanką. Powinieneś teraz klęczeć i całować mnie w stopy za to co dla ciebie zrobiłam! A nie biadolisz mi tu o jakiejś łasce. Mam gdzieś czy uważasz to za łaskę, czy za coś Bóg wie innego.
Chłopak patrzył na nią lekko wystraszony, ale chyba bardziej zszokowany. Pewnie nie spodziewał się czegoś takiego. Ciotka wstała i otworzyła szklane drzwi.
-No już! -klasnęła w dłonie.- Dzieciarnia do samochodu!
Podeszłam do niej szybko.
-A co z...?
-Zostanie to uznane za akt samoobrony, ale w papierach nawet nie będzie zapisanego tego zdarzenia.- odpowiedziała na moje pytanie za nim je zadałam.
-Ale jak?
-Mam znajomości. -powiedziała szybko bez żadnych wyjaśnień. Jej wzrok utkwił na siedzącym nadal na krześle niebieskookim chłopaku. Minęłam ją, zanim zdążyła się odezwać:
-Nie słyszałeś co powiedziałam? Za dwie sekundy mam cie widzieć w samochodzie, albo inaczej sobie z tobą porozmawiam! -powiedziała groźnie, znowu wysokim głosem. Brunet podniósł na nią wzrok.
-No co się tak patrzysz?! Już do samochodu!- wskazała mu drogę rękami. Chłopak niechętnie wstał. Włożył dłonie w kieszenie spodni i minął ciotkę. Samochód był zaparkowany bardzo blisko. Usiedliśmy razem z Davidem z tyłu, na miejscach pasażerów. Żadne z nas nie odważyłoby się usiąść na miejscu koło ciotki. Ona sama jeszcze rozmawiała z kimś przez telefon.
-Więc ona jest twoim opiekunem prawnym... -stwierdził chłodno. Aż mnie dreszcz przeszedł, kiedy usłyszałam ostatnie dwa słowa. Opiekunem Prawnym? Ta kobieta nigdy nie była dla mnie tylko opiekunem prawnym. Czy on naprawdę jest aż tak zimny?
-Rodzina, David. Ona jest rodziną. -upomniałam go. On w odpowiedzi tyko prychnął i odwrócił się w stronę okna. Do samochodu weszła ciotka, włożyła kluczyki do stacyjki, otworzyła okno i sięgnęła do schowka. Wyjęła z nich paczkę papierosów. Włożyła sobie jednego do ust i podpaliła zapalniczką. Już miała odłożyć pudełko, ale cofnęła rękę. Odwróciła się w naszą stronę, nie, właściwe w stronę Davida. Wyciągnęła do niego dłoń.
-Chcesz jednego?- spytała z papierosem w zębach. Uśmiechała się zadziornie i miała błysk w oku. Pomachałam dłonią, żeby schronić się przed śmierdzącym dymem
-Nie dziękuję. -syknął chłopak.
-Ale to na pewno?- potrząsnęła paczką.
-Powiedziałem, że nie! -podniósł głos.
-Ło! Spokojnie chłopaczku!- uniosła ręce udając, że się poddaje, ale widziałam triumfalny błysk w jej oku. -Z tego co opowiedziała mi Mercy, do powinieneś z chęcią wziąć jednego, ale skoro nie chcesz... Cóż twoja strata. -powiedziała sarkastycznie. Poprawiła lusterko, zapięła pas i ruszyła. David rzucił mi groźne spojrzenie.
Odezwała się dopiero kiedy już jakiś kawałek przejechaliśmy:
-Co wam w ogóle odbiło wdawać się w bójkę z takimi typami? Powinniście uciekać i od razu na policje iść. Przecież to było... -zahamowała gwałtownie, trąbiąc. Polecieliśmy wszyscy do przodu, ale na szczęście pasy nas przytrzymały. Życie przeleciało mi przed oczami. Mimowolnie zerknęłam na Davida. Dokładnie tak samo jak ja trzymał się za pierś i ciężko oddychał,
-Ty piep... baranie! - krzyknęła, wychylając się przez okno i wymachując pięścią. Wróciła na swoje miejsce i ruszyła. - Idiota, przecież to ja miałam pierwszeństwo. Na czym to ja... A no tak! - i kontynuowała urwane wcześniej zdanie. -To było przecież oczywiste jak to się skończy. Że też już w takim wieku nie macie wyobraźni. Jesteście już prawie dorośli! Jak mogliście nie pomyśleć? Przecież takie typy nie mają najmniejszych szans z wami. Wy od drugiej gimnazjum jesteście uczeni walki, a tamci to nędzne samouki. Mogliście dać się trochę poobijać... Gdyby nie twoja rana na dłoni, Mercy - zwróciła się do mnie – to nie byłoby tak dobrze i zostalibyście oskarżeni o zaatakowanie niemagicznych obywateli...
Nie mogłam uwierzyć w to co usłyszałam.
-Czy ty właśnie zasugerowałaś, że byłoby lepiej gdybym dała im się pobić?
-Nie to powiedziałam. Chodziło mi o to, że ci, którzy was zaatakowali skończyli gorzej. Wyglądało to tak, że to wy ich napadliście. Gdybyście mieli trochę więcej siniaków sprawa była by prostsza... Policje przecież tak łatwo teraz da się oszukać. Na przykład z tego komendanta zrobił się taki lizus, jak usłyszał, że jestem... -i nagle urwała. Wydawało mi się, że zaklęła pod nosem.
-Czemu urwałaś? -spytałam. Byłam bardzo ciekawa...
-A, po prostu się zapatrzyłam. Chciałam powiedzieć, że jestem byłą, jednego z wyżej położonych...
-Dlaczego mi o tym nic nie opowiedziałaś?! -przerwałam jej. Nigdy nie słyszałam o jej romansie z jakimś policjantem.
-O patrzcie już jesteśmy! -zmieniła szybko temat. Ale ja się tak nie dam! Spytam ją później.
