czwartek, 16 kwietnia 2015

Mercy i wycieczka cz.3

Koszmar, tortury, gehenna, męczarnia, cierpienie, ból, utrapienie - te kilka słów opisywało, czego doznałam, idąc z Davidem na barkach. Kilka razy prawie zemdlałam, raz zwymiotowałam ze zmęczenia... W dodatku moją rana otworzyła się kilkanaście razy po drodze. Wszystkie mięśnie mnie obolały, prawa noga wyjątkowo odmawiała mi posłuszeństwa. Byłam zmuszona pić przegotowaną w dłoniach wodę z rzeki. Ale cieszę się, że postanowiłam iść wzdłuż niej. Okazało się bowiem, że przepływa koło dużego budynku, a tym budynkiem był nasz ośrodek.
Trafiłam tam razem z chłopakiem kiedy już się ściemniało. I nie, David nie raczył się obudzić mimo moich starań.
Zobaczyłam czerwono-niebieskie światła, które dochodziły z ulicy przed ośrodkiem. Mimo tego, że byłam wykończona, przyspieszyłam i ostatkiem sił ruszyłam pod górę w stronę świateł. Przed ośrodkiem stały trzy karetki i jeden czarny wóz, z przyciemnianymi szybami. Wiele osób kręciło się pomiędzy trzema pierwszymi ambulansami.
Kilka osób zaczęło biec w moją stronę. Nie wiedziałam co się na około mnie dzieje. Ktoś zdjął Davida z moich ramion. Trzech chłopaków niosło go w stronę jednego ambulansu. Nagle ktoś objął mnie w pasie z całej siły.

-Nigdy mnie tak nie strasz! - powiedziała najprawdopodobniej Rose łamiącym się głosem.
-Co się stało? -spytałam bezwiednie.
-Nauczyciele nie chcą dużo mówić... Pan Celio, Tessa i Will poszli cię szukać... Co ci się stało w ramię?
Mimowolnie spojrzałam na lewe ramię. Nie było widać rany, ale ślady krwi pozostały.

-A nic... Nic mi się nie stało. To nie moja krew. Mam tylko kilka siniaków, ale tak to jestem cała...- wysiliłam się na uśmiech
-Wyglądasz strasznie! Zaprowadzę cię do trójki, bo w pozostałych dwóch jest kilka opatrywanych osób.
Kiedy usłyszałam, że ktoś jest ranny od razu się obudziłam.

-Mogę pomóc jeżeli ktoś jest ranny!
Nie myślałam o tym, że prawie nie mam już zasobów magii. Nie myślałam też o swoim stanie fizycznym. Ważne było to, że, zawsze mogłam się na coś przydać.

-Ah tak? -lewa brew mojej przyjaciółki poleciała do góry. Rose podwinęła prawy rękaw do góry:
-To może najpierw mi pomożesz... Mam krwiaka pod skórą i mnie strasznie boli. -powiedziała przyciągając samogłoski.
Nic nie widziałam na jej ręku, ale to mogło być po prostu ze zmęczenia, więc postanowiłam rzucić odpowiednie zaklęcie. Kiedy zaczęłam formować swoją magię, której tak na prawdę prawie w ogóle nie było, nagle zrobiło mi się głucho, gwiazdki pokazały mi się przed oczami... A potem... Właśnie, a potem?
Chyba zaliczyłam zgona.
Nie... Chwileczkę. Jednak nie.


Leżałam na łóżku. Chyba. Moje powieki były ciężkie, ale powoli je otworzyłam. W pomieszczeniu panował półmrok. Z mojej prawej dochodziło do mnie blade, niebieskie światło. Obróciłam głową w tamtą stronę, na co moje ciało zareagowało bólem. Ujrzałam Rose, siedząca koło mnie i przeglądającą telefon. Kiedy zorientowała się, że na nią patrzę, podniosła wzrok na mnie.
-No królewna raczyła się z obudzić?
-C-co się stało?- spytałam zdezorientowana. Powoli podparłam się na dłoniach, żeby usiąść i od razu tego pożałowałam. Złapałam się za lewe ramię, bo zaczął od niego promieniować ból. Poczułam, że mam opatrunek.
-No, wiesz... Tak bardzo chciałaś mi pomóc, że aż zemdlałaś. -powiedziała i podała mi kubek z wodą. Rozkoszowałam się jej smakiem, bo był milion razy lepszy, od smaku wody z rzeki.
-Czekaj... -próbowałam wszytko siebie poukładać. Wiem!
-Ty mnie podpuściłaś! -oskarżyłam ją.
-Ja? Gdzie tam... - machnęła ręką. -Po prostu widziałam w jakim jesteś stanie. Wiesz co? Powinnaś myśleć bardziej o sobie. Mogłaś poczekać, aż ktoś was znajdzie, a nie przez taki kawał nieść na barach faceta i to w dodatku w takim stanie!
-Daj spokój. Ile w ogóle spałam?
-Nie dużo... Może z godzinkę.. -podniosła ze stolika obok kubek i napiła się z niego. Poczułam zapach kawy.
-Ta twoja rana na ramieniu... -wskazała na nią palcem. -Wiesz, że sama się otworzyła? Jak Will razem z Celio zanieśli cię do trójki i pielęgniarka zakładała ci opaskę usztywniającą na kolano. Nie wiedziałam, że takie obrażenia jakie ty miałaś można nazwać siniakami, ale okej...
Oczywiście musiała mi wypomnieć wcześniejsze słowa.

-Czekaj, czekaj... Skąd się wziął Will i Celio?
-Widzisz byłaś w tak złym stanie, że nawet nie ogarnęłaś, że razem z Tessą byli za tobą.
Spojrzałam na nią pytająco.

-No prawdę ci przecież mówię! -zaśmiała się. Ktoś zapukał i otworzył drzwi.
-Mercedes już się obudziła?-usłyszałam głos jakiejś dziewczyny.
-Tak! -krzyknęła Rose, odwracając się w stronę drzwi.
-To idź na przesłuchanie, a ja się nią zajmę... -do pokoju weszła szatynka. Chyba chodziła do 2A. Zauważyłam grymas na twarzy mojej przyjaciółki.
-Na serio muszę?-spytała błagalnie.
-Mhm, spokojnie ja się zajmę Mercedes...
-Nie trzeba! Nie potrzebuję niańki. -powiedziałam oburzona. Może i ramię mnie boli, ale nie aż tak żebym potrzebowała niani! Spojrzałam porozumiewawczo na niebieskooką.
-Taa. Daj jej spokój... -dodała Rose.
-Na pewno? -spytała dziewczyna.
-Tak, chodźmy. -powiedziała moja przyjaciółka, odkładając telefon na stolik koło łóżka. Poruszyła bezdźwięcznie ustami "Masz u mnie przysługę" i wyszła razem z szatynką. Teraz mogłam lepiej rozejrzeć się po pokoju. Usiadłam na łóżku, które okazało się piętrowe. Dziwne, że wcześniej nie zwróciłam na to uwagi. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to moja torebka, która leżała na stoliku w drugim końcu pokoju. Wstałam szybko i to był już kolejny nieprzemyślany ruch z mojej strony. Od razu poczułam ból w całym ciele. Powoli, lekko kulejąc doczłapałam się do stolika (po drodze zapalają światło w pokoju) i zaczęłam szukać mojego telefonu. Mam! Wyjęłam go z torebki... Był cały popękany, ale postanowiłam go włączyć... Niestety, nie włączył się. Nie no świetnie! Teraz będę musiała zainwestować w nowy!
Przypomniałam sobie o ranie na ramieniu. Odzyskałam przez godzinę snu odrobinę zasobów magii, więc postanowiłam spróbować dowiedzieć się czemu ona się ciągle otwiera, mimo mojego zaklęcia.
Rana w łydce Davida nie otworzyła się już później... A może to dlatego, że ja zwalczyłam zaklęcie, a z Davida "samo" zeszło.
Miałam już pewien pomysł. Wzięłam lusterko z torby Rose , która leżała na ziemi oraz jej telefon ze stolika. Chyba się nie pogniewa jak to pożyczę...
Zdjęłam z ramienia opatrunek. Ustawiłam lusterko tak, żebym mogła widzieć ranę. Luke mnie kiedyś tego nauczył. Policzyć czas ile trwa zaklęcie. Mnożąc później wynik przez 17 i zapisać runy, które odpowiadają cyframi można odszyfrować zaklęcie. Na końcu wystarczy tylko przepisać runy od tyłu i wykonać zaklęcie. Najtrudniejsze jest to, że w liczeniu czasu trzeba być dokładnym co do setnej sekundy. Włączałam telefon i ukazała mi się strona:
"Sny - przeczucia i przepowiednie."
Rose serio traktuje te sny...


Rzuciłam na ranę zaklęcie regeneracji i włączałam stoper. Siedziałam i patrzyłam się w lusterko na szramę. Kiedy szyja mi już prawie zdrętwiała, rana raczyła się otworzyć. Zatrzymałam stoper. Otwieranie rany wyglądało dziwnie. Nie potrafię tego nawet opisać, bo nie wyglądało to naturalnie.
Przykryłam cięcie opatrunkiem. Wzięłam zeszyt, ołówek i zapisałam czas.
10 minut, 6 sekund i 47 setnych.
Otworzyłam kalkulator i mnożyć liczyć każdą liczbę z osobna. Wyniki zapisałam obok. Potem zapisałam runy od tyłu i zbliżyłam rękę do rany, zdejmując wcześniej opatrunek. Uformowałam moją magię w runy i zaczęłam wydobywać moją magię. Z pod mojej reki wydobyła się złocista poświata. Nie poczułam jakiejś różnicy, ale postanowiłam sprawdzić czy zadziałało więc rzuciłam zaklęcie regeneracji i czekałam dokładnie taki sam czas, żeby zobaczyć czy się otworzy czy nie.
Szrama się otworzyła.