Kiedy ciotka zaparkowała wysiadłam szybko z samochodu i zostałam spoliczkowana zimnym powiewem wiatru. Od razu się zatrzęsłam. Jak ja nienawidzę zimna! Złapałam się za ramiona i stąpałam z nogi na nogę. Zauważyłam, że David nie wysiadł, więc otworzyłam drzwi i krzyknęłam do niego:
-Te, królewiczu! Wysiadamy!
A on jakby otrząsnął się z zamyślenia i wysiadł z samochodu. Ciocia rzuciła mi kluczyki do mieszkania.
-Trzymaj! Ja muszę coś jeszcze załatwić... -powiedziała.
-Bardzo dziękuję za transport, ale już będę się zbierał. -odezwał się chłopak.
-Ani mi się waż!- krzyknęła do niego szatynka. -Jesteś teraz pod moją opieką do puki nie skończą się lekcje! Teraz masz iść z Mercy do mieszkania i czekać, aż ja przyjdę!- powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu. Brunet westchnął i skierował się w moim kierunku. Nie powiem, zadowolona to nie byłam, ale wolałam już nie denerwować ciotki.
-Zaprowadzę cię. -odezwałam się do niego i weszłam tylnymi drzwiami na klatkę schodową. Weszliśmy na piętro i otworzyłam drzwi.
- Wchodź.- rzuciłam do Davida i sama przekroczyłam próg drzwi. Zdjęłam buty i skierowałam się do salonu. Podbiegłam do półki, na której leżała jedną z książek od pani Mably. Otworzyłam ją na zaznaczonej stronie. To zadziwiające, jak po przeczytaniu kilka razy takich trzech ogromnych tomiszczy, można przyzwyczaić się do starego języka. Przeczytałam pewne dwa zdania : „Insidiona, jako broń wielkiej potęgi, powiązana jest z krwią Zaklinacza. Reaguje na jego krew”. Zaklinaczem w tym przypadku jestem ja (kiedyś tak nazywali magów, przyzywających broń).
Wstałam od stolika i przyzwałam moją broń. Jakie to ja miałam szczęście, że nauczyłam się przyzywać broń w powietrzu i krąg magiczny nie mógł wypalić się w podłodze. W książkach było napisane, że przez to, iż Insidiona zużywa dużo energii magicznej, to bardzo niebezpieczne jest przyzywanie jej często. Pani Mably też tak mówiła. Ja jednak uważam, że to kwestia przyzwyczajenia. Na początku kiedy ją przyzywałam, czułam, że wysysa ze mnie całą energię, a teraz? Tym częściej ją przyzywam, tym czuję, że coraz mniej magii potrzebuję żeby ją przyzwać.
Zauważyłam, że nie ma w salonie Davida, więc wróciłam do przedpokoju. Siedział, na taborecie przy drzwiach. Co z nim do cholery jest nie tak?
-Mówiłam żebyś wszedł. -odezwałam się, a on odwrócił wzrok.
-Nie wydaję mi się, żebym był mile widziany.
-Wiesz... -położyłam dłonie zaciśnięte w pięści na biodrach. No cholera, miał racje. Jakoś nie uśmiechało mi się przesiedzenie z nim jeszcze trzech godzin... Nie! Pokażę swoją dobrą stronę, a co! -Może i nie jestem z tego jakoś zadowolona, ale jestem też człowiekiem. Możesz normalnie wejść i usiąść w dużym pokoju.
Łał. Ta wspaniałomyślna ja! Zadarłam do góry nos z powodu dumy. David chyba jednak nie miał zamiaru ruszyć tyłka ze stołka, więc zaczęłam wwiercać w niego wzrok, tak długo aż wstanie. Szybko poszło. Zdjął buty i wszedł za mną do dużego pokoju. Kazałam mu usiąść na kanapie. Żeby pokazać mu jak wielkoduszna potrafię być i spytałam, czy chce coś do picia, jedzenia. Na szczęście odmówił i mogłam się zająć tym, co wcześniej przerwałam.
Usiadłam do stolika i pozbyłam się opatrunku z mojej dłoni. Wiedziałam, że kiedyś magia była dosyć... dosyć drastyczna, dlatego zaczęłam ruszać dłonią, żeby już lekko sklepioną ranę otworzyć. Ścisnęłam mocno szczękę, bo oczywiście nie obyło się bez bólu, ale po tym jak nosiłam nieprzytomnego Davida sama będąc ranną, czułam, że tego czegoś nawet bólem nie mogłam nazwać. Po chwili złapałam Insidionę w zranioną dłoń. Wyobraziłam sobie sztylet i przez jakiś czas trzymałam mocno zamknięte oczy. Chciałam żeby mi się udało, ale oznaczałoby to, że za każdym razem kiedy chcę ją aktywować musiałabym się ranić. Otworzyłam jedno oko, żeby zobaczyć czy się udało... Uderzyłam Insidioną w blat.
-Cholera by to wzięła! -krzyknęłam i szybko wstałam od stolika, odwracając się tyłem do stolika. Zaczęłam regenerować moją dłoń. Patrzyłam jak rana robi się coraz mniejsza i mniejsza, aż w końcu nie było po niej ani śladu. Usłyszałam zduszony śmiech.
-Czego się ryjesz palancie?! -krzyknęłam do chłopaka, siedzącego na kanapie.
-Radziłbym ci się odwrócić... -powiedział uśmiechając się dziwnie. Obróciłam się na pięcie i... i... i nie mogłam uwierzyć w to co ujrzałam. W sam środek stołu, był wbity miecz. Miecz! Najprawdziwszy miecz!
Podbiegłam szybko do stolika i zaczęłam go oglądać. Wlazłam pod blat i z przerażona stwierdziłam, że ostrze zarysowało parkiet.
-Ciotka mnie zabije!- powiedziałam wystraszona. Stolikiem się nie przejmowałam, bo był składakiem kupionym w jakimś markecie. Nikt oprócz mnie tak naprawdę nie przychodzi do niej, co mnie trochę martwi, bo nie ma żadnych przyjaciółek...