-No to jeszcze raz! -powiedziałam do siebie. Ze względu na to, że byłam uparta powtarzałam tą samą czynność jeszcze trzy razy. Dwie próby dały dwa zupełnie inne wyniki, a trzecia była taka sama jak pierwsza. Wszytki wyniki były w pobliżu 10 minut. Najbardziej dziwiło mnie to, że Rose przez ten długi czas nie wróciła do pokoju.
Aż tak ich maglują?
W tym samym momencie ktoś zaczął pukać do drzwi. I chyba nie miał zamiaru przestać. Założyłam opatrunek, podniosłam się i ruszyłam w stronę drzwi. Natarczywe pukanie nie ustępowało. Kiedy byłam przed samymi drzwiami, ktoś je otworzył. Górujący nade mną chłopak, o czarnej czuprynie, i lodowato błękitnych oczach, gapił się na mnie z otwartą buzią. Potem upadł na kolana i zaczął się trząść. David?

-Myślałem, że cie zabiłem. -powiedział cicho. Oprócz tego, że byłam oszołomiona tym, że upadł na kolana, to jeszcze te słowa... Zabić mnie? Ale jak... I wtedy sobie przypomniałam. Przecież on zemdlał od razu jak oberwałam w ramie. A co jak dopiero przed chwilą się obudził?
Uklękłam koło niego co nie było kolejnym dobrym pomysłem, ze względu na kolano, ale zagryzłam dolną wargę i nie zważałam na ból. Ostrożnie dotknęłam jego ramienia.

-Nikt mi nie chciał powiedzieć gdzie ty jesteś... -zaczął. -I co się z tobą stało. Każdy nagle milkł...
O cholera! Brzmiał jakby zaraz miał się załamać... Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się, że tak zareagował, ze względu na jego rodzinę... Miałam po prostu takie przeczucie.

-Chodziłem z pokoju do pokoju...
-Hej!- klepnęłam go w bark. -Człowieku jestem tutaj. Heloł! - machałam mu dłonią przed twarzą, kiedy już podniósł głowę.
-Jesteś facet, czy nie facet? -spytałam, a on patrzył na mnie tymi błękitnymi oczami. Jego szczęka się poruszyła.
-Facet nie dałby się przejąć i nie zranił by kogoś z drużyny. Nawet jeśli nie za bardzo za nią przepada...- odwrócił wzrok. Nie wiem dlaczego, ale poczułam się urażona. Powiedział mi wprost, że mnie nie lubi... Chociaż w sumie ja też tego nie ukrywałam. Ba! Chyba każdy w szkole wiedział, że nie pałam do niego sympatią. Ale teraz, chwilowo moja złość na niego minęła... Tak po prostu... Zrobiło mi się go żal.
-Gdybym mógł... -zacisną rękę w pięść. -Nie, nic nie mogłem zrobić...
Oho! Coraz bliżej załamania... Co by zrobiła pani Winters (moja pani psycholog)...? Blisko załamania... Poczucie winy... Mam!

-Ej kolego!-zaczęłam wesoło.
"Kolego"? Do czego ja się zmuszam dla jego dobra?!

-Chcesz odpokutować swoje winy? -dodałam.
Kurde... Źle dobrałam słowa... Modliłam się w duchu, żeby to co powiedziałam go nie załamało. 

-A niby jak?
Jest! Połknął haczyk! Wstałam energicznie, co było kolejnym głupim pomysłem. Nie mogłam się przyzwyczaić do obolałego ciała. Przed jego twarzą pokazałam trzy palce.

-Musisz zrobić trzy rzeczy! Po pierwsze musisz mi pomóc z raną...
Od razu wbił wzrok w opatrunek na moim lewym ramieniu.

-To byłem ja...
Cholera.

-Słuchaj to nic takiego! -zaczęłam wymachiwać rękami. Kolejny idiotyczny pomysł. Od razu lewe ramie mnie zabolało. Ale z ciebie idiotka Mercy! -skarciłam siebie w duchu.
-Po prostu nie lubię mieć jakiś ran... A żeby wyleczyć tą ranę potrzebuje drugiej osoby... Rose wyszła na przesłuchanie, a ty przyszedłeś w odpowiednim momencie. -dodałam z uśmiechem.
-Co mam robić? -spytał poważnie.
Uff... Dobra teraz będzie z górki...
Powiedziałam chłopakowi co ma robić. Mianowicie jego zadaniem było zmierzenie czasu, kiedy się otworzy rana. Nie powiem, był trochę przerażony jak mu powiedziałam że się otwiera, ale szybko się uspokoił. Może mu się uda odpowiednio zmierzyć czas.

-Czyli mam się po prostu patrzeć i jak coś zauważę nacisnąć stopa, tak?-upewnił się.
-Mhm.
Usiadłam na krześle, on okrakiem na drugim koło mnie. Zdjęłam ostrożnie opatrunek. Rzuciłam zaklęcie regeneracji, a on patrzył z otwartą buzią jak rana się sama regeneruje. Włączył stoper.

-Czemu moja rana na nodze się nie otwiera? -spytał po chwili.
Kurde. Jednak nie jest taki głupi.

-Em... Chyba dlatego, że...
-Nie wiesz prawda?
-Powiedzmy... -odpowiedziałam cicho, żeby nie usłyszał.
-Jak się tu w ogóle znaleźliśmy?-spytał. Kolejne nieodpowiednie pytanie.
-My... Zostaliśmy znalezieni, przez Rose i Willa...
Zanotować: powiedzieć Rose i Willowi, że nas uratowali.
Nie chciałam mówić Davidowi, że niosłam go przez te dwie godziny na barkach. Może kiedyś... Ale teraz nie był to najlepszy moment.

-Rozumiem.- kiwnął głową. Był naprawdę blisko. NAPRAWDĘ BLISKO. Za każdym razem kiedy coś powiedział, ba, nawet jak oddychał, to czułam jak wydmuchiwane przez niego powietrze mnie łaskocze. To było strasznie denerwujące.
Zastanawiałam się, czemu go tak bardzo nienawidzę... Teraz nie był denerwujący. Wydawał się normalny... Może to ze mną było coś nie tak... Nie! Definitywnie nie! Byłam stuprocentowo normalna... No dobra powiedzmy, że mam jakieś takie swoje odchyły, ale nie takie jak on. Teraz i może jest spokojny, ale to był ten sam David, który na początku wycieczki rzucał we mnie oskarżeniami. To był ten sam David, który denerwował mnie na każdym razem kiedy dostawał lepszą ocenę. Ten sam, który nie odezwał się ani słowem kiedy wrócił do naszej szkoły. Ten sam, co nie odpisał na żaden mój list... Ding! Ding! Ding! Czyżbym znalazła powód mojej nienawiści?
-Już. -powiedział chłopak wyrywając mnie z zamyślenia. Podał mi telefon. 10 minut 6 sekund i 59 setnych. Pomnożyłam, zapisałam runy i rzuciłam zaklęcie.
-To teraz trzeba odczekać te dziesięć minut. -powiedziałam. Siedzieliśmy w ciszy przez pięć minut. Przez dziesięć... Przez piętnaście, żeby się upewnić. Nie otworzyła się! Nawet nie wiecie jak mi ulżyło. Nie chciałam mieć blizny.
-To ja już chyba się zbieram. -David wstał i ruszył w stronę drzwi.
-Ej, chwileczkę! -powiedziałam i gwałtownie wstałam, zapominając o tym, że wszystko mnie boli. Przynajmniej ramię miałam z głowy. Chłopak odwrócił się w moją stronę.
-Co?-spytał oschle. I w tym momencie już mnie zaczął denerwować. Czyżby przeszło mu, kiedy zobaczył, że już nie ma się za co obwiniać?
-Miałeś zrobić trzy rzeczy, a zrobiłeś tylko jedną.
-No to słucham. -westchnął ciężko. Jakby mi robił łaskę! Już wiem, dlaczego go tak nienawidzę. Jest po prostu zakochanym w sobie debilem!
-Masz zacząć być bardziej towarzyski. -związałam ramiona na piersi. - Nie możesz wiecznie unikać długich przerw.