Cofnęłam się szybko i spojrzałam na rękojeść miecza. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to kryształ koloru cynobrowego. Kiedy zbliżyłam do niego wzrok, wydawało się że coś się w nim rusza. Coś jak w śnieżnej kuli. Jakby został tam uwięziony kolorowy piasek. Cały czas się ruszał. Nie potrafiłam oderwać wzroku. Nigdy czegoś takiego nie widziałam
-Czyli krew zadziałała... -mruknęłam pod nosem.
-Właściwie, to ta twoja broń zamieniła się dopiero wtedy kiedy uderzyłaś w stół i ją puściłaś...- powiedział brunet. Szybko odwróciłam w jego stronę głowę.
-Patrzyłeś?- zrzuciłam trochę gniewnie. W sumie to nawet nie wiedziałam czemu się zdenerwowałam.
-Nie miałem nic ciekawszego do roboty...
Nie odpowiedziałam. Wyprostowałam się i wyciągnęłam, wbity w blat miecz. Poczułam jego ciężar w dłoniach. Światło wpadające przez okno odbijało się od jego nieskazitelnego ostrza.
-Miecz półtora ręczny... -powiedziałam do siebie i przejechałam dłonią po płaskiej części ostrza. Położyłam go szybko na bok i zaczęłam szukać czegoś w książce, bo przypomniało mi się, że czytałam jakąś wzmiankę o tym typie broni. Usłyszałam wybuch śmiechu. Spojrzałam na Davida, który wskazał palcem w miejsce koło mojego krzesła.
-No żeby to cholera wzięła! -uniosłam ręce do góry w akcie poddania. Na podłodze koło mnie nie leżał już miecz, ale sama rękojeść. Świetnie moja broń wróciła do normy! Zagryzłam dolną wargę i spojrzałam na książkę. Na stronie, którą otworzyłam, pierwszym zdaniem było... O ironio! „Insidiona jest bronią figlarną, lubiącą psotać figle Zaklinaczowi.”
-Jak do cholery broń może być figlarna?! To jest przecież rzecz!- wrzasnęłam i poczułam zapach spalenizny. Spojrzałam w bok, na podłogę. Insidiony nie było, za to wypaliła piękny wzorek na podłodze!- Dobra, jednak może.
Posłałam groźne spojrzenie Davidowi, który już nie był tym samym chłopakiem co jakieś dziesięć minut temu. Rozluźnił się. To już nie pierwszy raz. Jest oschły, potem powoli się rozluźnia i później bum! I znowu oschły. Tak nagle! To jest strasznie denerwujące.
Przez następne dwie godziny szukałam informacji w książce, albo kręciłam się po mieszkaniu. Próbowałam zetrzeć ślady podpalenia na parkiecie i rysy pod stolikiem. Nim samym się nie przejmowałam. Pod stół przesunęłam dywan, ale na ciemne ślady nie umiałam nic poradzić. Davidowi dałam jakieś książki, nawet nie zaczął czytać. No cóż jego problem. Kiedy jadłam paluszki, siedząc przy książce, ciocia weszła do mieszkania. Przełknęłam duży kawałek paluszka, który poranił mnie w gardło i patrzyłam się w wejście do salonu.
-Już jestem Mercy, jest też... -urwała, patrząc na stół. Może nie zwróci uwagi na podłogę...
-Ciociu nie uwierzysz!- zaczęłam słodko i klasnęłam w dłonie. Wstałam z krzesła i sprytnie przesunęłam go prosto na ślad po przypaleniu.- Udało mi się przywołać miecz półtora ręczny!-dodałam z uśmiechem. David parł się rękami o parcie kanapy i patrzył się na wszystko z zainteresowaniem.
-Czemu dywan jest pod stolikiem? -spytała powoli.
-Bo... Bo mi było zimno w stopy, jak chodziłam po gołej podłodze...
Nagle utkwiła wzrok w miejsce na podłodze za mną. Szybko podeszła i przesunęła mnie oraz krzesło na bok. Załapała się za głowę:
-Cholera jasna Mercy! Ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie przyzywała broni! Niech zgadnę pod tym dywanem jest gorzej, prawda?- znowu jej głos zmienił ton na bardzo wysoki.
-Właściwe, to...- zaczęłam, ale rozproszył mnie przytłumiony głos. Rzuciłam wzrokiem w stronę Davida.
- Znowu będę musiała zadzwonić do tego faceta od parkietu.- westchnęła ciotka, masując sobie skronie.- Może jako stała klientka dostanę zniżkę? A ty chłoptasiu nie śmiej się, bo... -wskazała na bruneta, który nagle spoważniał. Potem zobaczyłam jak w wejściu pojawiła się Rose. W jednej dłoni miała ciasto opakowane w papierek i torbę. Zrobiła zamach teczką i rzuciła nią w chłopaka, zrzucając go z kanapy. Nie mogłam się powstrzymać od śmiechu, bo David zrobił nawet fikołka na ziemi.
-Dziękuję Rose, za to, że idealnie odzwierciedliłaś to, co chciałam opisać słowami. -zaśmiała się, stojąca koło mnie szatynka.
-To za to, że musiałam tachać twoją torbę przez całą drogę. -powiedziała poważnie i wzięła spory gryz ciasta.
-Właściwie...- pojawił się za nią Will.-... to ja niosłem wszystkie torby, nawet twoją, Rose. W ogóle co ty w niej masz?! Jest najcięższa ze wszystkich!
Dziewczyna odwróciła się w jego stronę i wzięła kolejny kęs ciasta.
-W dodatku jesteś ciastoholiczką! Ciągle żresz te ciasta, gdziekolwiek być nie była żresz ciasto, albo jakieś inne słodycze. Dziwie się, że ci dupa jeszcze mieści się w drzwiach!-kontynuował z pretensją.
-Nie jestem ciastoholiczką. Jem ciasto tylko przy jakiejś wyjątkowej okazji. Jak poniedziałek, wtorek, środa… Po drugie co cię obchodzi mój tyłek?- podniosła głos, ale po chwili wyciągnęła rękę i położyła na jego ramieniu.- Na szczęście mogę cię uspokoić... Wszystko idzie mi w cycki, więc nie masz się co martwić...- powiedziała całkowicie poważnym tonem. To akurat była prawda. Moja miseczka C nie miała się co równać z jej E. Może Bóg nie obdarzył ją wzrostem, ale takimi walorami to już tak!
Blondyn lekko zaczerwił się na policzkach, ale po krótkiej ciszy odezwał się znowu.
-W takim razie, za jakiś rok, jak nadal będziesz żreć tyle słodyczy, to ci kręgosłup pierdyknie, bo nie wytrzyma ciężaru... -urwał i znowu się zaczerwienił. Dziewczyny, czyli ja, Rose i ciotka wybuchłyśmy śmiechem. Nawet nie zauważyłam, że David wstał i mijał już brunetkę i Willa. Dziewczyna, jednak szybko złapała go za kołnierzyk od mundurku.
-A ty gdzie? -spytała poważnie, tak jakby przed chwilą w ogóle się nie śmiała. Will wyminął ją i podszedł do nas. Oddał mi moją torbę. Cała nasza trójka przypatrywała się tej dwójce. Niebieskooka brunetka kontra niebieskooki brunet. Wynik był przesądzony. Było oczywiste, że David nie ma szans z wygadaną Rose.
-Skoro lekcje się skończyły, to mogę już wrócić do akademika. W dodatku, raczej nie jestem już wam potrzebny. Dziękuję, że pozwoliła mi pani zostać. Już nie będę sprawiać kłopotów...- i znowu ruszył w stronę wyjścia, jednak dziewczyna nie miała zamiaru go przepuścić. Pociągnęła go mocniej za kołnierzyk.
-Łał! Nie mogę uwierzyć! Potrafisz mówić więcej niż jedno zdanie! -powiedziała ironicznie.- Musisz zostać, bo wasza dwójka, ty i Mercy macie mi opowiedzieć w szczegółach z jakiego powodu miałam aż tutaj nieść wasze torby!
-Właściwie, to ja...- zaczął Will, ale dziewczyna mu przerwała:
-Przestań się czepiać szczegółów, Will.
-Ale to ty chcesz, żeby ci opowiedzieli w szczegółach!
-Niech ci będzie. Poprawię się.- westchnęła.- Z jakiego powodu musiałam przyjść tutaj przyjść i nie mogłam odpocząć sobie w spokoju w akademiki. Zadowolony?
-Spoczywać w spokoju to możesz na cmentarzu, jak te wszystkie słodycze przypomną o sobie w nieodpowiednim momencie.
-Ty... Ty...- zaczęła się jąkać. -Jesteś okropny!- schowała twarz w dłoniach, puszczając kołnierz Davida. Próbowałam być poważna, bo wiedziałam, że dziewczyna robi sobie żarty z Willa.
-No i widzisz co zrobiłeś! Może i na to nie wygląda, ale Rose jest strasznie wrażliwa.- odezwałam się do niego.
-Ona tak na poważnie?- spytał zaskoczony. Wyczułam w jego głosie lekką nutkę strachu.
-Mhm. -nie mogłam już powiedzieć słowa, bo bym wybuchnęła śmiechem. Blondyn do niej podszedł i położył jej dłoń na ramieniu.
-Ale to naprawdę na poważnie, bo nie chciałbym zostać kolejną ofiarą jakiegoś żartu... -odezwał się do mnie.
-Śmiertelnie poważnie. -odezwała się Rose i podniosła twarz... w formie wody. Ciężko to było nazwać twarzą, bo w miejscu gdzie powinna być, utrzymywała się po prostu woda. Chłopak odskoczył od niej z przerażeniem.
-Nie strasz mnie tak! -wrzasnął trzymając się za serce. Twarz brunetki powróciła do normalności.
-Ha ha ha... Nie uwierzysz, jaką miałeś minę! Ha ha! No nie mogę! -śmiała i trzymała się za brzuch. Wszyscy się śmiali. Tylko David stał wyprostowany, ale widziałam, że resztkami sił próbuje być poważny. Czemu on nie może być normalny?
-Dobra, opowiedz nam Mercy, bo raczej nie sądzę, żeby ten gostek- Rose wskazała na Davida- nie powie zbyt dużo...- zrobiła krótką pauzę. -Ale nie waż się wychodzić!- dodała zwracając się do chłopaka. Wracając do tego, co chwilę temu zrobiła dziewczyna. Każdy mag ma możliwość zmienienia swojego ciała w swój żywioł/naturę magii. Oczywiście nie umie się tego od początku, tylko uczą nas tego w pierwszej klasie liceum. Rose ma o tyle dobrze, że może się zamieniać w wodę, bez żadnych większych konsekwencji. Gdybym ja to zrobiła, to cały budynek szybko stanąłby w płomieniach.
Opowiedziałam wszystko, od początku do końca. Jak się okazało, Rose przewidziała prawie wszystko, bo wtrącała się w prawie każde słowo. No, ale ona taka już jest i nic na to nie poradzę. Tak jak brunetka przewidziała, David nie odezwał się ani słowem. Wyszliśmy i wróciliśmy do akademika, całą czwórką. Rose ciągle męczyła Davida, podpuszczała go, ale niestety, chłopak nawet się nie uśmiechnął. Na prawdę jest coś z nim nie tak, a ja zobowiązałam się Stokrotce, że mu pomogę. Jednak wydaje mi się, że dam radę. Tylko do następnego kroku w stronę chłopaka muszę znowu przygotować się emocjonalnie, bo ciężko się przyzwyczaić do tak zimnej osoby.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Nowy rozdział już jest ;) Zmieniłam zdanie (co robię bardzo często) i rozdziały będą się pojawiać jeden tygodniowo w weekend. Ale za to będą dłuższe! Biorąc ten na przykład, ma prawie 14 stron w wordzie, więc jest mniej więcej takiej długości jak dwa rozdziały :P Muszę wam polecić jednego bloga, bo dziewczyna świetnie pisze, a niedawno zaczęła <3 Historia jest o herosach, więc jest ciekawie :3 Na razie ma dopiero dwa rozdziały, ale na prawdę warto tam zajrzeć <3

Link: http://teddypisze.blogspot.com
Zachęcam do komentowania, bo to naprawdę motywuje. Przypominam, że żeby być na bieżąco powinniście zaobserwować mojego bloga ;) Wtedy nie przegapicie żadnego rozdziału :*

piątek, 1 maja 2015

Mercy i impreza na plaży

Wrzesień jest podzielony na dwie części. Pierwsza połowa to typowe upały, które kocham. Druga połowa jest strasznie deszczowa. Korzystając z tego, że nadal była część upalna, jeden chłopak z trzeciej klasy urządził imprezę nad jeziorem. Zaprosił wszystkich od drugich klas w górę. Postanowiłam pójść żeby się odprężyć, bo przez cały tydzień studiowałam znowu te cegły, które dała mi pani Mably. Miałam nadzieje, że może coś mi to pomoże. Na w-fie ćwiczyłam jeszcze na wszelki wypadek z opaską, a na zajęciach związanych z magią, mogłam tylko brać udział w teorii. Dodatkowo przez ten tydzień mieszkałam u ciotki i nie pomagałam jej w cukierni. Kategorycznie mi tego zabroniła. Mimo, że prosiłam ją o to przynajmniej dwa razy dziennie...