Brak odpowiedzi. Po prostu patrzył się na mnie tym lodowatym wzrokiem.
-I trzecią prośbą jest, to że musisz się mnie słuchać! -powiedziałam z powagą.
-SŁUCHAM?! -podniósł głos. - Dlaczego miałbym niby słuchać ciebie?!
-Stokrotka ze mną rozmawiał. Powiedział, że mam cię ogarnąć! Oceny masz słabe i w ogóle! -też podniosłam głos.
-Dzięki wielkie, ale nie potrzebuję ogarnięcia. -odwrócił się na pięcie i wyszedł, trzaskając za sobą drzwi. Daję słowo, że następnej podobnej sytuacji zostawię go w lesie na pastwę wilków! A jak nie przytrafi się taka okazja, to po prostu rozkwaszę mu mordę i tyle.
Po dosłownie sekundzie do pokoju weszła Rose z Theresą.
-Łooo. A wy jak zwykle. -odezwała się ciemnowłosa.
-Co on tu właściwie robił? -spytała blondynka.
-Kurde, przylazł jakiś załamany, że nie mógł nic zrobić i w ogóle, to ja mu dobre serce okazałam i pozwoliłam mu pomóc mi z tą raną na ramieniu... I go o coś poprosiłam. A on?! Ha! Niech tylko spróbuje znowu przyleźć do mnie... O... To będzie już po nim! -czułam jak się we mnie gotuje.
-A o coś go poprosiła?- spytała Rose.
-O co? A o to, żeby się mnie słuchał.
Theresa prychnęła śmiechem:
-Nic dziwnego, że chłopak uciekł.
-Oj zamknij się... -powiedziałam.
-Co?! -ruszyła w moją stronę, ale moja przyjaciółka złapała ją za kaptur.
-Daj jej spokój. Plecie głupstwa, bo przeżyła szok i pewnie nadal źle się czuje.
"Druga przysługa" -poruszyła bezdźwięcznie ustami.
Usiadłyśmy we trójkę; ja na łóżku, Rose usiadła koło mnie, a Thessa przysunęła sobie krzesło i usiadła na nim okrakiem w naszą stronę.
-To powiesz nam co się dzieje? -spytała niebieskooka, zwracając się do blondynki.
-Dlaczego ja miałabym to wiedzieć? -spytała.
-Po pierwsze jesteś w samorządzie szkolnym i to nie dla tego, że cię wybrali uczniowie. Wszystkie trzy o tym wiemy, prawda? Prawda. Po drugie, twój ojciec jest w radzie i na pewno coś powiedział.
-Jeszcze nic nie wiem...
-Kłamiesz kochaniutka.
Oho! Rose wkroczyła w bojowy nastrój. Kiedy chce się czegoś dowiedzieć, to nie odejdzie bez wiedzy. Nienawidzi niewiedzy. Przyglądałam się ich dialogowi.
-Skąd ta pewność, że kłamię?
-Bo odwróciłaś wzrok. Mów!
-Dobra powiem tyle ile mogę.
Widzicie? Rose się udało. Założę się, że i tak wyciągnie z niej wszystko.
-To byli ci, co już od jakiegoś czasu napierają na nasze granice. Dostaliśmy info, nie wiem skąd, że mają zaatakować uczniów z magicznych szkół. Więc wszystkie szkoły tego dnia miały "wycieczki" -zaznaczyła cudzysłów palcami.
-I wpadliśmy w pułapkę... -odezwała Rose...
-Tak... Ale we wszystkich szkołach, nie zostały zaatakowane czwarte klasy. Pewnie przez to, że oni już mogliby sprawiać problemy.
-Ale jaki był w tym cel? Były jakieś ofiary śmiertelne? -spytałam.
-Jedna, ale nie bezpośrednio przez atak. Spadła ze wzgórza... Sądzę, że ataki miały na celu...
-Zastraszenie.- przerwała jej Rose.
-Mhm... Ale z łaski swojej nie przerywaj mi, dobrze?
Brunetka uniosła dłonie w geście przeprosin...
-Ale po co mieli by nas zastraszać?
-Pokaz broni. Zawsze kiedy zaczyna się wojna, przeciwnicy ścigają się w wynalazkach. -opowiedziała mi Rose.
-Ale co miałoby być ich bronią? -spytałam. Chodziło na przykład o ten miecz?
-Obrona. Czy wasze ataki działały na nich? Chodzi mi o te magiczne. -powiedziała blondynka.
-Tak! Wtedy jak uderzałam ogniem w tego faceta, to moje płomienie tak jakby wchłaniały się w jego strój. -powiedziałam
-U mnie i Willa ataki też nie działały...
-I to właśnie chcieli pokazać... Że ataki magiczne na nich nie działają. -posumowała Theresa.
-I to wszystko? -spytała Rose
-Tak. -kiwnęła głową blondynka.
-Na pewno?
-TAK! Jeeezuuu daj mi spokój. Myślisz, że mogę wiedzieć wszystko tylko dlatego, że ojciec jest w radzie?! Mi też wszystkiego nie mówią! -Tessa podniosła głos. Zobaczyłam, że była poddenerwowana całą sytuacją.
-Czyli co, wojna się zaczyna? -spytałam.
-Nie... Nie chcemy, żeby sytuacja taka jak w Trzeciej Wielkiej Wojnie Magicznej. Rząd chce oddać kawałe... -chyba zorientowała się, że mówi za dużo, bo zakryła sobie usta dłońmi.
-Mów! -nakazała jej Rose.
-Nie mogę.
-Daj spokój. Jak już zaczęłaś, to dokończ.
-Nie mogę... Sama to podsłuchałam...
-Mów, że kobieto! -tym razem nie wytrzymałam. Byłam strasznie ciekawa o co chodzi. Obie spojrzały na mnie. Brunetka uśmiechnęła się pod nosem.
-Dobra, ale jak któraś coś powie, to uduszę...
-Ta, ta... Mów. -odezwała się ponownie Rose.
-Rząd chce oddać kawałek ziemi, tam gdzie się kotłowali przy granicy. Tylko, że oni nie chcą, żeby żaden mag tam został.
-Ja pierdziele, znowu chodzi o magie. -powiedziałam.- Ale czekaj... Przecież oni używali magii... Te bronie...
-Nie do końca. Na naszej wyciecze tylko ty miałaś styczność z takim dziwactwem...
-Zaznaczyłaś, że na naszej wycieczce... Czyli na innych były takie przypadki?- spytała Rose.
Cisza.
-Czyli odpowiedź brzmi tak.
-Nie powiedziałam tego.-zaprzeczała blondynka
-Ale nie zaprzeczyłaś...

I to były ostatnie słowa, które usłyszałam. Po prostu zasnęłam. Musiałam być zmęczona tym wszystkim.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tak wiem, że ten rozdział był jednym wielkim dialogiem ;-; Wstawiam posta wcześniej, bo w piątek jadę do szpitala na cztery dni i nie miałabym jak wstawić T^T Następny powinien pojawić się do środy, a potem rozdziały będą pojawiać się już regularnie w weekendy ;) 

piątek, 10 kwietnia 2015

Mercy i wycieczka cz. 2

Momentalnie znalazłam się przed Davidem. Użyłam mojej Insidiony do ode przenia ataku. Broń napastnika wyglądała jak wielki nóż do sera, który miał być przerobiony na katanę. Ostrze miało ząbki i trzy wycięte koła, rozmieszczone na całej jego długości. {dop. autorki: Nie mam zielonego pojęcia skąd mi się wziął pomysł z nożem do sera, ale naprawdę go przypomina} Napastnikiem był mężczyzna, bo wywnioskować to mogłam z budowy jego ciała. Napierał z całej siły na moją Insidionę.
-Rusz się człowieku. -syknęłam przez zęby na Davida. Czułam, że nie utrzymam siły tego faceta. Ugięłam się pod jego naporem. Po chwili, chciał się zamachnąć ponownie i wykorzystałam ten moment, aby uciec na bok. Jego atak zatrzymał David. Brunet Momentalnie kiedy odskoczyłam przejął jego uderzenie. Strasznie szybko przywołał broń. Jego katanę pokrywały jeszcze malutkie, lśniące kryształki lodu. Spojrzałam w stronę, gdzie była reszta grupy. Widziałam jak Rose i Will znikają gdzieś w lesie. Theresa też gdzieś znikła...
-Uważaj! -krzyknął David. Momentalnie odskoczyłam unikając potężnego uderzenia. Broń wroga (bo na pewno nie był to nasz przyjaciel) zaryła głęboko w ziemi.
-Co to za gostek? -spytał, zbliżając się do mnie.
-Skąd, do cholery mam wiedzieć?! -powiedziałam znowu unikając ataku. Mężczyzna, nie wiedzieć czemu, skupiał się głównie na mnie.
-Gdzie jest reszta? -krzyknął David, od którego się oddaliłam, unikając ataków tego faceta, który zdążył mnie już zdenerwować.
-Nie wiem! Widziałam tylko jak -odskoczyłam ponownie. -Willa i Rose uciekali w las...
Zaczęłam się jeszcze bardziej się denerwować, bo po pierwsze miałam jedną dłoń zajętą Insidioną, mając nadzieje, że się jakoś sama uaktywni. Po drugie, ten jakże denerwujący facet uderzał bez wytchnienia, nie dając mi nawet utworzyć magicznego kręgu, czy nawet wydobyć mojej magii, żeby stworzyć jakiś mały płomyczek. Czytając mi w myślach, David użył swojej magii. Akurat znajdował za plecami napastnika. Kilkanaście lodowych kolców leciało w jego stronę. Nie mam zielonego pojęcia jak on to zrobił, ale w sekundę uniknął ataku i ja też musiałam unikać kolców. Niefortunnie wyskoczyłam jednocześnie za mocno, bo zaczęłam się obracać w powietrzu, a jednocześnie za lekko, żebym mogła wykonać salto i wylądować na nogach. Wzmocniłam mięśnie prawej ręki, używając swojej magii. Lądując zaryłam nią głęboko w ziemi. Kiedy napastnik to zobaczył momentalnie zwrócił się do Davida i zaczął go atakować. Przypominając sobie akcje w parku, spodziewałam się, że chłopkowi się coś stanie. O dziwo, sprawnie odpierał ataki. Niestety odpierał. David pewnie nie jest zwinny tak jak ja, a odpierając jego ataki szybko się zmęczy. Rzuciłam w mężczyznę ognistą kulą. Tym razem nawet się nie odwrócił. Kula uderzyła go w plecy, a ogień znikł. Po prostu znikł! Spróbowałam innych ataków. Jego strój nawet się nie osmolił, a on sam nie przestawał atakować chłopaka.
-Ale jesteś pomocna. -powiedział David dysząc. Wydać było, że już ledwo się bronił. Spojrzałam na Insidionę. Dlaczego ta cholera nie chce się aktywować?!
-Wiesz ty też nie byłeś pomocny...
Raz kozie śmierć. Postanowiłam zrobić bardzo głupią rzecz. Ruszyłam biegiem w stronę napastnika. Złapałam Insidionę w obie dłonie, skoczyłam z zamiarem uderzenia go w plecy. Mężczyzna chciał uniknąć mojego ataku, ale tym razem nie był taki szybki. Może po prostu nie spodziewał się, że wpadnę na coś takiego? Prawie mu się udało, ale zahaczyłam go ramieniem i pociągnęłam za sobą, przewracając jednocześnie Davida. Ja z ciemnowłosym poturlaliśmy się na bok, a ten dziwny facet leżał jakieś trzy metry od nas. Razem z chłopakiem wstaliśmy otrzepując swoje ubrania.
-Co to w ogóle było? -spytał wbijając swoją katanę w ziemie i opierając się o jej rękojeść.
-Nie wiem. Może to był taki test? Wiesz może nauczyciele nas sprawdzali? Tak w ogóle to całkiem dobrze sobie radziłeś... Nie mogę uwierzyć, że to ciebie wybroniłam od bandy tych typków spod ciemnej gwiazdy. Jak to możliwe, że... -chciałam mu dogryźć, ale mi przerwał.
-Nie twój zasrany interes! -krzyknął na mnie. Aha. Znowu wrócił David z parku.
-No dobra! Ale radziłabym, ci...
-Uważaj! -odepchnął mnie na bok. Nie wiedziałam co się dzieje. Leżałam na ziemi widząc, jak mężczyzna, który dopiero co leżał plackiem na ziemi. Wbijał swoją broń w łydkę Davida. Jego jeansy zaczęły barwić się na czerwono w pobliżu wbitej katany. Chłopak upadł na kolana. Podniosłam się szybko i pobiegłam do Davida. Naprawdę mocno mnie wcześniej odepchną, bo miałam mocno obtartą twarz i znajdowałam się dość daleko od niego. Mężczyzna zostawił go ze swoją bronią i uciekł w las (tak przynajmniej mi się wtedy wydawało). Katana Davida leżała koło niego i zamieniała się w drobniutki lodowy pyłek, który znosił wiatr. Chłopak miał otwarte oczy, ale były tak jakby zamglone. Miał nieprzytomny wzrok. Zaczęłam klepać go po policzkach.
-David...
Chłopak podniósł na mnie wzrok. Odetchnęłam z ulgą.
-Zaraz zajmę się twoją nogą. - rozerwałam nogawkę jego spodni ostrożnie, żeby przypadkiem nie dotknąć jego nogi, ale nie spodziewałam się zobaczyć czegoś takiego. Z jego rany zaczęły „wyrastać” błękitne żyłki. Mimo, że nie powinnam tego robić, (ze względu na możliwość szybkiego wykrwawienia) wyciągnęłam z jego łydki katanę. Na szczęście nie doszło do krwotoku, nawet zdziwiło mnie to, że z rany nie sączyła się krew. Za to, pojawiało się coraz więcej tych niebieskich cholerstw. Wiedziałam, że coś jest nie tak. Musiałam szybko odskoczyć, bo dostałabym kopniaka w szczękę.
-Ej! -krzyknęłam do chłopaka. David wstał lekko się chwiejąc. Podniósł broń, która przed chwilą była wbita w jego nogę.
-David? -spytałam ostrożnie podnosząc się z ziemi i chwytając za Insidionę. Chłopak skierował głowę w moim kierunku. Nadal miał zamglony wzrok. Złapał katanę w obie dłonie i ruszył pędem w moją stronę.
-David! Hej! Da..! E... -starałam się do niego jakoś trafić, ale nie mogłam wykrztusić z siebie pełnego słowa, bo musiałam ciągle unikać jego ataków. Co jest? Czy chodzi o tą ranę? W przerwach między jego uderzeniami starałam się odszukać wzrokiem wcześniejszego napastnika. Jest. Był schowany za drzewem, bardzo blisko polany, śledził wzrokiem Davida. To on go kontroluje. Chciałam ruszyć w jego stronę (co z tego, że nie miałam broni), ale za każdym razem David mnie zatrzymywał i musiałam znowu unikać. Nie chciałam go uderzyć, bo wiedziałam, że to nie jest on. Za każdym razem jak widziałam jego zamglony wzrok, przelatywały mnie ciarki.
-David! Hej! Obudź się! -krzyczałam do niego w każdym momencie kiedy mogłam złapać oddech. Cały czas próbowałam dostać się do mężczyzny ukrytego za drzewem. Po pewnym czasie wpadłam na pewien pomysł. Odbiegłam na koniec polany, jak najdalej od kryjówki mężczyzny. Czekałam aż David się rozbiegnie. Kiedy już się rozpędził i był blisko mnie, zgromadziłam energię magiczną w nogach, odskoczyłam od chłopaka i ruszyłam z pełną prędkością w stronę tego dziwnego faceta. Nagle zostałam z całej siły uderzona w brzuch. Upadłam na ziemie kilka metrów dalej.
-Nie! -krzyknął... David. Wreszcie się odezwał. Przez chwilę nie mogłam wziąć oddechu. Podniosłam lekko wzrok. Chłopak nie miał już tego nieprzytomnego wyrazu twarzy. Nie miał też zamglonego wzroku. Nie wyglądał już jak zombie. Kiedy udało mi się złapać oddech, ostrożnie się podniosłam, przez to, że miałam krótkie spodenki, całe nogi miałam otwarte. Szybko najpierw rzuciłam zaklęcie przeciw bólowe na klatkę piersiową (jak oddychałam cały czas mnie bolało). Oczywiście nie poprawi to mojej wydolności, ale ból nie będzie mi tak przeszkadzał. David ruszył w stronę.
-Uciekaj. Nie kontroluje tego. -powiedział.
-Ha! Uciekać? Nie znasz mnie za dobrze. -powiedziałam. Po pierwsze nie mogłam uciec ze względu na niego. Po drugie, nie mogłam uciec, bez dowiedzenia się kim jest ten facet, co nas zaatakował. Udało mi się uniknąć jego ataku.
-Jak w ogóle możesz mówić? - spytałam odskakując. Chłopak dyszał.
-Nie wiem... -powiedział tak, że ledwie go słyszałam. Ciągle starał się mnie uderzyć tą kataną, więc postanowiłam go jej pozbawić, tylko jak? Musiałam zrobić to tak, żeby nie zrobić mu krzywdy.
Kiedy chłopak znów ruszył w moją stronę, przyjęłam na Insidionę jego atak. Lekko się zgięłam, pod jego siłą.
-Co ty robisz? -spytał, przez zaciśnięte zęby. Na jego twarzy malował się ból, ale nie wiedziałam dlaczego. W końcu to ja byłam atakowana. Kiedy naparł na mnie mocniej, wygięłam Insidionę w lewo, zahaczyłam nią o katanę, pociągnęłam ją do siebie i obróciłam. Udało mi się ją wyrwać z dłoni Davida. Rzuciłam nią szybko jak najdalej na bok.
-Teraz mamy równe szanse. -powiedziałam z lekkim uśmiechem. Chłopak skierował się od razu do miejsca gdzie upadła broń.
-Nie tak szybko. -schowałam Insidionę za pasek w spodniach, złapałam go za nadgarstki i wbiłam nogi z całej siły w ziemie. Ciemnowłosy nadal próbował dotrzeć do katany.