-Nie możesz się przemęczać! -powiedziała ponownie. Nie miała zamiaru zrezygnować ze swojego stanowiska. Siedziała teraz na kanapie i przełączała programy.
-Ale ja się nie przemęczam! To dla mnie przyjemność... Prooooszę. -robiłam tak zwane słodkie oczka... Niestety nieważne ile próbowałam, za każdym razem nie uzyskiwałam tego co chciałam. A może, po prostu nie umiem robić maślanych oczu? Tak, to bardzo możliwe...
-Mówię ci już setny raz Mercy, że nie. A kiedy już pozwolę ci wrócić to nawet nie myśl o klonowaniu. Zatrudnię kogoś. Może nawet kilka osób.
-A niby kogo? -spytałam, zasłaniając jej telewizor. Przez chwilę się na mnie patrzyła w ciszy, zapewne myśląc nad odpowiedzią.
-Jeszcze nie wiem... Napiszę ogłoszenia w internecie.
-Eh... Czyli nie mam szans w tym tygodniu na pomaganie na dole?
Ciocia ma mieszkanie tuż nad kawiarnią. Jej mieszkanie jest dwu poziomowe, a na parterze znajduje się właśnie jej miejsce pracy.
-Nie. Nawet nie wiem, czy po tygodniu ci pozwolę.
-Cooo? Czemu? -spytałam zdezorientowana.
-Bo przychodzą z opieki społecznej sprawdzić, czy masz dobre warunki i w ogóle. Wiesz przecież, że udało mi się ciebie zaadoptować na wyjątkowych warunkach...
-Gdybyś znalazła sobie jakiegoś faceta, nie byłoby takiego problemu. -zaśmiałam się i usiadłam koło niej na kanapie. Nie wiem dlaczego, ale uwielbiałam jej dokuczać z tego powodu.
-Kto to mówi? Ty jeszcze nie miałaś chłopaka. -odgryzła mi się.
-N-n-no i co z tego? W ogóle to ja nie mam czasu na żadne romanse. -spróbowałam się czegoś złapać, na moją obronę. W sumie to była prawda. Nie chciałam szukać chłopaka, bo zwyczajnie zabierałoby mi to czas. Mam poważne plany na przyszłość i nie mam zamiaru tracić czasu.
-No to masz odpowiedź, czemu ja też nie mam. -pokazała mi język. Z ciotką mogę porozmawiać o wszystkim (dosłownie wszystkim) swobodnie. Może czasem nie mówię całej prawdy, tak jak w przypadku wycieczki... Niestety, dowiedziała się co tak naprawdę mi było, bo otrzymała papiery od pielęgniarki i zrobiła mi taką awanturę, jakiej to świat nie widział. Dodatkowo okazało się, że takich „wypadków” ubezpieczenie nie obejmuje, z tego powodu, że jestem magiem.
W piątek wieczorem wróciłam do akademika, bo w sobotę miała się odbyć ta impreza nad jeziorem. Rose siedziała na łóżku, czytając książkę. Znowu o jakiejś tematyce przepowiadania przyszłości. Strasznie się w to wkręciła, bo prawie za każdym razem jak coś czytała, albo przeglądała w internecie, to w tej tematyce. Nie chwaliła się jednak jakoś informacjami, które znajdowała... Do pokoju ktoś zapukał.
-Wchodź!- krzyknęłam i wyjrzałam kto przyszedł. -I co, dowiedziałeś się? -spytałam, kiedy zobaczyłam, że to Will. Chłopak obdarzył mnie ciepłym uśmiechem i skinął głową, żeby przywitać się z Rose.
-A no, dowiedziałem się. I z radością mogę ci oznajmić, że Davida nie będzie nad jeziorem.
Westchnęłam z ulgą. Chciałam unikać spotkania z nim jak najdłużej. Kiedy wróciliśmy z wycieczki, dokładnie kiedy wysiedliśmy z autokaru, podszedł do mnie i powiedział, że zgadza się na warunki, ale w miarę rozsądku. Tak po prostu podszedł. Z jednej strony mi ulżyło, bo nie myślałam, że pójdzie mi tak gładko, ale z drugiej przeraziłam się, że będę musiała spędzać z nim więcej czasu. A on naprawdę działał na mnie jak płachta na byka. Jednak mimo że starałam się go unikać, to denerwowałam się kiedy nadal, przez cały tydzień unikał długich przerw.
-Dobra teraz jest kolejny problem. -powiedziałam.
-Co jest? -spytał zdziwiony.
-Ten leniwiec -wskazałam kciukiem, leżącą za moimi plecami Rose. - nie ma zamiaru iść jutro.
-Co? Czemu? -spytał kierując wzrok na moją przyjaciółkę.
-A po co mam iść? Leżeć plackiem mogę tutaj, a nie mam zamiaru jeździć komunikacją miejską i potem iść jeszcze taki kawał, żeby posiedzieć na plaży... -powiedziała, nie podnosząc wzroku znad książki.