-Słuchaj. Spróbuj się sprzeciwić. Nie wiem jak to działa, ale... -ciągnęłam go w przeciwną stronę. Znajdowaliśmy się niedaleko skarpy. Żałowała trochę, że tam nie wyrzuciłam jego broni.
-Myślisz, że nie próbuję? -wysyczał przez zęby.
-To próbuj bardziej! -krzyknęłam. Momentalnie się do mnie odwrócił i sam złapał mnie za ręce. Usłyszałam strzały w oddali. To pewnie Rose. Ją i Willa też ktoś pewnie zaatakował.
-Puść mnie szybko! -powiedział. Zaczął w nienaturalny sposób wyginać swoje ręce. Chciałam to jakoś zatrzymać, ale nie mogłam. Widziała jak ból maluje się na jego twarzy, więc szybko go puściłam. Chłopak rozszerzył oczy, jakby był zaskoczony, ale ból nadal nie znikał z jego twarzy. Nagle zostałam ponownie uderzona w brzuch, ale tym razem z większą siłą. Zaczęłam spadać ze skarpy. Obijałam się o pnie, wystające kamienie i korzenie. Nie mogłam się niczego złapać. Moja prawa noga zaklinowała się między korzeniami. Przez sekundę poczułam ciepło, a potem straszny ból w okolicach kolana. Już nie zlatywałam. Trzymałam się za udo, ciężko oddychając. Byłam cała poobijana, ale teraz czułam tylko ból prawej nogi. Znajdowałam się przy samym końcu skarpy. Davida jeszcze nie było. Jeśli tu nie przyjdzie, będę musiała jakoś wspiąć się na górę. Spróbowałam wydostać nogę, w nagrodę przeszył mnie jeszcze gorszy ból niż wcześniej. Uformowałam odpowiednio moją magię i zbliżyłam dłonie do kolana. Zaczęłam rzucać zaklęcie przeciw bólowe, ale silniejsze niż, te co rzuciłam wcześniej na klatkę piersiową.
-Mercedes schowaj się! -usłyszałam znajomy mi głos Davida. Cholera! Byłam w tym momencie niezdolna do walki, a nie wiedziałam do czego ten mężczyzna może zmusić Davida. Kiedy udało mi się znieczulić moją nogę próbowałam ją wyciągnąć spomiędzy korzeni. Zaklinowała się chyba na dobre. Może to dlatego, że się strasznie śpieszyłam i starałam się ją wyciągnąć na siłę. W dodatku czułam, że została nie zostało mi zbyt dużo energii magicznej. Klonowanie się codziennie, w-f z plusem i do tego jeszcze ta dzisiejsza wycieczka musiały się skumulować. Nie chciałam podpalać też korzeni, bo mogłabym zostać zauważona. Pociągnęłam mocniej za nogę. Pewnie by mnie to bardzo zabolało, ale na szczęście niczego nie czuję. Jeden z mniejszych korzeni, który oplatał moją kostkę pękł.
-Kur... On cię słyszał! -usłyszałam Davida. Nie brzmiał tak żywo, jak poprzedni, był wyczerpany. Skuliłam się i wyciągnęłam zza paska Insidionę. Miałam nadzieje, że aktywuje się jakoś sama i będę mogła nią przeciąć te korzenie i się obronić.
Usłyszałam, jak łamią się gałęzie pod czyimiś stopami. Po chwili zobaczyłam Davida, był jakieś 10 metrów przede mną. Był cały spocony i dyszał.
-No uciekaj!
-Nie mogę, utknęłam.
Zobaczyłam, że ruszył w moją stronę, ale nie tak szybko jak wcześniej.
-Słuchaj! Uda ci się to przezwyciężyć! - starałam się go wesprzeć. Nie wiedziałam, czy to było możliwe, ale starałam się pomóc jednocześnie i mu, i mnie.
-Myślisz, że się nie staram? -powiedział przez zęby. Zauważyłam, że ciągle je ściska. -Całe ciało mnie boli, czuję się jakby moje mięśnie były porozrywane kawałeczki. Ja już na prawdę nie mam siły...
-Dasz rade. Po prostu mu się sprzeciw! -starałam się grać na zwłokę, ale on ciągle przyśpieszał. Zaczęłam nerwowo próbować wyciągnąć moją nogę. Nie miałam już na nic siły.
-No rusz się! -krzyknął. Nawet nie zauważyłam, kiedy tak zbliżył się do mnie. Zdążyłam tylko pewniej chwycić moją Insidionę i zamknąć oczy. Poczułam fale gorąca i potem straszliwy ból, który promieniował od mojego lewego ramienia. Nawet nie krzyknęłam. Ból na początku mnie sparaliżował, ale potem zaczął powoli ustawać. Poczułam jakby coś kiełkowało mi z rany. Otworzyłam oczy i ujrzałam upadającego obok mnie chłopaka. W zasięgu mojego wzroku widziałam też rękojeść broni wbitej w mój obojczyk. Co dziwne już po chwili w ogóle nie czułam bólu, a odrętwienie. Przez chwilę nie mogłam się ruszyć. Nagle jednak moja prawa dłoń się sama poruszyła i wyjęła mi z ramienia katanę. Nie mogłam nawet odwrócić wzroku. Nie wiedziałam jak wygląda rana, ani co się ze mną dzieje. Spróbowałam się podnieść. W sensie nie ja sama, ale właśnie kontrolowana przez coś. Oczywiście zbytnio to się nie udało, przez tą nogę. Poczułam coś dziwnego. Moje całe ciało było odrętwiałe, oprócz tej prawej nogi, która mi utknęła. Oczywiście jej w ogóle nie czułam, ale to już inna sprawa. Przypomniałam sobie, że David nie mógł używać magi, bo nie mógł uformować magii w krąg (zwykle,właśnie używa się do tego dodatkowo ruchów dłoni). Nagle moja prawa dłoń uderzyła z całej siły w korzeń, który się złamał. W tym samym momencie przeszył mnie straszny ból. Próbowałam wyciągnąć nogę (oczywiście nadal kontrolowana). Nie udało się. Mimo sytuacji w jakiej się znajdowałam, zaśmiałam się w duchu. Wpadłam na pewien pomysł. Nie wiedziałam, czy on wypali, ale w końcu co zaszkodziło mi spróbować? I tak już nie może być gorzej prawda?
Zgromadziłam najpierw energię magiczną w mięśniach lewej nogi. Odrętwienie znikło. Mogłam nią nawet ruszać! Zaczęłam robić podobnie z resztą ciała. Rozglądałam się też za tym, gdzie ten mężczyzna się schował. Kiedy doszłam do lewego ramienia, w momencie kiedy zgromadziłam tam magię, poczułam ból, który znów promieniował od obojczyka. Ostrożnie podniosłam prawą rękę i zbliżyłam ją do rany. Uformowałam odpowiednio magię i zaczęłam ją regenerować. Może wydawać się, że robiłam to strasznie powoli, ale tak nie było, zajęło mi to wszystko, może z jakieś trzy minuty.
Rozejrzałam się szybko, czy nie ma tego faceta w pobliżu i ruszyła w stronę Davida, lekko utykając. Moja stopa w coś uderzyła. Spojrzałam w dól. To była moja Insidiona... Aktywowana. Na ziemi połyskiwało się małe ostrze od sztyletu. Podniosłam moją broń i zaczęłam ją oglądać, ale w sekundę przypomniałam sobie o Davidzie i szybko do niego podeszłam. Oddech i tętno miał przyśpieszone. Mówił coś o mięśniach. Zaczęłam ostrożnie dotykać bicepsa. W niektórych miejscach mogłam wyczuć zagłębienia, których nie powinno tam być. Zaczęłam odpinać jego koszulę i zaczęłam sprawdzać mięśnie na jego brzuchu. Wszędzie tak samo. Nagle przypomniałam sobie o ranie na jego nodze. Wyglądała jakby trochę się zagoiła... Ale szybciej niż normalnie. Nie było też już ani jednej tej niebieskiej żyłki. Szybko przystąpiłam do regeneracji jego rany. Potem zajęłam się jego mięśniami. Kiedy skończyłam znowu poczuła ból w lewym ramieniu. Dotknęłam go i poczułam ciepłą ciecz... To była krew. Szybko zregenerowałam ranę ponownie. Dlaczego ona się znowu otworzyła? Nie mogłam znaleźć na to pytanie odpowiedzi.
Postanowiłam obudzić Davida. Na początku delikatnie poklepywałam go po twarzy:
-David... Wstawaj... Pobudka.
Ale później się zdenerwowałam i dostał ode mnie może z dwa razy z liścia... Może trochę więcej.
-Cholera! David! Obudź się ty debilu!
W żaden sposób nie mogłam go dobudzić. Trzęsłam nim, krzyczałam, a on nic!
Powoli wstałam, żeby zadzwonić po pomoc. Włożyłam rękę do kieszeni moich spodni.
Gdzie jest mój telefon?! Zaczęłam macać się po wszystkich kieszeniach i nigdzie go nie było! Spojrzałam w górę skarpy. Mój telefon był w torebce, która została na górze. Wejście na nią odpada. No nic, będę musiała sobie jako poradzić. Rozejrzałam się dookoła. W oczy rzuciła katana, którą zaatakował nas tamten mężczyzna. Zostawił ją? Podeszłam i podniosłam broń. Kiedy zaczęłam ją oglądać, zwróciłam uwagę, na otaczające mnie dźwięki. Usłyszałam wodę. Płynącą wodę. Spojrzałam na leżącego na ziemi chłopaka. Schowałam katanę, w pasek spodni, tak żeby mnie przypadkiem nie zraniła, złapałam Davida za ramiona i zaczęłam go ciągnąć po ziemi w stronę dźwięku. Strumień był nie daleko nas... W sumie, nie mogłabym nazwać go strumieniem, a raczej małą rzeczką. Ułożyłam nieprzytomnego chłopaka przy brzegu, ale w bezpiecznej odległości od wody, a sama podeszłam do rzeczki. Nie płynęła zbyt szybko, więc mogłam w niej ujrzeć swoje odbicie, co prawda rozmazane, ale to wystarczyło, żebym zobaczyła jak wyglądam. W moje włosy były wplątane jakieś liście i małe patyczki. Może i była w nich nawet pajęczyna! Odbicie było wystarczająco wyraźne, żebym zobaczyła, że na lewej stronie twarzy mam sporo plamek po krwi. Pewnie jak dostałam w ramie, to trochę krew prysła mi na twarz. Ułożyłam łódeczkę z dłoni i zanurzyłam je w wodzie. Następnie ochlapałam twarz kilka razy. Poczułam się o wiele lepiej. Przyglądając się swojej twarzy, zauważyłam wielkie wory pod oczami, które rzadko pokazują się na mojej twarzy. Pewnie konsekwencja użycia prawie całej magii.
Moja koszula była rozdarta na lewym ramieniu, więc oderwałam oba rękawy. Tam, gdzie wcześniej oberwałam kataną zauważyłam coś dziwnego. Spod mojej skóry, która w tym miejscu nie wyglądała najlepiej, wystawały te niebieskie żyłki. Nie myśląc zaczęłam je wyrywać. Za każdym razem kiedy wyrwałam jedną, czułam przyjemnie ciepło. Może to przez nie moja rana się otworzyła ponownie?
Spojrzałam na Davida, potem na drogę wzdłuż rzeczki. Postanowione!

Zanim zaczęłam przystępować do mojego planu postanowiłam spróbować znowu obudzić chłopaka. Oddychał już spokojnie, jego tętno też się uspokoiło, ale za cholerę jasną nie chciał się obudzić. Zrobiłam więc tak jak zakładał mój plan. Ukucnęłam przed chłopakiem, złapałam jego nadgarstki i przerzuciłam sobie jego ręce przez moje barki. Powoli się podniosłam i od razu poczułam ciężar chłopaka. Jednak nie zważając na to, zaczęłam iść w górę rzeczki, razem z chłopakiem zawieszonym na moich barkach. Ze względu na to, że był ode mnie wyższy to szurał stopami po ziemi, co nie powiem, bardzo mi przeszkadzało. No ciekawe, dokąd ta rzeczka mnie doprowadzi...


---------------------------------------------------------------------------------------------
Ten rozdział jest świetnym przykładem mojego syndromu Pustej Głowy ;-; To był jeden z moich ulubionych momentów z tej historii, ale oczywiście musiałam go popsuć ;-; Przepraszam Was za ten rozdział xD Na prawdę... Nie wiem czy w niedziele pojawi się nowy rozdział, ale jak nie w niedziele to w poniedziałek powinien być ;) 

sobota, 4 kwietnia 2015

Mercy i wycieczka cz.1.