-Przecież ma prawko... -powiedział blondyn i usiadł na moim łóżku.
-Czekaj! Masz prawo jazdy? -spytałam zdziwiona.
-Co z tego, że ma jak samochodu brak... Prawda? Mamusia samochodu nie pożyczy, więc twoje prawko na nic się nie przyda.. - powiedziała niebieskooka i wyjrzała zza książki.
-Załatwię samochód... -powiedział, ale chyba sam nie był pewny swoich słów.
-Jak do jutra załatwisz samochód to jadę. -powiedziała po chwili brunetka.
-Tak jest psze pani! - blondyn zasalutował.
-I spróbuj tylko wypić choć kropelkę jakiegokolwiek alkoholu! -posłała mu groźne spojrzenie.
-Teraz zabrzmiałaś jak moja matka... Spokojnie nie jestem głupi.
-Czy ja wiem... -zwątpiła Rose.
-Ej!
-Dobra, spokój! -powiedziałam. -Nie mam zamiaru siedzieć i patrzeć jak to Rose wątpi w twoją inteligencję, Will. Po prostu nas tam zawieź.
Chłopak otworzył drzwi Jeepa. Usiadł w miejscu kierowcy i włożył kluczyki do stacyjki. Wzięłam od Rose jej rzeczy i razem z moimi, rzuciłam na miejsce pasażera z przodu, a same usiadłyśmy z tyłu. Theresa podeszła do okna Willa.
-Nie wiem jakim samochodem jeździłeś, ale ten ma automatyczną skrzynie biegów...
-Już zdążyłem się zorientować... A co to? -skierował wzrok, na jakąś materiałową bransoletę przypiętą kablem do kokpitu samochodu. Przesunęłam się do przodu żeby lepiej się widzieć.
- Nawet nie próbuj tego tknąć! Dotknij tego, a kopnie cię prąd! -blondynka powiedziała stanowczym tonem. Otworzyła drzwi od strony pasażera odpięła tą „bransoletę” i schowała ją w schowku. -Dobra jedźcie, bo nie mam czasu. -zamknęła drzwi i stanęła z boku. Will przekręcił kluczyki w stacyjce i ruszył.
Jechaliśmy może z czterdzieści minut. Na dziką plaże, gdzie odbywała się impreza, jedyny dojazd był przez las. Przy końcu drogi słychać było już muzykę. Chłopak zaparkował samochód przy zjedźcie na polanę, a potem od razu wyskoczył z samochodu. Otworzył drzwi po przeciwnej stronie:
-No to teraz zobaczymy co to za bransoleta...
Wyszłam z samochodu i stanęłam koło niego. Też byłam ciekawa. W dodatku Theresa strasznie się wkurzyła, jak Will o to spytał.
Chłopak chciał otworzyć schowek, ale kiedy tylko go dotknął szybko odskoczy, i uderzył mnie łokciem w czoło, przez co upadłam
-Co robisz idioto?! -krzyknęłam, gładząc się po miejscu uderzenia i wstając. Zorientowałam się, że zabrzmiałam jak Rose, która ciągle na niego krzyczy.
-To nie moja wina! Wiesz jaki prąd mnie przeszył! Kurde! -trzymał się za rękę. - Co ona może tak ukrywać?
-Może bawiła się ze swoim chłopakiem w niewolnicę i jej pana. -wtrąciła się Rose... Oboje z Willem wlepiliśmy wzrok na brunetkę.
-No co? -wzruszyła ramionami i się zaśmiała.
-Jesteś zboczona. -powiedział Will. Wyjął mi to z ust. Dziewczyna tylko w odpowiedzi wzruszyła ramionami. Wzięliśmy swoje rzeczy i ruszyliśmy na plaży. Od razu na niej ktoś chciał nas poczęstować piwem.
-Stary, mam dwie te laski na karku. W dodatku samochód, którym przyjechałem, należy do trzeciej, która zabiłaby mnie jeżeli choćby ryska pojawiła się na karoserii jej samochodu, więc nie, dzięki. -odmówił Will.

-Ja też dziękuję.-powiedziałam. Na wszelki wypadek wolę być trzeźwa na imprezach.

Rose tylko ziewnęła i poczłapała w głąb plaży, ignorując gościa
Zaczęłam szukać wzrokiem miejsca, gdzie chłopaki rozstawili siatkę do gry. Była na krańcu plaży. Zdjęłam swoją koszulkę, zostając tylko w krótkich jeansowych spodenkach i w górze od kostiumu. Podbiegłam do chłopaków. Rzuciłam torbę koło siatki.
-No nareszcie! - krzyknął Marcus, wstając. Chłopak miał zaczesane do tyłu, lśniące i czarne ja smoła włosy, piwne oczy i podobnie jak ja jest magiem ognia. Był dosyć wysoki i dobrze zbudowany, ale chyba każdy mag ma wyrzeźbione ciało. Chodzi ze mną do klasy i jest w Trzeciej Drużynie. Przy siatce kręcili się jeszcze prawie wszyscy chłopcy z mojej klasy. Nie było ani jednego chłopaka z Drużyny Drugiej. Za to było kilku chłopaków z innych klas. Koło „boiska” kręciło się kilka dziewczyn, ale znając życie przyszły pogapić się na gołe klaty chłopaków, a nie grać, tak jak ja. Przybiłam chłopakowi piątkę na przywitanie.
-Trzeba zająć się wyznaczaniem pola... -powiedział ja zawsze niskim i ochrypniętym głosem.
-A ty nie mogłeś tego zrobić? Przecież też jesteś magiem ognia. -pokazałam mu figlarnie język.
-Dobrze wiesz, że wolę to robić z tobą. -objął mnie w tali, a ja położyłam dłoń na jego gołej piersi. Nachylił się do mojego ucha:
-I nie tylko to... -wyszeptał.