Przez cały tydzień czytałam te trzy gigantyczne książki, w każdej wolnej chwili. A co się z nich dowiedziałam? Że moja broń jest bardzo wybredna i złośliwa! Jak broń może być złośliwa i wybredna? Przecież to jest rzecz! Przeczytałam jeszcze, że nie lubi współpracować z właścicielem. Jak może nie lubić? I tylko tyle udało mi się dowiedzieć z tych trzech cegieł. Przestudiowałam je całe, ale wszędzie było tylko „masło maślane” i nic specjalnego się nie dowiedziałam. Wiem jeszcze tylko, że moja Insidiosa tak jak każde inne muszą zostać rozpracowane przez operatora, bo każda aktywuje się inaczej. W międzyczasie wychowawca powiedział nam o pięciodniowej wycieczce, która ma się odbyć już za dwa tygodnie. Nie będzie nas od środy do niedzieli. Wycieczka ma polegać na tym, że grupami będziemy musieli odnaleźć drogę do naszego ośrodka, w którym spędzimy resztę wycieczki.
Minął kolejny tydzień i nadal nie widziałam jak aktywować moją broń. Opiekunem grupy, w której byłam, okazała się pani Mabley. Powiedziała mi, że dopóki nie odblokuję mojej Insidiosy, muszę ćwiczyć ze wszystkimi rodzajami broni i tak robiłam. Rozmawiałam też ze Stokrotką o... Davidzie.
-Mercy zostań na chwilę. -powiedział pan Daisy, kiedy wychodziłam już z sali. Obróciłam się na pięcie i podeszłam do jego biurka.
-Czy coś się stało?
-Właściwie to nie, ale mam do ciebie prośbę. Związaną z Davidem. -słysząc jego imię, automatycznie wróciłam się do drzwi.
-Wiesz Mercy, to nie uprzejmie tak ignorować nauczyciela. Wysłuchaj mojej propozycji.
-Przykro mi panie Daisy, ale jeżeli chodzi o niego to nic nie mam zamiaru robić.
-Mercy, wysłuchaj mnie...
-No dobrze.
-Wiesz pewnie doskonale w jakiej teraz sytuacji znajduje się David, czyż nie?
Kiwnęłam potakująco głową.
-Jak widzisz, nie radzi sobie z nauką i chciałem cię poprosić, żebyś mu w niej pomogła.
-Dlaczego niby ja. Nie mógł pan wybrać sobie kogoś innego?
-Nie! Przecież jesteś najlepszą uczennicą w klasie... Podwyższyłbym ci ocenę z zachowania i...
-Myśli pan, że jestem przekupna? Aż tak nie zależy mi na dobrej ocenie. W dodatku, przez to, że David pogorszył się w nauce, już nie muszę starać się być od niego lepsza w zachowaniu. Przykro mi panie Daisy, ale nie skorzystam.
-Nie dałaś mi dokończyć. Chciałem powiedzieć, że podwyższyłbym ci ocenę z zachowania i na koniec szkoły poprosiłbym dyrektora, aby wysłał podanie do rady, o pozwolenie dla ciebie, na używanie magii w miejscach publicznych. Dobrze wiem, kim chcesz zostać, a bez tego raczej ci się nie uda...
C-c-co? Nie mogłam uwierzyć w to co usłyszałam. Pozwolenie na magie?! Takie pozwolenie trudno jest zdobyć. Naprawdę trudno. Zwykle trzeba zobowiązać się do stałej służby w wojsku, ale i tak mało osób ją dostaje. Można też, jakimś cudem dostać się do Rady, ale to już w ogóle prawie nie możliwe. Pozwolenia jeszcze otrzymują np. magowie ognia gdy pracują w straży pożartej. Wyjątkowe osoby, pod wyjątkowymi warunkami mogą dostać tzw. Złotą Kartę, takim sposobem, jaki zaproponował Stokrotka.
-Ale pan serio mówi?-spytałam, jeszcze nie dowierzając jego słowom.
-No nie wiem... Wyraziłaś się dość jasno, jeżeli chodzi o tą sprawę...
-A gdzie! Tak tylko żartowałam. -zaśmiałam się nerwowo. -Wie pan... To jak mam się za to zabrać?
-Nie wiem. -wzruszył ramionami. -Musisz po prostu doprowadzić jego oceny, do poprzedniego stanu. I tyle.
-Nie ma problemu! -powiedziałam z uśmiechem.
-Na pewno? -jego prawa brew powędrowała do góry.
-Tak! Trzymam pana za słowo. -wybiegłam z sali jak najszybciej, żeby przypadkiem nie zrezygnował. Stokrotka zawsze dotrzymywał obietnicy. Po chwili doszło do mnie co zrobiłam. Skazałam sama siebie na Davida. Ale ja jestem przekupna...
I wreszcie przyszedł dzień wycieczki. Kto mógł się spodziewać, co się na niej stanie? Cała szkoła wyjechała autokarami. Tak. CAŁA. Każdy przedział wiekowy jechał gdzie indziej. Wyruszyliśmy o piątej nad ranem. W autokarze udało nam się zająć ostanie miejsca tj.: mnie, Rose, Willowi i Theresie. Na szczęście David nie chciał z nami usiąść i zamiast niego dosiadł się jeszcze Mike. Godzinę przed dotarciem na miejsce Stokrotek opisał dokładnie co będziemy musieli robić. Każda grupa wyruszać będzie co pół godziny z tego samego miejsca, ale będzie miała wyznaczoną inną trasę. Mapa jest zaszyfrowana, ale powinniśmy znać wszystkie zawarte w niej szyfry. Wygrywa ta grupa, która dotrze w najkrótszym czasie, ze wszystkimi osobami z drużyny. Na miejsce dotarliśmy po dwunastej.
Kiedy wszystkie autokary opustoszały, pojechały inną drogą do ośrodka, do którego mieliśmy dotrzeć. My musieliśmy czekać, aż wszystkie grupy z klasy pierwszej „A” i trzy pierwsze grupy z naszej wyruszą. Docelowy czas drogi miał wynosić co najwyżej godzinę/półtorej. Moja grupa miała wyruszyć o 16.30. Theresa i Will od razu rzucili się na mapę, a ja zostałam z dwójką pozostałych. Rose i David siedzieli na kamieniu.
-Na serio musimy iść? -powiedziała leniwie moja przyjaciółka, siedzący koło niej brunet się nie odzywał, jak zwykle.
-Rose, im szybciej wyruszymy, tym szybciej wrócimy.... -starałam się ją zachęcić, o dziwo udało mi się za pierwszym razem;
-Masz racje. -wstała i poszła w stronę pozostałej dwójki, która najprawdopodobniej już kończyła rozszyfrowywać mapkę. Zostałam tylko ja i David. Że też, muszę to robić. Podeszłam do chłopaka i pociągnęłam go za sobą za nadgarstek.
-Już ci powiedziałam, co sądzę o twoich dąsach... -powiedziałam cicho. On pociągnął mnie za rękę, z taką siłą, że się odwróciłam od niego.
-Nie wtrącaj się w nie swoje sprawy! Coś ty się mnie tak uczepiła hę? Nie wiesz NIC o mojej siostrze, ani o mnie. NIE WIESZ NIC. Masz kochającą się rodzinkę, a ja wszystkich straciłem jednego dnia! Zostaw mnie wreszcie w spokoju!
Przegiął. Musiałam wytrzymywać całe tygodnie, pracując z nim w grupie. Od rozmowy ze Stokrotką starałam się coś wskórać. Ale ten pieprzony idiota był nadal idiotą. I to się chyba nigdy nie zmieni...
-Ja nic nie wiem?! -zaczęłam mówić niskim głosem.
-Ha! Słyszałaś go Rose? Ja?! -krzyknęłam.
-Może i masz racje... -zwróciłam się z powrotem do niego. -Nie mogę nic wiedzieć, bo moi bliscy mnie nie zostawili jednego dnia... Jednego dnia, nie. Wiesz co? Powinieneś DZIĘKOWAĆ, że umarli w jednej chwili. Nie miałeś nadziei, że będą jeszcze żyć. Nikt się ciebie nie wyrzekł... -głos mi się zaczął łamać. -Wiesz co jest gorsze od tego co tobie się stało?! WIESZ?! Odebrana nadzieja. Twoja matka nie umarła po tym jak wszystko wskazywało na to, że będzie w porządku . Ciebie ojciec, by nigdy się nie wyrzekł. Nikt by cię nie zostawił! A TY teraz siedzisz i myślisz jaki jesteś biedny. Masz racje. Strasznie biedactwo... -kiedy chciałam wziąć oddech, poczułam jak łzy napływają mi do oczu. Puściłam jego nadgarstek, odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę reszty mówiąc.
-Zostawiamy tą łajzę tutaj. Powiemy, że złamał nogę, czy coś i stąd go ktoś odbierze, ma to gdzieś... -po policzku spłynęła mi pojedyncza łza. Zagryzłam dolną wargę z całej siły. Podbiegła do mnie Rose i objęła mnie.
-Nie musisz się przez niego tak denerwować... -powiedziała cicho, nie uwalniając mnie z uścisku.
-Właśnie muszę. Musze dotrzymać obietnicę...
-Hej... -odchyliła mnie do siebie. -Zawsze możesz na mnie liczyć. Wystarczy, że poprosisz...
-Mhm... -otarłam twarz rękawem kraciastej koszuli i poszłam razem z Rose do Theresy i Willa, żeby zobaczyć jak im poszło rozszyfrowywanie. Nikt nie skomentował tego co przed chwilą się stało. Po prostu ruszyliśmy według mapy. Niestety David ruszył za nami...
Chodziliśmy prawie dwie godziny po lesie, a raczej błądziliśmy...
-Jak to się zgubiliśmy? -krzyczała na Willa Rose.
-No tak to! Czemu w ogóle na mnie naskakujesz? To też jej wina! -wskazał na Theresę, która próbowała złapać zasięg. Znajdowaliśmy się na małej polance w kształcie okręgu. Tessa stała właśnie przy dość sporej skarpie. David siedział przy samym końcu polanki, na starym, przewróconym pniu drzewa. Podeszłam do Rose i Willa.
-Trzeba będzie prze analizować jak szliśmy i wrócić na miejsce startu... I potem z dobrze rozszyfrowaną mapą dość do ośrodka, tam gdzie miała być meta... -mówił, drapiąc się po swojej blond czuprynie, która jak zwykle była w nieładzie.
-Chyba cię Bóg opuścił! -naskoczyła niego Rose.- Nie będę z powodu waszej głupoty łazić po tym lesie jakieś kolejne półtorej godziny! Daj mi to! -wyrwała mu mapę. -Pamiętam dokładnie całą drogę. Po prostu źle ją rozszyfrowaliście. Ja to zrobię i znajdę najkrótszą drogę do ośrodka...
-A nie mogłaś tego zrobić wcześniej? -spytałam.
-A niby jak miałam to zrobić, ja ta dwójka – wskazała najpierw na Willa, a potem na Therese przy skarpie – nie pozwoliła mi nawet do niej zajrzeć!
-Tak, tak... Nawet nie zaproponowałaś pomocy...- powiedział blondyn.
-Schyl mi się tutaj blondasie. -nakazała mu Rose.
-Dla czego miałbym się niby schylać?
-A co niby mam siadać na ziemi? Nie będę robić tego na kolanie tak jak wy...
-Nie będę się schylać, po prostu oprzesz się na moich plecach... Nie przesadzaj.
Rose w odpowiedzi tylko pokręciła głową i zaczęła rozszyfrowywać mapkę. Nagle zrobiło się cicho. Na prawdę cicho... A może tylko mi się wtedy tak wydawało? Nie wiem. Może to było tylko moje przeczucie? W wysokich krzakach koło Davida coś się poruszyło. Nie wiem jak to zrobiłam, ani skąd wiedziałam, że to nie była np. wiewiórka. Po prostu rzuciłam moją torbę, którą miałam na ramieniu, wyjmując z niej moją Insidiosę o momentalnie znalazłam się przed Davidem.

----------------------------------------------------------------------------------------------
Chciałabym Wam życzyć zdrowych i spokojnych Świąt Wielkanocnych <3 Żebyście spędzili je miło z rodziną... Nie wiem, czy będę miała czas wstawić oddzielny post z życzeniami, dlatego piszę je tutaj ;) Chciałabym wam podziękować strasznie za prawie 1000 wejść <3 Naprawdę dziękuję, bo to sprawia, że chętniej mi się pisze. W dodatku jestem już strasznie bliziutko jednego z moich ulubionych momentów <3 Rozdział może nie jest za długi, ale mam nadzieje, że następny Wam się spodoba, bo będzie akcja :D No nic, strasznie się rozpisałam... Jeszcze raz Wesołych Świąt ode mnie, Mercy, Rose, Theresy, Willa i od, jak go moja imienniczka nazwała,  Łajzy (Davida), bo będzie go coraz więcej ;)

piątek, 3 kwietnia 2015

Mercy i przywołanie broni

Nie mogłam doczekać się pierwszej wtorkowej lekcji. Miała to być wiedza o broniach, na której wreszcie będziemy przyzywać swoją broń! Szłyśmy razem z Rose na specjalnie wyznaczone miejsce na szkolnym podwórku, które jest ogromne (podwórze, nie miejsce). Mamy cztery zwykłe boiska przystosowane do piłki nożnej, koszykówki, siatkówki i tenisa. Są też trzy specjalne boiska, przystosowane do trenowania ataków magicznych. Znajdują się one dosyć daleko od budynku szkoły z wiadomych powodów. Mamy jeszcze osiem tak zwanych stref, gdzie mamy w-f z plusem i czasami wychowanie magiczne. W-f z plusem polega na ćwiczeniu kontrolowania swojego potencjału magicznego podczas wyczerpującego wysiłku fizycznego. Wychowanie fizyczne z plusem jest o wiele (bardzo wiele) intensywniejszy od tradycyjnego w-f, dlatego jest on na dwóch ostatnich lekcjach w piątek. Większość osób z tego powodu zapisała się na niedziele, na dowolne wybrane zajęcia sportowa. Ze względu na to, że jestem straszne inteligentną osobą (a jakże mogło by być inaczej) zapisałam się na sobotę... Na początku zeszłego roku to była po prostu tragedia, ale po kilku tygodniach przyzwyczaiłam się i dzięki temu mam o wiele lepszą kondycje... W strefach na wyżej wymienionych lekcjach ćwiczymy razem z magią oraz odbywają się kontrolowane walki. Pierwsza strefa jest głównie do ćwiczeń z magią (tych mniej destruktywnych), w strefie drugiej zazwyczaj ćwiczyliśmy walki z bronią białą, oraz bez niej. Strefa trzecia, to coś w stylu strzelnicy (każdy mag musi nauczyć się strzelać z broni). Czwarta. Czwarta... No właśnie... Jest jedyną zamkniętą strefą. Od wakacji ją remontują, nikt nie wie na co, po co, ani kiedy oddadzą ją do użytku. Piąta ma funkcję identyczną jak pierwsza. Szósta jest taka jak druga, a siódma taka jak trzecia. Ósma jest zwykle wykorzystywana do średnio destruktywnych ćwiczeń magicznych, a jest tylko jedna, ponieważ strawnie dużo zużywa się na nią energii magicznej i ciężko jest utrzymać silne runy, którymi są wykreślone granice strefy. Każda strefa ma swoich opiekunów, którzy przekazują swoją energię na runy, żeby utrzymać barierę. Strefy są po prostu kawałkiem ziemi, udzielonym od reszty właśnie przez barierę (i małe ogrodzenie) , chroniącą, by magia nie wyciekła poza wyznaczone pole. Strzelnica jest tylko półotwarta, żeby było bezpieczniej.
My kierowaliśmy się do szóstki. Mably (nauczycielka od wiedzy o broniach) rozmawiała z dzisiejszym opiekunem strefy. Korzystając z okazji postanowiłam pogratulować Rose chwalebnego czynu, a mianowicie śliwy pod okiem Bena. Nie wiedziałam kiedy, ale byłam pewna, że to jej sprawka. Może wieczorem jak już się uspokoiła i go niechcący spotkała na korytarzu, mu przywaliła?
-Nieźle przyozdobiłaś twarzyczkę Benowi...- ukułam ją delikatnie ramieniem. Dziewczyna popatrzyła na mnie zdziwiona.
-Ja tego nie zrobiłam przecież. -zaśmiała się. - Jak miałabym to zrobić? Zapomniałaś, że siedziałam cały czas w pokoju?
-Czyli kto to zrobił? - spytałam bardziej sama siebie. Nagle pewien blondyn objął nas ramionami;
-O czym to moje dziewczęta gadają? -spytał z uśmiechem na twarzy Will.
-O śliwie na twarzy pewnego bruneta... -odpowiedziała Rose wyswobadzając się z objęć chłopaka. Ja zrobiłam to samo.
-Hmmm... Nic nie wiem o żadnym brunecie, i o żadnej śliwie. -udał, że się zamyśla. Nawet zaczął się drapać głowie, robiąc śmieszną minę.
-Ty! Czyś ty zwariował? -naskoczyła na niego Rose. -A jak powie nauczycielom? Masz przerąbane. Po co w ogóle to zrobiłeś?
-Nie martw się milady. Z faceta pipka jest i się wystraszył jak mu zagroziłem.
-Ha! A z ciebie to nie pipka, geniuszu? -wyskoczyła naprzeciw niego niebieskooka. -przecież przegrałeś z Mercy na siłowanie się! Przegrałeś z dziewczyną!
-EJ!- krzyknęłam.
-Daj spokój, Mercy. Przecież jesteś dziewczyną prawda? -zaśmiała się. Nie odpowiedziałam, bo miała racje, w sumie to nie wiem nawet, czemu wtedy wyskoczyłam z tym „Ej”.
Pani Mably pozwoliła nam wejść do strefy. Rozdała nam po kredzie i kazała nam się rozsypać po całej strefie. Ja z Rose byłyśmy tak gdzieś w środku, po lewej stronie. Każdy musiał narysować kredą wzór kręgu magicznego, który przyzywa broń. Ja oczywiście pomyślałam, że nie potrzebuję rysować, bo wcześniej dobrze wytrenowałam magie, do tworzenia tego kręgu i nie potrzebowałam wzoru... Mably stanęła na specjalnym podeście (jest dosyć niską osobą), tak żeby każdy ją widział i słyszał.
-Z tego co widzę to wszyscy już narysowali swoje kręgi. Dobrze w takim razie przypominam, że tę broń, którą wezwiecie, będzie wam towarzyszyć już zawsze. Nie będziecie mogli wymienić tej broni, ponieważ połączy się ona z naturą waszej magii. No dobrze! Możecie zacząć. -na końcu klasnęła w dłonie. Rozejrzałam się po strefie. Każdy już zaczął formować magię. Zerknęłam w stronę Rose. Z białych linii jej kręgu zaczęła wydobywać się bladoniebieska poświata. Od zewnątrz, do środka, linia, po linii zaczynały delikatnie migotać błękitnym światłem. Nad kręgiem pojawiła się kropa wody, która po chwili opadła. Zwiększając swoją objętość, rozlała się na całej powierzchni kręgu. Po chwili woda zaparowała, a na ziemi coś leżało. Dwa pistolety. Chwila! Dwa? A nie powinien być jeden?
Dziewczyna podniosła bronie. Podeszłam do niej i dzięki temu mogłam się im lepiej przyjrzeć. Były to dwa pistolety, coś na podobieństwo Coltów. Rose patrzyła ze zdziwieniem raz na mnie raz na bronie.
-Chyba coś poszło nie tak... -podrapała się po głowie. -Trudno! -położyła broń na ziemi i patrzyła na mnie.
-Mercy, Mably już zaczęła sprawdzać...
-Co!? Już? Kurde, muszę się pośpieszyć! -odwróciłam się od mojej przyjaciółki, wybrałam kawałek ziemi, na której ma znaleźć się mój krąg. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie dokładnie jak ma wyglądać. Wyciągnęłam delikatnie do przodu rękę i zaczęłam formować moją magię. Powoli krąg zaczął się wypalać na ziemi. Tam gdzie ziemia czerniała po chwili pojawiała się płomienna poświata. Kiedy już cały okrąg się wypełnił, nad nim pojawił się płomyk i podobnie jak kropelka Rose, opadł na ziemie, podpalając całą powierzchnie okręgu. I w tym właśnie momencie, zrobiło mi się ciemno przed oczami. Chyba zaczęłam upadać. Poczułam się strasznie słabo. O coś się oparłam. Ktoś coś do mnie mówił, ale na początku nie rozumiałam, bo miałam głucho w uszach. Po chwili zaczęłam wyłapywać pojedyncze słowa.
-Mer...cy.. Żart...sobie...- to chyba był głos Rose. Tak, to ona... Chyba mną potrząsała. Nagle poczułam piekący ból na policzku, który całkowicie zwrócił mi moje zmysły. Mimowolnie złapałam się za piekący policzek.
-Cholera jasna! Mercy nie mdlej mi tu! -krzyczała na mnie moja przyjaciółka.
-Nie musiałaś mnie od razu bić!- powiedziałam z wyrzutem.
-A jakbyś mi tu zeszła?
-Nie zeszła... O cholera! CO TO MA BYĆ?! -spojrzałam na miejsce, gdzie wcześniej znajdował się mój krąg. Na ziemi leżał miecz... ale chyba zapomniał ostrza! Na pokrytej popiołem ziemi leżała zwykła rękojeść miecza. Podbiegłam do tego „czego”, bo bronią tego nie można nazwać i zaczęłam obracać.
-Nie... To nie możliwe... Coś poszło nie tak... Ale jak? Czemu? -rozpaczałam oglądając rękojeść ze wszystkich stron. A co jeśli to przez to, że nie narysowałam kręgu?!
-Mercy, nie wiem co ty teraz z tym zrobisz, ale Mably się zbliża...
-Co?! -krzyknęłam i schowałam „cośka” za plecami. Pani Mably zbliżała się do Rose.
-Świetni ci się trafiło Polk! Masz jednego z Multiplej'ów. Pamiętasz może, czym były Multipleje?
-Tak... To były, te... Te bronie, które mogą zmieniać swój kształt i funkcję tak?
-Bardzo dobrze. Twoja broń może być dowolną bronią palną, również ma funkcję rozdziału, jak widzisz teraz. Dobrze to teraz Mercedes...
-Wie pani, ja się źle czuję... Prawie zemdlałam... Rose potwierdzi... Prawda Rose?
Brunetka odpowiedziała kiwnięciem głowy.
-Nie zdążyłam nawet przyzwać broni...
-Mercy... Przestań mi tu mydlić oczy! Przecież widzę popiół, a przecież twoją naturą jest ogień prawda? Więc pokazuj mi to co przyzwałaś.
Cholera. Ostrożnie wyciągnęłam zza pleców rękojeść miecza. Z ust Mably znikł dotychczasowy uśmiech.
-Mówisz, że prawie zemdlałaś?- spytała poważnie.
-Mhm... -opowiedziałam cicho.
-Dobrze przyjdź do mnie po lekcjach.
-Ale... -nie zdążyłam dokończyć, bo poszła do następnej osoby. Upadłam na ziemie, przy okazji ciskając z całej siły moją „niby bronią” o ziemię. Czułam, że chyba się załamie. Poczułam na ramieniu czyjąś dłoń. To była dłoń Rose.
-Trzeba było narysować krąg, a nie szpanować. - powiedziała, próbując się nie śmiać. A miałam nadzieje, że mnie pocieszy, ale chyba z jej strony nie mogłam tego oczekiwać teraz...
-Tak! Dobij mnie bardziej!
-Oj nie przesadzaj. Na pewno ktoś ma coś gorszego... O! Patrz idzie do Davida.
Podniosłam wzrok z ziemi i pokierowałam nim w stronę końca strefy. Mably klepała go po ramieniu i się uśmiechała. Wyglądało to komicznie, bo pani profesor ma może z 162 cm wzrostu i chłopak był od niej o wiele wyższy. Kiedy kobieta odsłoniła mi widok zobaczyłam, że chłopak trzyma katanę. Załamałam się jeszcze bardziej.
-Rose...?
-Hmm...
-Co jest ze mną nie tak?
-Z tobą? Wydaję mi się, że jak najbardziej w porządku. Patrz na tego głupiego blondasa. Cieszy się jak głupi do sera. -wskazała na Willa, który z uśmiechem oglądał swój miecz półtora ręczny, z rozszerzonym ostrzem. Śmiał się coś do chłopaków, z którymi o czymś przed chwilą rozmawiał. Po chwili spojrzał w naszą stronę. Pewnie poczuł nasz wzrok na plecach. Po chwili ruszył do nas.
-Jak tam, co macie?- zapytał jak zwykle z prawie nieznikającym z jego twarzy uśmiechem
-Więc ja mam Multipleja, a Mercy... A Mercy...
Skuliłam się, chowając moją "broń"
-Ej no! Pokaż! Nie może być tak źle...
-Nie... -powiedziałam cicho.
-No weź... -ukucnął przede mną. -Wiesz, że jak teraz siedzisz, to ci się mundurek brudzi? Cholera. Ma rację. Wstałam szybko jak oparzona, i zaczęłam jedną ręką otrzepywać spódnice, bo w drugiej dłoni chowałam „broń”. Niestety mimo że nie starłam się jak najdokładniej ją otrzepać, nadal była brudna.
-Will, czy mógłbyś...?-spytałam najgrzeczniej jak tylko potrafiłam.
-No może, ale pod warunkiem, że raczy panienka pokazać mi swoją broń.
Chyba będzie lepiej wytrzymać jego śmiech z tego co przywołałam i iść w czystym mundurku do szkoły.
-Okej, ale najpierw wyczyść mi mundurek.
Chłopak ruszył dwoma palcami, jakby kazał mi podejść, ale zanim zdążyłam się ruszyć, z mojej spódnicy zaczęły odrywać ziarenka piachu i zaczęły lecieć w stronę ręki blondyna. Po chwili nie było już nawet pół ziarenka na mundurku.
-Pokazuj!
-No dobra, ale jak coś powiesz to cię zabije! - zagroziłam mu. Powoli wyciągnęłam zza pleców rękojeść. Przez chwilę wyglądał na zmieszanego, ale szybko się odezwał.
-Fajny miecz bez ostrza... A może to miecz świetlny? Jak myślisz? -zażartował. O dziwo nie zdenerwowałam się na niego.
-Chciałabym. -odparłam, lekko się uśmiechając.
-Ale tak na serio, to co ty zrobiłaś, że masz tylko rękojeść?
-A myślisz, że wiem? Zrobiłam wszystko dobrze, nawet dużo magii zużyłam, bo prawie zemdlałam!
-Dziwne...-mruknął cicho.
-No co ty nie powiesz?!-oparłam dłonie na biodrach.
-Ej dziewczyny, paczcie na to! - wsadził z całej siły ostrze miecza w ziemię. Po drugiej stronie strefy pojawiło się otrze, które wcześniej zniknęło w ziemi.
-Ha! To nic! Patrz na to.- odpowiedziała Rose i złączyła w dłoniach swoje pistolety, które momentalnie zamieniły się w wodę i uformowały się w karabin snajperski.
-Woah! Super! -krzyknął Will i zaczął oglądać broń Rose.
-Wy na serio chcecie żebym się załamała?-spytałam.
-Mhm... Najlepiej idź skoczyć z krawężnika! - powiedział żartobliwe Will, ale mi nie było do śmiechu. Byłam naprawdę załamana, w dodatku Mably kazała mi przyjść po lekcjach.
-Może masz racje... Jeszcze mi dopisze szczęście i skoczę akurat przed jadącego z niezwykle wysoką prędkością tira...- powiedziałam cicho odwracając się na pięcie. Profesor już zdążyła wrócić na swój podest.
-Chodźcie bliżej! -zawołała, machając ręką. Wszyscy ruszyli do przodu. Ja ociągałam się na samym końcu, nawet David mnie wyprzedził.
-Wszystkim wspaniale udało się przyzwać swoją broń! - Coś mi się nie wydaje...- Od dziś będziecie połączeni grupowo, razem z pozostałymi dwiema drugimi klasami. Wszyscy z bronią białą będą mieli zajęcia w tej strefie, osoby z bronią palną, w trójce wszyscy z bronią palną, ci z łukami też. Osoby, które mają broń powiązaną z walką wręcz na początku będą chodzić na sale gimnastyczną. Jutro na głównym holu będą wywieszone listy, razem z nazwiskami nauczycieli. Teraz proszę odeślijcie swoje bronie. Powinniście to zrobić instynktownie, ale jak ktoś będzie miał problemy, to pomogę.
Rozejrzałam się na około siebie. Broń Rose zmieniła się w wodę i została wchłonięta przez dziewczynę. U Willa wyglądała to troszeczkę inaczej, gdyż jego miecz najpierw zamienił się w skałę, a potem opadła na ziemię jako drobniutki piasek.
Instynktownie mam to zrobić? Spojrzałam na moją „broń” i obróciłam nią w dłoni. Może przynajmniej dziś mi się coś uda... Podrzuciłam ją do góry z zamiarem zamienienia jej w płomień. Ona tylko okryła się płomieniem, który po chwili zniknął i osmolona rękojeść spadła, uderzając mnie mocno w głowę. Dopiero potem w jakiś dziwny sposób zamieniła się w popiół i znikła. Nie no świetnie. Gładziłam się po głowie. Moje wyczyny niestety musiał ktoś zobaczyć. A tym kimś była Theresa. Śmiała się, trzymając się za brzuch. Po chwili podeszła do mnie i położyła mi dłoń na ramieniu.
-Co to miało być? -spytała z uśmiechem.
-Już ty mnie lepiej nie dobijaj, dobrze? -powiedziałam zdenerwowana.
-To musisz odwrócić, bo będę odsyłać swoją broń. -odparła, ale zanim zdążyłam to zrobić, dziewczyna wyciągnęła zza pleców noże do rzucania. Podrzuciła je do góry jeden po drugim. Każde z nich zabłysło jasnym, złotym światłem i rozpłynęło się w powietrzu. Ja wiem, że ona zrobiła to specjalnie, żeby mnie zdenerwować.
Do końca lekcji byłam przygaszona i nie udzielałam się zupełnie. Unikałam też tematu o broniach. Kiedy ktoś tylko zaczął temat, to Rose pierwsza opowiadała, a ja znikałam. Po ostatniej lekcji poszłam do sali, w której zwykle była pani Mably. Otworzyłam ostrożnie drzwi. Kobieta stała na małym krzesełku szukając czegoś w szafce za biurkiem. Podeszłam do niej i ułożyłam ręce w geście błagalnym;
-Bardzo przepraszam panią, bo ja... Ja nie posłuchałam, żeby narysować najpierw kredą... I ja... Byłam nierozsądn... -moje przeprosiny przerwał huk. Pani Mably położyła trzy gigantyczne książki, wyglądające dosyć staro, przy okazji robiąc właśnie ten huk.
-Nie masz za co przepraszać. Twoja broń nie jest niekompletna tak jak ci się wydaje.
-Ale jak to?
-Wszystko jest tutaj. -położyła dłoń na książkach. -Zostałaś właścicielką bardzo rzadkiego rodzaju broni , czyli Metavlitosu. A dodatkowo, twoja broń to tak zwana Insidiosa.
-Ale o czym pani mówi? Przeczytałam podręcznik od deski do deski i nic tam o tym nie było.
-To prawda, bo jak mówiłam to bardzo rzadka broń i w podręcznikach jej nie opisują. Nawet w tych książkach jest nie za wiele wiadomości, ale wiele ci pomogą. Dobrze zabieraj te książki ze sobą. Dostaniesz też ode mnie specjalną zgodę, na posiadanie broni. Oczywiście nie możesz jej używać poza szkołą, ale specjalną zgodę motywuję tym, że aby wezwać swoją broń, zużywasz duże ilości swoich zasobów magicznych, bo gdybyś miała przyzywać ją co tydzień to byś się wykończyła. -mrugnęła do mnie. Wzięła książki i położyła mi na rękach, a na książkach położyła zgodę.
-Mercy możesz już iść. Przyjemnej lektury. -powiedziała na do wiedzenia kiedy wychodziłam i sama zaczęła się pakować.

Po powrocie do akademika wzięłam jedną książkę i od razu pojechałam do cioci pomóc jej w kawiarni, chociaż już ciężko nazwać to kawiarnią. Lepszym określeniem będzie cukiernia. Jak zwykle był duży ruch i tak jak codziennie musiałam się sklonować, ale już się do tego przyzwyczaiłam.


---------------------------------------------------------------------------------
Ze względu na to, że w zeszłym tygodniu dałam tylko jeden rozdział, to ten dodaje dzień wcześniej ;) Dedykuję ten rozdział mojej imienniczce <3 Jeszcze raz wszystkiego najlepszego ode mnie i od biednej łajzy <3
Jutro dodam następny rozdział