-O jak ty mi słodzisz. - powiedziałam słodko i wyślizgnęłam się z jego objęcia. -Kochany znam cię za dobrze, a ty nadal myślisz, że polecę na takie coś? -zaśmiałam się. Z Marcusa był niezły casanova. Ale nie taki jak z byłego Rose. Marc przynajmniej nie oszukiwał i otwarcie mówił, że nie szuka stałego związku. Znam się z nim tak długo, jak z większością chłopaków, ale on i tak próbuje mnie podejść! Ale na szczęście robił to w żartach. Czasem nawet udawałam jego dziewczynę, przed jakimiś namolnymi laskami.
-No wiesz Mercy! Ranisz me biedne serducho. Ty jesteś magiem ognia i ja jestem. To przeznaczenie jest zapisane w gwiazdach. Jesteśmy jak dwa ziarenka piasku, które znalazły się na tej plaży! -mówił teatralnie.
-A pro po pisaku... Zabierzmy się za wyznaczanie pola gry. -przypomniałam mu.
-Eh... Ty tylko myślisz o sporcie. -powiedział ponuro. Zaczął odliczać krokami odpowiednią odległość od siatki. Ja zrobiłam to samo, tylko, że po drugiej stronie. Ryłam w piasku piętą, zaznaczając gdzie mają znaleźć się linie. Chłopak robił to samo. Kiedy skończyliśmy w jego dłoni pojawiły się płomienie i zaczął podpalać piasek, tak żeby zmienił swoją barwę.
-A ty się w to nadal bawisz? -krzyknęłam do niego. Brunet odwrócił się w moją stronę. Chciałam się pochwalić tym, czego niedawno się nauczyłam. Strasznie żałowałam, że nauczyłam się tego dopiero po akcji na wycieczce. Bo gdybym znała wtedy tą sztuczkę, to pewnie dałabym rade pokonać tego faceta.
Rozejrzałam się, czy ktoś nie stoi na żadnej linii. W porządku. Podniosłam ręce do góry i zza moich pleców buchnął ogień. Kilka dziewczyn odskoczyło z piskiem. Wszyscy patrzyli się w moją stronę, a ja stałam na środku pełna satysfakcji. Kiedy zaznaczałam linie, uwalniałam jednocześnie odrobinę magi na piasku. Potem wystarczyło tylko zamienić ją w płomień, jak to zawsze się robi, kiedy od razu wydobywa się magię i zamienia na swój żywioł. Cieszę się, że byli tu tylko magowie, bo mogłam do woli używać magii.
-Ale zajebiście Mercy!- krzyknął Marcus i podbiegł do mnie, przechodząc pod siatką. Podbiegli też do mnie inni chłopcy zainteresowani.
-Jak to zrobiłaś? -przez grupkę przedarł się Mike. Chyba dopiero teraz przyszedł, bo wcześniej go nie zauważyłam, a to trudne nie było, w końcu ma chyba ze dwa metry wzrostu.
-A no normalnie... -uśmiechnęłam się zadziornie.
-Nie pogrywaj ze mną Mercy... - zaśmiał się, złapał mnie w tali i przerzucił przez ramię. -Chyba odrobinę przytyłaś... -powiedział podrzucając mnie delikatnie. Moje głowa zwisała po stronie jego pleców. Machałam nogami i pięściami uderzałam w jego plecy.
-Wcale nie przytyłam! Po prostu mięśni mi przybyło! Puść mnie wielkoludzie! Bo ci dupę podpalę! -zagroziłam.
-Już dobrze, dobrze. Ty groźna, ty! -zaśmiał się i postawił mnie na ziemi.
-Więc?- spytał Marcus.
-No mówię, że normalnie. Uwalniasz odrobinę magii, ale nie zamieniasz jej od razu w żywią, albo nie formujesz w zaklęcie. Dopiero później robisz to co zawsze i tyle. -wzruszyłam ramionami.
-To, to jest takie banalne? -spytał z tłumu najprawdopodobniej Victor, bo go nie widziałam, więc poznać mogłam tylko po głosie. -To możemy już grać? -spytałam. W głębi ducha byłam zadowolona, że wszyscy się tak tym zainteresowali. Wiedziałam, że jako pierwsza w klasie takie coś znalazłam.
-Dobra! Wybieramy drużyny! -krzyknął jakiś chłopak z innej klasy...
Skończył się drugi set. Był remis 1:1. Mieliśmy dłuższą przerwę, więc siedziałam sobie w cieniu popijając schłodzoną wodę od Nathaniela.
-Chłopie jesteś bogiem! Świetny pomysł z przyniesieniem przenośnej lodówki! -odezwałam się do niego.
-Ale jesteś pewna, że nie chcesz piwa? Lepiej chłodzi, niż woda. -krzyknął zza samochodu, w którym trzymał lodówkę. Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo nagle pojawiła się jego siostra bliźniaczka -Luisa.
-Suń się głąbie. -popchnęła go na bok.
-Kto ci brać picie z lodówki? -krzyknął na nią.
-Sama sobie pozwoliłam. Jestem bardziej odpowiedzialna od ciebie. Chciałabym ci tylko wspomnieć, że nie mam zamiaru odwozić cię do domu. Będziesz zapychał na piechotę do domu.
-Ty... -nie dosłyszałam, co powiedział, bo ktoś za mną stanął. Odwróciłam głowę.
-Panienka idzie ze mną. -powiedział Will. Zauważyłam, że miał na sobie opaskę i teraz jego blond włosy, nie przysłaniały mu twarzy, tak jak zazwyczaj. I wyglądał w niej o wiele lepiej.
-Musisz częściej nosić opaski. -powiedziałam do niego.
-Dobra, dobra. Idziesz ze mną. -nim zdążyłam się zorientować, przerzucił mnie przez ramie. Już drugi raz dzisiaj ktoś mnie tak trzymał! Chłopak zaczął biec.
-Ej! Puszczaj mnie! -biłam jego plecy pięściami i wierzgałam nogami.
-Nie zrobię tego, dopóki nie będę na pomoście.
-Masz mnie zamiar wrzucić!? Puszczaj, ale to natychmiast! -złapałam go w tali i chciałam przerzucić nogi za jego barki, żeby zrobić fikołka i jednocześnie uwalniając się z jego chwytu, ale Will chwycił mnie mocno za kostki.
-Nawet nie próbuj! Zawsze jakąś dziewczynę wrzucam do wody, na takich imprezach.
Nawet się nie zorientowałam, a nagle byłam w jego ramionach. Jedną ręką trzymał mnie pod kolanami, a drugą podtrzymywał plecy. Potem znalazłam się w powietrzu, zdążyłam tylko zatkać palcami nos i już byłam w wodzie. Wypłynęłam na powierzchnię.
-Nie mogłeś wrzucić Rose? -spytałam go, wymachując pięścią.
-Spójrz za siebie. -poruszył brodą. Odwróciłam się i zobaczyłam unoszącą się spokojnie na wodzie Rose. Zaskoczona. Odpłynęłam kawałek i przejechałam dłonią po obojczyku. Nie ma go! Cholera! Zaczęłam przejeżdżać dłońmi po szyi.
-Nie ma go!- powiedziałam z przerażeniem w głosie.
-Co się stało? -spytała Rose podpływając do mnie. Nie odpowiedziałam tylko od razu zanurkowałam. Macałam po dnie dłońmi, ale nic nie wyczuwałam. Zobaczyć też nic nie mogłam, bo woda nie była zbyt przejrzysta. Poczułam jak ktoś mnie ciągnie w górę. Wypłynęłam na górę i zobaczyłam przed sobą Rose. Trzymała mnie za ramiona.
-Co jest? -spytała lekko mną potrząsając.
-Nie ma go. -dotknęłam swojego obojczyka. -Nie ma mojego pierścionka... - powiedziałam drżącym głosem. Ktoś obcy by pomyślał, że za bardzo panikuję, ale moja przyjaciółka wiedziała dlaczego jest dla mnie tak ważny. To była jedyna rzecz, która mi pozostała, po dawnym, poukładanym życiu. Wtedy miałam wszystko. Rodziców, nie byłam jeszcze magiem (nie odkryłam w sobie magicznej mocy), miałam przy sobie dwójkę najwspanialszych przyjaciół, moje dzieciństwo nie było jeszcze zniszczone. To była jedyna rzecz, która pozostała mi z tego okresu w moim życiu, a teraz jej nie ma. Nie mogłam do tego dopuścić.
-Pomogę ci szukać. -powiedziała, kiwając głową.
-Ja też. - obok mnie odezwał się Will, którego nie zauważyłam wcześniej. W odpowiedzi kiwnęłam tylko głową i we trójkę zanurkowaliśmy. Rose sprawiła swoją magią, że teraz obszar, w którym się znajdowaliśmy stał się bardzo przejrzysty. Will natomiast uczepił się dłońmi dna. Nie wiedziałam co robi, więc grzebałam w piasku, szukając pierścionka razem z Rose. Nigdzie go nie mogłam znaleźć. Nerwowo grzebałam w piasku, kamieniach, pomiędzy glonami i wodorostami, ale nic tam nie było. Rose zrobiła mi i Willowi bańkę powietrzną, dzięki której mogliśmy oddychać. Chłopak przez ten czas nie ruszył się z miejsca. Nie miałam pojęcia co on robi, anie jak ma to mi pomóc. Usłyszałam jakieś niewyraźne dźwięki, które zagłuszała woda. Wypłynęłyśmy z Rose na powierzchnie. Niebo było całe zachmurzone. Zapowiadało się na deszcz. Spojrzałam w stronę plaży. Pozostało jeszcze tylko kilka osób, ale one też się zbierały. W twarz uderzył mnie zimny, nieprzyjemny wiatr.
-Powinniśmy już wracać.. -odezwała się Rose. Zwróciłam się do niej:

-Nie mam zamiaru wracać stąd bez tego... -i zanurkowałam z powrotem, a brunetka za mną. Zauważyłam, że Will już nie jest w miejscu gdzie wcześniej był. Płyną, tak jakby koncentrując się w jedno miejsce. Wypłynął poza obszar, oczyszczony przez Rose. Po chwili zobaczyłyśmy ja wypływa. Zrobiłyśmy to samo. Na powierzchni już zaczęło padać. Coraz częstsze krople trafiły w tafle wody. Will podpłynął do nas. Pociągnął mnie za dłonie i poczułam, że coś mi do nich włożył. Przyciągnęłam je do siebie i wbiłam wzrok w to co mi dał chłopak. Moja zguba... Ale jak on to znalazł?

-Przepraszam, nie wiedziałem, że...-zaczął mówić, ale Rose mu przerwała:
-Dokończysz później! Zbieramy się i to szybko. Błyska się. -zaczęła płynąć w stronę brzegu. Ja i Will zrobiliśmy to samo. Na plaży nikogo już nie było. Pobiegłam po moją torbę i potem od razu do samochodu. Will włączył ogrzewanie, bo od razu jak weszliśmy do suchego miejsca zrobiło nam się zimno. Osuszyliśmy się w miarę możliwości, ogrzaliśmy i wróciliśmy do akademika. Podczas drogi cały czas trzymałam w dłoni pierścionek. Na mojej głowie zagościła piękna szopa. Kiedy dotarliśmy do akademika, przestało już lać i siąpił tylko drobny deszczyk. Wszyscy pobiegliśmy prosto do budynku.
-Mercy na pewno się już nie gniewasz? -spytał Will, jak byliśmy już w środku.
-Mhm. -uśmiechnęłam się delikatnie. -Skąd mogłeś wiedzieć, że tak zareaguje. Możliwe nawet, że nie zauważyłeś, że mam go na szyi.
Chłopak nachylił się i zbliżył swoją twarz do mojej.
-Na pewno? -spytał ponownie.
-Tak! W końcu go znalazłeś i jestem ci za to wdzięczna. -uśmiechnęłam się.
-No dobra. To ja idę do siebie. Przyjść później do was? -spytał.

-Jak chcesz. -odparłam i skierowałam się do naszego pokoju razem z Rose.


-------------------------------------------------------------------------------------------------
I jest nowy rozdział ^^ Wracam z regularnym dodawaniem postów tj. dwa rozdziały w weekend, więc spodziewajcie się nowego jutro, albo w niedzielę ;)